Jak wzywać pomocy to donośnym głosem

Jak wzywać pomocy to donośnym głosem

Powrót do Polski z zachodniego kraju jest teraz przeżyciem ostro przygnębiającym. Dawniej, mam na myśli PRL, wracało się do kraju szarego i surrealnego. Od czasu do czasu szarość lekko się rozjaśniała i wtedy cieszyliśmy się, że coś się zmienia, może na lepsze, myśleliśmy. Z gorszego na lepsze jest zawsze dobrze, byle nie było gorzej. Wracaliśmy z zachodu gdzie musieliśmy liczyć każdego dolara, kupionego za ciężko zarobione złotówki w Polsce; liczyć do stu, więcej nie sprzedawali, i być biednymi kuzynami, których trzeba zapraszać.
Właściwie czuliśmy ulgę, że jesteśmy u siebie.

Och, jak ja się teraz w Polsce nie czuję u siebie. Nie było mnie dwa tygodnie,  zmiana otoczenia pozwoliła mi rozprostować na chwilę zaciśnięte palce. W końcu po to się wyjeżdża, żeby się oderwać i wrócić z nadzieją, że może nie jest aż tak źle.

Ale nie, jest gorzej, coraz gorzej. Brak respektu okazywany ludziom, przez źle  wychowanych, cynicznych lub niewykształconych polityków przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Zabrali się za już nawet za Akowców?! I nie ma w PISie nikogo kto by się temu rozzuchwaleniu przeciwstawił? To, że za kilka lat, może wcześniej, może później, tak jak było z aktywistami epoki stalinowskiej, niektórzy będą mieli kaca moralnego, to pewne, ale już wtedy Akowców nie będzie, żeby się przed nimi pokajać.

Myślę o Nowym Jorku , pamiętam jak nazywali nas tam “freedom crazy”,  potem nam gratulowali, że jesteśmy wolni a teraz jeszcze raz nam współczują.  I my znów potrzebujemy pomocy!

Wieczorem Madison Avenue powyżej siedemdziesiątych ulic  jest prawie pusta i wydaje się cicha. Chociaż Manhattan nigdy właściwie nie cichnie, jeżeli nie hałasują policyjne syreny, straż pożarna i karetki, można usłyszeć szum miasta. Buczy jak wielki okręt pasażerski.

Późnym wieczorem po Madison  sunie autobus.
W zielonkawym świetle wnętrza widać zmęczone twarze  wracających po  pracy za 100tną ulicę. Patrzą na oświetlone wystawy zamkniętych sklepów, które  przypominają dekoracje do miniaturowych przedstawień.

Przed sklepami kolorowe pudełka, przeźroczyste torby pełne kolorowych papierków, są częścią dekoracji, za chwilę znikną i Madison Avenue będzie szeroką pustą aleją.

Taksówki, jak małe żółte czołgi, pędzą w górę miasta, omijając z różnych stron powolny autobus. Ostro zjeżdżają na bok, żeby wysadzić pasażerów i równie szybko ruszają szukając następnych.
Ktoś stoi przed domem z papierosem, ktoś wyprowadził psa.

Na rogu 81. ulicy wnętrze sklepu z francuskimi szortami  zachęca do podróży na Florydę.

Na drugim rogu jest zakład pogrzebowy dla tych, którym szorty nie będą już potrzebne. Słynne miejsce, dla bogatych i sławnych albo jedno i drugie. Trzeci róg nie ma sklepu, jest tylko parkan okalający szkołę.

Na czwartym rogu do niedawna jeszcze był sklep z nieużytecznymi bardzo drogimi przedmiotami. Ten sklep zamienił się nagle w butik głównie odwiedzany przez pacjentki  wracające z 86 ulicy nazywanej  „Mental block”. Największa liczba gabinetów psychiatrycznych znajduje się na 86 pomiędzy Lexington a 5 Avenue.

Zapada noc,  przez Madison z szumem przelatuje samochód, bucha muzyka nieokreślonego stylu. Sunie szybko podskakując na nierównej powierzchni taksówka. Nieco szybciej niż przedtem przejeżdża, już prawie pusty, autobus.

81. ulicą  przecinającą Madison idzie stukając obcasami kobieta z torebką, słychać ten stukot z daleka.

Ulica jest pusta, w głębi otwartych drzwi dużych domów  majaczą sylwetki drzemiących portierów. Kobieta mija drzewo rosnące pod nieoświetloną o tej porze szkołą. Zza drzewa wyskakuje facet, łapie torebkę, szarpią się  przez chwilę i facet zaczyna biec z torebką w ręku w stronę Madison.

I nagle w nocnej ciszy górnego wschodniego Manhattanu rozlega się ostry wysoki sopran. Wybiegają portierzy, złodziej biegnie, kobieta stoi na środku ulicy wykonując koloraturową arię.

W niektórych oknach pojawiają się twarze. Krzyk „ratunku” wzięty byłby za scenę z filmu telewizyjnego, nie zwróciłby niczyjej uwagi. Aria na ulicy o tej porze budzi zainteresowanie. Nagle w ten śpiew wdziera się syrena. Na chodniku z piskiem hamuje policyjny samochód. Po paru sekundach słychać szczęk zamykanych kajdanek. Policja odjeżdża. Kobieta już z torebką w ręku zatrzymuje przejeżdżającą taksówkę.

Jeden z portierów chwali się, że zadzwonił po policję. − Musieli być blisko. – mówi drugi. Portierzy wchodzą z powrotem do środka. Na Madison nie ma nikogo.

Środkiem ulicy, oświetlonej wystawami sklepów, przejeżdża pusty autobus. Jest cicho. Słychać tylko szum okrętu pasażerskiego, a z dołu miasta daleki dźwięk policyjnej syreny…

Jak wzywać pomocy to donośnym głosem!!!

Magda Dygat

 

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz