Eksperyment profesora PiSardo

Eksperyment profesora PiSardo

Mówi się – nie bez racji – że to historia jest nauczycielką życia. Tymczasem naturę zjawisk, które rozgrywają się teraz przed Sejmem i na ulicach, lepiej objaśnia chyba psychologia. A konkretnie tak zwany „eksperyment więzienny”, nazywany także „stanfordzkim”.

Nie mają Państwo wrażenia, że to wszystko jakaś koszmarna RPG (gra, w której uczestnik wciela się w wybraną postać) albo jedna z tak modnych teraz „rekonstrukcji historycznych”? Taki eksperyment? Bo czy to w ogóle możliwe, żeby ludzie, wcześniej całkiem rozsądni, teraz wygłaszali przemówienia z Peerelu rodem, i mało że z Peerelu, to w stylu słabo przez mnie pamiętanej „epoki gomułkowskiej”? Żeby z ust najwyższych urzędników państwowych padały w stronę demokratycznej opozycji określenia „wichrzyciele” i „warchoły”? By zwykli ludzie, nie zgadzający się z oficjalną linią polityczną partii rządzącej, byli wyzywani od komunistów i złodziei, ubeków i zdrajców narodu? Żeby medialna propaganda oskarżała przeciwników politycznych o zdradę i wysługiwanie się „imperializmowi”? To wszystko się w ogóle dzieje? No, naprawdę? Jeśli dochodzi do tego w XXI wieku w środku Europy, po wyjątkowo udanej gospodarczej i społecznej transformacji, to nie może być nic innego, jak upiorny eksperyment szalonego profesora PiSardo…

Wiele z tego, co aktualnie dzieje się nad Wisłą niepokojąco przypomina psychodramę, jaką na amerykańskim Stanford University przeprowadził znany dziś na świecie profesor – Philip Zimbardo. Otóż w 1971 roku zmienił on piwnice uczelni na kameralne więzienie. Po czym osadził w nim studentów – ochotników. Wszystko wyglądało tam jak na prawdziwym „dołku” – cele, sale przesłuchań, nawet toalety. Więźniowie mieli blaszane menażki i nosili pasiaki. Strażnicy występowali w mundurach i ciemnych okularach.

Wszyscy uczestnicy – grupa studentów psychologii – przystąpili do badania na ochotnika i od początku wiedzieli, że to tylko taki eksperyment. Mówiąc inaczej – Zimbardo zorganizował studentom grę w policjantów i złodziei. I jeszcze im za to zapłacił. Niewiele wprawdzie, bo po 15 dolarów za dzień udziału w „zabawie”. Co ważne, zanim spośród ponad 70 kandydatów wybrano 24 uczestników eksperymentu, starannie zbadano ich wcześniej pod kątem zdrowia (zwłaszcza psychicznego) oraz ewentualnych skłonności przestępczych. W grupie nie było więc osób zaburzonych, z cechami psychopatycznymi bądź też takich o skłonnościach sadystycznych. Przynajmniej zaś nie dało się tego wykazać metodami dostępnej wówczas diagnostyki. To ważne, bo profesorowi zależało, żeby w badaniu wzięli udział ludzie absolutnie „normalni”.

Cele tak zaprojektowanego eksperymentu były dwa. Po pierwsze – chodziło o zbadanie ewentualnej zmiany zachowania zwykłych ludzi, kiedy stają się anonimowi i mogą traktować innych jak przedmioty. Pod drugie – o wykazanie wpływu otoczenia na zachowanie jednostki.

Badanie, obliczone na kilka tygodni, trzeba było zakończyć po sześciu dniach. Dlaczego? Ponieważ studenci, losowo przecież podzieleni na grupy „więźniów” i „strażników”, tak bardzo weszli w swoje role, że „personel więzienny” zaczął znęcać się psychicznie i fizycznie nad „osadzonymi”, ci zaś reagowali uległością, buntem lub załamaniem psychicznym. U „klawiszy” ujawnił się sadyzm. U „więźniów” – oportunizm (próby poprawy „więziennego losu” przez całkowitą uległość strażnikom) lub skłonność do buntu. W jednym przypadku doszło zaś do załamania nerwowego.

