O Solidarności i solidarności rozmówka z samym sobą

O Solidarności i solidarności rozmówka z samym sobą

Osoby:
Ja – z emocjami na wierzchu
Ja – z próbą racjonalizowania

Miejsce: własna głowa

– Jak Solidarność zwyciężała, miałeś dziewięć lat. Jak zwyciężyła, odbierałeś akurat pierwszy zielony dowód osobisty. Pamiętasz?
– Jedno i drugie. Najpierw gorączkę tamtych dni, światło jakieś, uśmiechu więcej na ulicach, rodziców podekscytowanych, radio na falach krótkich cały czas, potem już nawet nie trzeba było Głosu Ameryki ani Radia Wolna Europa, prawda, albo więcej prawdy w każdym razie poszło też oficjalnymi kanałami. To był osiemdziesiąty rok, no a osiemdziesiąty dziewiąty to już pełnia uczestnictwa. Z przyjacielem staliśmy ze stoliczkiem turystycznym przy komisji wyborczej, instruowaliśmy oczywiście za Komitetem Obywatelskim, za Solidarnością i to w dzień wyborów. Dziś nie do pomyślenia. Ja miałem już od kilku miesięcy skończone osiemnaście lat, więc pierwsza rzecz to poszedłem do urny z samego rana. A on jeszcze osiemnastu nie miał, ale przychodzili ludzie, pytali, co zrobić, gdzie wrzucić, którą kartkę, żeby zagłosować na Solidarność, żeby nie zmarnować tego głosu. To był strasznie dla nich ważny wtedy głos, większość po raz pierwszy w życiu miała poczucie, że ich głos jest ważny. No i do tego mojego przyjaciela podeszła w pewnym momencie taka starowinka zgięta w pół, musiała mieć z dziewięćdziesiąt lat i on zaczął jej spokojnie tłumaczyć, co i jak, a ona w pewnym momencie poprosiła go po prostu, żeby tam z nią poszedł i zrobił to za nią, bo wtedy w tym najważniejszym głosowaniu w życiu nic jej się nie pomyli. No i poszli, no i on zagłosował. Na Solidarność, solidarnie z nią w tej budce za kotarą. Mocna rzecz. Dziś mamy z przyjacielem kompletnie inne poglądy.
– Dlaczego?
– Nie wiem tak do końca. Może dlatego, że on zawsze był radykalniejszy, uważał, że należy im się kara, a nie, że tak rozpłyną się w tym nowym świecie jakby nigdy nic.
– A ty? Co uważałeś?
– Oczywiście też wcześniej przez lata marzyłem, żeby na tych latarniach, które były jakby specjalnie do tego zaprojektowane na Poniatowskim, zawiśli komuniści… Ale jak przyszło to nowe, to chyba może ta radość z tego, że nam się udało, jakoś tak wypełniła mnie światłem, a jak masz w sobie światło, to nie chcesz już ludzi wieszać na latarniach. Poza tym szczególnie na początku, to nie było takie proste, oni mieli jeszcze długi czas resorty siłowe, jakby się zaczęło, to polałaby się krew, a po co, skoro nie musiała się polać.
– Co z tą Solidarnością?
– Nie wiem. Już dość szybko wszystko się spolaryzowało, Solidarność stała się jednym z graczy, ktoś ją przejął i zaczął wykorzystywać do jakichś swoich partykularnych interesów, bałagan się zrobił, jakieś przepychanki z Wałęsą, wtedy skłóconym ze środowiskiem Gazety. Pamiętam, jak związek przez niego zresztą namówiony kazał z winiety Gazety zdjąć swój symbol. Wtedy chyba Solidarność jakoś mnie opuściła.
– A solidarność?
– No tak, tu pewnie jeszcze gorzej się zrobiło. Szybko dość wyszło na jaw, że kapitalizm szczególnie taki dość drapieżny, jaki zawitał wtedy do nas, z solidarnością nie ma wiele wspólnego. W końcu kapitalizm to – chciał nie chciał – jest forma wyzysku, ktoś wyzyskuje, ktoś jest wyzyskiwany, ktoś wygrywa, ktoś niekoniecznie.
– Ale długie lata się udawało?
– Co?
– Udawało się tych wyzyskanych trzymać w karbach jakoś?
– Ja nie trzymałem nikogo w żadnych karbach, raczej sam byłem trzymany jeśli już, ale też nie bardzo się czułem zniewolony. Tak latałem gdzieś sobie obok tego wszystkiego.
– A tak zwane społeczne niezadowolenie narastało.
– W tym wszystkim nie społeczne niezadowolenie jest największym problemem…
– Czyżby… A co jest ważniejszego od tego, że ludziom jest źle i znikąd nie ma dla nich pomocy, nikt się z nimi nie solidaryzuje?
– Gorsze jest to, jak ktoś w końcu przychodzi i zaczyna to niezadowolenie cynicznie wykorzystywać. Ten ktoś nie ma wcale wtedy ochoty nikomu tak naprawdę robić dobrze, a jeśli to na chwilę, po to tylko, żeby w mniej lub bardziej demagogiczny sposób to wykorzystać.
