Pochwała komplikacji

Pochwała komplikacji

Jeśli jedno z naszych plemion stawia kogoś na piedestale, drugie plemię natychmiast zaczyna dowodzić, że był to wyjątkowy łajdus.

Obudziłem się, a tu – umarł Leonard Cohen. W internecie zaroiło się od przywoływanych jego piosenek. Po kilku godzinach wciąż – o dziwo – nie widzę wśród nich dwóch, które dla mnie są szczególnie ważne. Jedna z powodów osobistych, druga – zdecydowanie zbiorowych.

Ta pierwsza:
„Jest czwarta nad ranem, już kończy się grudzień,
ja siedzę i liścik do ciebie smaruję,
na dworze jest zimno, poza tym w porządku,
orkiestra na Clinton Street gra na okrągło…”
Nie jestem pewien, bo cytuję z pamięci, ale to chyba tłumaczenie Macieja Zembatego.

I piosenka druga (będąca, jak wiadomo, swobodnym przekładem z francuskiego, anonimowego oryginału):
„And the wind, the wind is blowing,
Through the graves the wind is blowing,
Freedom soon will come…
Then we’ll come from the shadow.”

Kiedy odchodzi artysta tej miary, ktoś, komu tyle się zawdzięcza, a jeszcze odchodzi po długim i spełnionym życiu – poza smutkiem odczuwać się chyba winno przede wszystkim wdzięczność. W każdym razie nie jest to raczej moment, żeby ważyć wszystkie jego zasługi i ewentualne przewiny, próbować stawiać się w roli Sędziego. Mam wrażenie, że predylekcję do tego miewają zwłaszcza publicyści, nazywający siebie samych „niepokornymi”. Na przykład robili to dość powszechnie po niedawnej śmierci Andrzeja Wajdy, zapewne sądząc, że nietaktowne zachowanie nad katafalkiem dowodzi niezależności myślenia, gdy naprawdę dowodzi jedynie braku kindersztuby. Ale kiedy już dam się wciągnąć w rozważania na temat tego, czy ktoś w ostatecznym rozrachunku „w dobrych zawodach wystąpił i bieg ukończył” (jak pisał święty Paweł), czy nie, przypominam sobie pewne malowidło, które zwróciło moją uwagę w Sokołowsku.

Sokołowsko nazywało się kiedyś Görbersdorf; powojenna, polska nazwa honoruje profesora Alfreda Sokołowskiego, lekarza-pulmonologa. Sokołowsko leży w Sudetach i było bodaj pierwszym na świecie ośrodkiem sanatoryjno-klimatycznego leczenia gruźlicy; w każdym razie, kiedy Szwajcarzy postanowili uruchomić podobne leczenie w Davos, rozsławionym później przez Tomasza Manna w „Czarodziejskiej górze”, przyjechali do Görbersdorfu po naukę. Tak jak w opisanym przez Manna sanatorium Berghof był w jadalni specjalny stół „rosyjski”, tak wielu Rosjan przyjeżdżało do Sokołowska, aż po I wojnie ufundowali tu niewielką cerkiew. W PRL-u budynek służył jako magazyn, w późnych latach 90. zwrócono go Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu. W Sudety przyjechał malarz (poprawnie: pisarz) ikon, żeby na nowo ozdobić wnętrze świątyni. Kiedy ją oglądałem dziesięć lat temu, praca była już na ukończeniu. Nad wejściem zafascynowało mnie przedstawienie Sądu Ostatecznego: zgodnie z Ewangelią, zbawieni zgromadzili się po prawicy, a potępieni po lewicy Boga, ale w centrum znajdowała się postać, której nieoczekiwanej obecności zacząłem się przyglądać. Objaśniający napis nad jej głową głosił: „Czynił zło, więc nie może zostać zbawiony; czynił dobro, więc nie może zostać potępiony”.

Bardzo mi się spodobał ten pomysł. Później dowiedziałem się, że to w prawosławiu uświęcony tradycją sposób przedstawienia tej sceny. Mój entuzjazm wiązał się nie tylko z osobistymi widokami na przyszłość (gdy miejsce po prawej stronie Sędziego wydaje się wątpliwe, milej jest utożsamiać się z gościem pośrodku, niż lokować się po lewej). Był także spowodowany pewną przypadłością, na którą cierpię od lat: jeśli coś jest proste i jednoznaczne, podejrzewam zaraz, że jest nierzeczywiste. Im dłużej żyję, tym bardziej świat wydaje mi się skomplikowany i niejednoznaczny. Wschodni chrześcijanie najwidoczniej przyjęli, że niektóre biografie będą stanowiły kłopot nawet dla Wszechwiedzącego, który w przypadku człowieka pośrodku waha się, gdzie go właściwie posłać.

