Między nauką a polityką: co komu wolno?

Między nauką a polityką: co komu wolno?

Profesorowie Iwo Białynicki-Birula i Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, na łamach „Gazety Prawnej”, intrygująco opowiadają o związkach nauki z polityką, począwszy od Polski międzywojennej po dziś dzień. Upraszczając, jeśli dokonuje się odkryć ważnych dla ludzkości, to wiele można naukowcom wybaczyć. Wśród nich zawsze byli bowiem „lizusi władzy” i tak jest do dziś, tylko kiedyś (zwłaszcza za PRL-u) chodziło o wyjazdy, teraz zaś o granty.

Profesor Iwo Białynicki-Birula to specjalista od elektrodynamiki kwantowej i teorii pola, rocznik 1933, uczeń Leopolda Infelda, beniaminka władzy komunistycznej w Polsce. W masowej wyobraźni – pisze dziennikarka GP Mira Suchodolska, która rozmowę przeprowadziła – zaistniał w połowie grudnia słowami, które wypowiedział, wygłaszając laudację podczas uroczystości wręczania odznaczeń naukowcom, specjalistom od ogólnej teorii względności, w Pałacu Prezydenckim. Mówił, że ideologia nie powinna wpływać na naukę, a ostatnie zakusy zastępowania teorii ewolucji kreacjonizmem oraz inne próby wtargnięć ignorantów na teren nauki wymagają zdecydowanej reakcji. Łukasz Turski to człowiek dla nauki równie zasłużony, rocznik 1943, zajmuje się fizyką materii skondensowanej i mechaniką statystyczną, ale znany też jest jako popularyzator nauki, pomysłodawca Pikniku Naukowego i Centrum Nauki Kopernik.

Środowisko naukowe – wynika z opowieści uczonych – zawsze stara się jakoś sobie radzić, co prowadzi czasem do pewnych kompromisów. Dobrą ilustracją tej tezy może być postać fizyka Leopolda Infelda. W II RP nie był szczególnie poważany. Posadę asystenta na uniwersytecie udało mu się objąć dopiero osiem lat po ukończeniu studiów, wcześniej pracował jako nauczyciel w żydowskich gimnazjach. Ale nie poddawał się, pracował naukowo i współpracował z wybitnymi naukowcami: Maxem Bornem, Albertem Einsteinem. Ten ostatni załatwił mu stypendium w Instytucie Studiów Zaawansowanych w Princeton, razem pracowali nad równaniami ruchu w ogólnej teorii względności (teoria Einsteina-Infelda-Hoffmana). Kiedy władze uczelni nie chciały przedłużyć Infeldowi stypendium, Einstein wpadł na pomysł, że razem napiszą książkę. Tak powstała „Ewolucja fizyki”, która stała się bestsellerem (ponad 200 wydań). Tantiemy z niej w całości przypadły Infeldowi, bo Einstein zrzekł się zysków, żeby jego polski kolega miał pieniądze na życie i działalność naukową. Infeld z USA przeniósł się do Kanady, gdzie został profesorem na Uniwersytecie w Toronto. W 1950 r. wrócił do Polski, gdzie komunistyczne władze przyjęły go z otwartymi rękoma.

Warto jednak przypomnieć, że gdy Infeld działał naukowo przed II wojną, to mieliśmy w kraju więcej uczonych światowej klasy, Polaków o pochodzeniu żydowskim, którzy nie mogli zrobić kariery. Na przykład wybitny logik Alfred Tarski także musiał wyjechać z kraju, bo w ogóle nie miał żadnych szans na karierę. Sytuacja Infelda nie była niczym nadzwyczajnym. Generalnie – o czym rzadko dziś się mówi, bo idealizujemy obraz Polski przedwojennej – antysemityzm w środowisku naukowym II RP był niestety czymś naturalnym. Wielu wybitnych żydowskich uczonych musiało np. zmieniać nazwiska – jak wybitny logik Alfred Tarski czy Kazimierz Kuratowski. Ważyło nie tylko inne pochodzenie, ale także – w większości – lewicowe poglądy. Dlatego swoje kariery rozwinęli dopiero poza granicami Polski.

Życie naukowe inaczej ukształtowało się po II wojnie światowej. Fizycy w tym czasie byli w modzie z powodu parcia mocarstw na skonstruowanie bomby atomowej. Dlatego możliwa stała się świetna kariera wspomnianego Infelda, który słynął z szerokich kontaktów ze światem polityki i uczynności względem własnych uczniów – zresztą mocno wyolbrzymionej. Nawet Bierut – jak się okazało, studiował dzieła Infelda. Miało to miejsce, gdy siedział przed wojną w kryminale, a tam można było jedynie czytać książki neutralne światopoglądowo. Kariery robili jednak także mniej wybitni, jeśli tylko byli w stanie przekonać władzę, że mogą skonstruować bombę jądrową. Jak minister nauki i szkolnictwa wyższego Sylwester Kaliski, świetny mechanik ośrodków ciągłych, generał Wojska Polskiego, rektor WAT, założyciel Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wiedział, że na WAT wszystko mu utajnią, a on marzył o międzynarodowej karierze. Więc zrobił instytut, który formalnie znajdował się poza uczelnią. Zorganizował pierwszą w bloku wschodnim konferencję o  kontrolowanej reakcji termojądrowej. Ostatecznie z jego planów nic z tego nie wyszło, bo zginął w wypadku samochodowym. Jak opowiadają profesorowie Białynicki-Birula i Turski, do dziś krążą legendy, że zabiły go obce służby, sowieckie albo amerykańskie, w rzeczywistości natomiast uczony zginął przez swoją brawurę za kółkiem.

Podsumowując: inteligencja techniczna, pewnie z powodu szansy na możliwość skonstruowania wspominanej bomby, była pieszczoszkiem władzy. Dostawała bonusy w postaci możliwości wyjazdów za granicę na kontrakty naukowe. Za PRL-u polscy fizycy współpracowali ze śmietanką naukową całego świata. Dlaczego? Wyjazdy zaczęły się zaraz po tym, gdy Sputnik, czyli pierwszy w historii sztuczny satelita Ziemi, został wyniesiony przez Rosjan na orbitę 4 października 1957 r. Zapoczątkowało to wyścig kosmiczny pomiędzy USA a ZSRR zakończony lądowaniem człowieka na Księżycu w 1969 r. Wówczas na stypendia w USA zapraszano każdego zdolnego młodego człowieka, aby dogonić radziecką naukę. I wielu z Polaków, po uzyskaniu zgody Komitetu Centralnego, jechało. Ci, którym odmówiono, o szczegółach decyzji dowiedzieli się jednak dopiero po 1989 roku. Dziś – zdaniem profesorów – kontaktów naukowych tak dużego formatu już nie ma. Może dlatego, że energia jądrowa to dziś w Polsce dziedzina niemal zakazana, bo „wszystko ma być albo na węgiel, albo ekologiczne” – mówią indagowani przez „Gazetę Prawną” uczeni.

Co ciekawe, na pomysłach obecnego ministra Mateusza Morawieckiego nie zostawiają suchej nitki. Chodzi np. o plan budowania na potęgę stacji ładowania samochodów elektrycznych. „Mamy teraz w Polsce 6,5 tys. stacji benzynowych. Gdyby każda z nich mogła ładować samochody produkowane przez Teslę – jedyne, które się do czegoś nadają – to każdy użytkownik mógłby tankować swoje auto raz na siedem tygodni. To przykład skali problemów, jakie mamy z „przesiadką” na komunikację elektryczną. Ale politycy nie pytają naukowców o  to, co zrobić z ich pomysłami” – stwierdza prof. Łukasz Turski. I przypomina, że Donald Tusk planował laptopizację szkół, choć okazało się, że żaden budynek szkolny nie był przygotowany do takiego pomysłu.
(Źródło: gazetaprawna.pl)

mpm

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Między nauką a polityką: co komu wolno?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
krakus

Racja, takim lizusem władzy była Magdalena Środa. Dostała ponad milion złotych grantu na kłamstwa typu że mamy 24 płci zamiast dwie i że dewiacje seksualne to norma.

Sławomir

Do jakiego upadku i zbydlęcenia pisowscy profesorkowie są zdolni mogliśny się przekonać z działań zespołu chorego Antka.
Pisowska „demokracja”, pisowska „nauka”, pisowska „kultura” i pisowski brak przyzwoitości, to mamy już dziś.

Grzegorz

Ponieważ samochód elektryczny musi być ładowany średnio co 2-3 dni, stacji ładowania powinno być 20 razy tyle co stacji benzynowych. Do tego trzeba wziąć pod uwagę że nie są znane baterie które są odpowiednio wydajne poniże zera st. Celsjusza. Krótko mówiąc plan Morawieckiego to bajki dla pisowskich pelikanów które łykną wszystko.

wpDiscuz