– Ale ci, co im było źle i znikąd nie nadchodziła dla nich solidarność, jednak mają lepiej.
– Pozornie i na chwilę. Pewnie marynarze z Potiomkina też mieli na chwilę lepiej, a potem mieli łagry, kilkadziesiąt lat terroru, prania mózgu i mafijnej organizacji, która wyrosła na fali ich niezadowolenia, a potem miała ich w głębokim poważaniu.
– Czyli nie ma na świecie solidarności, sytuacja bez wyjścia, ślepa ulica?
– Niekoniecznie. Pytanie tylko, czego właściwie oczekujemy, albo co wmówiliśmy ludziom, którym jest gorzej, że właściwie ma się wydarzyć. Jeśli oni już uwierzyli, że teraz w drodze jakiegoś wspaniałego zrządzenia bankierzy będą biedni, a oni staną się bogaci, to znaczy że bolszewia właśnie rozjechała im głowy. Ale na pewno może być na świecie ludziom lepiej albo gorzej, w krajach skandynawskich ci najbiedniejsi mają po stokroć lepiej niż ci najbiedniejsi w Afryce, co nie zmienia faktu, że u siebie są najbiedniejsi.
– A w Polsce? Jak jest w Polsce, w której zwyciężyła Solidarność i przegrała solidarność.
– Wydaje mi się, że właśnie teraz jest coraz gorzej, wbrew temu, co się może wydawać tym najbardziej pokrzywdzonym. Bo solidarność to nie jest wcale to, że im ma się zrobić dobrze, ale co jeszcze dla nich ważniejsze – innym ma się zrobić gorzej. To jest rewanżyzm, potrzeba zemsty, wrogość, agresja, a nie solidarność.
– Do tego zostali doprowadzeni.
– Tak, ale wcale nie czynnikami ekonomicznymi, wcale też nie tym, że byli jakoś szczególnie pokrzywdzeni, zostali do tego doprowadzeni, bo ktoś wystarczająco długo sączył w nich poczucie, że jest im koszmarnie i że czasy, kiedy wszystko odmieni się na odwrotne, są już bliskie. Z każdego człowieka można wydobyć w końcu zło i wrogość. Jeśli ktoś wpadnie na pomysł, żeby na tym zbić kapitał polityczny, a dodatkowo ma rzeczywiście bazę i jeszcze do tego nastroje na całym świecie sprzyjające, to na pewno mu się uda.
– Na razie przynajmniej w ramach społecznej solidarności z najmniej zamożnymi dał im po pięćset złotych na dziecko.
– Dał, bo w ten sposób kupuje ich głosy i poparcie. Inny rząd też by dał, gdyby mógł, a nie dał nie dlatego, że nie solidaryzował się z najbiedniejszymi, tylko dlatego, że wiedział, że Polski na to nie stać. Za kilkanaście lat za tę kiełbasę wyborczą, ktoś będzie musiał słono zapłacić. Więc solidarność wątpliwa, szczególnie z kolejnym pokoleniem, które przyjdzie po tej władzy. W Grecji socjaliści tak się solidaryzowali ze swoim społeczeństwem, że teraz w Atenach jest bieda aż piszczy.
– Ale może to odbuduje przynajmniej na jakiś czas poczucie solidarności?
– Nie, to niczego nie odbuduje. Zresztą najlepszy dowód na to, jak bardzo jako społeczeństwo daleko odlecieliśmy od idei solidarności to to, jak reagujemy na perspektywę pomocy komukolwiek z zewnątrz. Kiedy najgorętszym uczuciem żywionym przez społeczeństwo jest niechęć do innych, to oznacza, że to społeczeństwo właśnie znalazło się w jednym z najbardziej odległych w swojej historii punktów od tego, co nazywa się solidarnością.
– Co teraz?
– Obawiam się, że musi się wydarzyć dużo złego, zanim znów będzie mogła się narodzić potrzeba solidarności. Dziś jest „moje na wierzchu”, „wolność Tomku w swoim domku”, „moja chata z kraja”, „po nas potop” i chyba to najgorsze z wszystkich, czyli „Polska dla Polaków”. Martwi mnie, że ktoś podcierając się zresztą rodowodem Solidarnościowym, przygotowuje w Polsce noc długich noży. Rozumiem, że właściwie tylko dzięki temu może rządzić, ale czy to rzeczywiście jest tego warte.
– Czas pokaże.
– Już pokazuje, tylko wielu nie chce tego widzieć.
– Bo czuje się bardziej zaopiekowanymi.
– Władza ludowa też opiekowała się swoimi obywatelami, po śmierci Stalina tłumy obywateli płakały najszczerszymi łzami.
– Czyli co?
– Czyli czasem potrzebna jest solidarność, a czasem totalitaryzm. Właśnie skończył się czas, który w czerwcu 89’ wrzuciliśmy do urny.