Sam Zimbardo wycofał się z roli „strażnika więzienia” jeszcze przed zakończeniem eksperymentu. Powód – też za bardzo wszedł w swoją rolę i po prostu przerwał spektakl w momencie, kiedy jeszcze mógł rano spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Ale o zakończeniu całej tej zabawy w piwnicach Stanforda i tak zdecydowała nadzorująca projekt z zewnątrz komisja etyczna. Bo uczestnicy już po niespełna tygodniu tak zatracili się w realiach fikcyjnego więzienia, że nie byli już w stanie sami z siebie porzucić przypisanych sobie ról. A niektórzy pewnie zdążyli je już nawet polubić…

Z eksperymentu profesora Zimbardo świat dowiedział się, że przemiana zwyczajnych, porządnych ludzi w strażników najbardziej nawet absurdalnego systemu opresji jest nie tylko możliwa, ale wręcz łatwiejsza, niż można by przypuszczać. I że takie eksperymenty zawsze kończą się podobnie. „Strażnicy” wzmagają bezsensowną agresję i represje. Natomiast „więźniowie” albo się przystosowują i nawet idą na współpracę (w zamian za drobne ustępstwa i drobną rekompensatę finansową), albo „emigrują wewnętrznie”. Niektórzy zaś się buntują i wtedy uciekają z pudła za granicę lub stają do konfrontacji.

No i jeszcze jedno – uczestnicy podobnych „eksperymentów”, zwłaszcza w grupie „strażników”, zazwyczaj nie są w stanie wyjść z ról z własnej inicjatywy, czyli jakoś się samoograniczyć, zanim jeszcze nie jest za późno. No, chyba że nad wszystkim czuwa jednak jakaś obiektywna „komisja etyczna”.

Konkluzja jest więc niepokojąca, niestety. Bo jeśli odnieść to wszystko do eksperymentu profesora PiSardo, to jak na razie budowa karceru w suterenie Europy idzie mu doskonale. „Więźniom” po kolei odbiera się ich przywileje i prawa, a też traktuje z rosnącą arogancją i pogardą. Oni powoli zaczynają odpłacać „strażnikom” pięknym za nadobne. Tymczasem nie widać nikogo, kto mógłby skutecznie ograniczyć ów nieszczęsny „eksperyment”. Kościół, „źródło moralności”, już dawno i na ochotnika zapisał się przecież do udziału w PiS-owskim RPG, po stronie „strażników”. A Europa ma teraz poważniejsze problemy, niż nasze zabawy w piwnicy.

Bożena Chlabicz-Polak

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Eksperyment profesora PiSardo"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
adama

Piździelski eksperyment właśnie zostaje przerwany.

Zgredzinka

Oby skutecznie !!!

Zgredzinka

Kurcze, to przerażający, ale trafny przykład.
Z tego płynie jedyny rozsądny wniosek, musimy jak najszybciej … przerwać ten taniec ze skorpionem.

szulki

Myślę, że większość więzionych z przyjemnością odwdzięczy się ciemiężycielom z pis, którzy najwyraźniej zapomnieli, że nie są wszechwładni. Wydaje mi sie, panowie brudzińscy, kuchcińscy i inni, że czas się zacząć bać.

Grzegorz

Jest przynajmniej jedna różnica pomiędzy eksperymentem stanfordzkim a eksperymentem PiSardo. W eksperymencie stanfordzkim uczestnicy na wstępie świadomie zgodzili się odgrywać swoje role, więc wchodząc w role sadysty w jakimś stopniu wywiązywali się z przyjętego zobowiązania. Ja przyjąłem eksperyment PiSardo sceptycznie od samego początku i mógłbym, przy zachowaniu przez PiSardo, cywilizowanych reguł, wytrzymać 4 lata. Ponieważ jednak PiSardo zerwał ze światem cywilizacji europejskiej, nie mam już żadnych wobec niego zobowiązań.

Kasia

strażnicy tego raczej nie przeczytają, gra trwa nadal

wpDiscuz