Igor Brejdygant

 

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "O Solidarności i solidarności rozmówka z samym sobą"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Maciek123454321

Miejmy nadzieję, że nie wyjdziemy z tego koszmaru tak bardzo poobijani, jak się tego boimy. I niech to będzie ostrzeżenie na przyszłość – PATRZEĆ NA RĘCE NIE TYLKO RZĄDZĄCYM, ALE OPOZYCJI TEŻ.

Zgredzinka

I tu pokazuje się dobitnie, że jesteśmy najlepszym narodem na nie najlepsze czasy.
Tylko wspólny wróg jest w stanie nas skonsolidować, w przeciwnym razie zaraz wyłazi z nas indywidualizm i pieniactwo.
Widać taka historyczna karma, albo doświadczenie narodowe, że zawsze musimy czuć niepokój, bo spokój jest naszym naturalnym wrogiem.
Jakoś smutno się wtedy robi w naszym … polskim piekiełku.

Niestety autor dogłębnie i trafnie rozprawił się z minionym 27 leciem, a nakreślona przez niego wizja przyszłości mrozi krew w żyłach. Widać mamy w sobie za dużo krwi, że tak bardzo lubimy ją przelewać. Może jakieś dodatkowe stacje krwiodawstwa?

marta
Bardzo chciałabym, takie naiwne chciejstwo, żeby nie było powtórek z historii. Chciałabym, żebyśmy wyciągali wnioski i nie popełniali tych samych błędów. Nie wtłaczali się w zużyte tory. Czy to przez głupotę tak się dzieje? Czy wszystkiemu winien testosteron, którym dużym chłopcom każe z taką przyjemnością doprowadzać do konfliktów, by pójść za panią wojenką? Kilkadziesiąt lat względnego spokoju już uwiera chłopaczków, którym przejadły się gdy strategiczne, strzelanki i inne rąbanki i chcą tej wątpliwej przyjemności doświadczyć realnie na własnej skórze? Wciąż ulegamy instynktom i tak ochoczo burzymy zamiast budować, niszczymy zamiast tworzyć. A w ogóle w XXI wieku nie powinno być… Czytaj więcej »
wpDiscuz