Od dwóch dekad, odkąd tylko pojawiła się idea lustracji, mam wrażenie, że wzbudziło się w nas marzenie o urządzeniu sobie próby generalnej Sądu Ostatecznego, przy czym podział na świętych i drani ma być jasny, zero-jedynkowy. Nie mówię naturalnie o przypadkach, nie pozostawiających wiele wątpliwości (takie są chyba również), lecz o życiorysach splątanych, w których okresy upadku mieszają się z okresami odzyskiwania godności – żeby było trudniej to ogarnąć, nie zawsze trwałymi. A co dopiero, gdy mowa o postaciach historycznych z dziejów dawniejszych, sprzed działalności Służby Bezpieczeństwa! Wtedy to już bez ratunku wielowymiarowe życie zmienia się w wyniku naszego marzenia o jednoznaczności w szkolną czytankę. Kochanowski – w porządku, bo kochał Urszulkę. Sobieski – jak najlepiej, bo pogonił Turków. Wielopolski – świnia, bo potępił Powstanie Styczniowe. Piłsudski – idealny, wskrzesił państwo polskie, a póki żył, hitlerowcy nie zamierzali nas najeżdżać. Skłodowska-Curie – wielka uczona. Cyrankiewicz – drań, bo komuch.

Kochanowskiego zostawmy na boku, wiemy o nim za mało (skądinąd nie jesteśmy do końca pewni, że Urszulka w ogóle istniała). Co do Jana Sobieskiego, w okresie potopu szwedzkiego wybrał stronę… okupanta. Wielopolski, rzeczywiście krytycznie oceniając insurekcyjne dążenia rodaków, jednocześnie uporządkował administrację Królestwa Polskiego, usuwał ze stanowisk Rosjan i mianował na nie Polaków, przywrócił Radę Stanu, utworzył Szkołę Główną – pierwszą po wielu latach wyższą uczelnię w Warszawie i zabiegał o równość wobec prawa chłopów oraz Żydów. Piłsudski ma na sumieniu zamach majowy (nota bene, o czym się chyba nie pamięta, poparty m.in. przez… KPP), nie mówiąc o niejasnych związkach z wywiadem austriackim. Zresztą trudno też bez konsternacji czytać pochwały na jego temat w „Dziennikach” Goebbelsa. Co do Skłodowskiej-Curie, to dzisiejszym moralizatorom nie powinno być łatwo przechodzić do porządku dziennego nad jej ognistym temperamentem i romansem z Paulem Langevinem. Józef Cyrankiewicz w okresie okupacji hitlerowskiej zorganizował m.in. odbicie Jana Karskiego z rąk gestapo.

Nie zmierzam bynajmniej do odwrócenia znaków, co jest dziś gestem nużąco powtarzającym się podczas politycznych pyskówek (jeśli jedno z naszych plemion stawia kogoś na piedestale, drugie plemię natychmiast zaczyna dowodzić, że był to wyjątkowy łajdus). Chodzi mi o coś zupełnie innego: o zakłócenie czytankowego obrazu. Ludzie żyją po kilkadziesiąt lat, stawiani są w okolicznościach, których subiektywnego obrazu nie potrafimy po latach zrekonstruować, podejmują decyzje pod wpływem impulsów, pozostających niekiedy dla nich samych, a co dopiero dla nas, tajemnicą. Wolno nam oczywiście porządkować sobie przeszłość ryczałtowymi ocenami, ale bez zapomnienia, że nawet w życiorysach świętych dość często pojawiają się momenty kontrowersyjne, począwszy od historii świętego Pawła, który przed podróżą do Damaszku prześladował chrześcijan, a według tradycji miał nawet udział w zamordowaniu świętego Szczepana. Zresztą dobrze, porozmawiajmy o świętych: święty Augustyn, nawróciwszy się, wyrzucił z domu swoją konkubinę z ich wspólnym synem; święty Franciszek był w młodości, wyrażając się najostrożniej, bon-vivantem; święty Maksymilian Kolbe, nim podjął heroiczną decyzję w Auschwitz, redagował przed wojną pisma, których antysemityzm woła o pomstę do nieba. I tak dalej.

Piszę to wszystko, czego Czytelnik może się już domyśla, bezpośrednio pod wpływem naszej KOD-owskiej awantury o Romana Dmowskiego. Będąc na studiach i nie wiedząc jeszcze do końca, która z polskich tradycji politycznych będzie mi najbliższa, przeczytałem jego „Myśli nowoczesnego Polaka”. Uznałem je wtedy, trawestując czyjąś opinię na temat koncepcji falansterów Charlesa Fouriera, za doskonały środek na wymioty. To chyba od tamtej lektury datuje się moja alergia na wszystko, co zatrąca o Narodową Demokrację (pani profesor Staniszkis zdiagnozowała mnie kiedyś w TVP Kultura, że wygląda to na obsesję). Z tego, co wiem o Dmowskim, „Myśli…” są i tak, na tle jego twórczości, książeczką relatywnie inteligentną i światłą – potem było już tylko gorzej. Nie umiem sobie wyobrazić, żebym podczas jakiejkolwiek manifestacji mógł wziąć do ręki jego pojedynczy portret.

No właśnie: pojedynczy. Z drugiej bowiem strony, gdyby na transparencie było kilka portretów, przedstawiających Ojców naszej Niepodległości, więc: Piłsudski, Witos, Daszyński, Rataj, Paderewski… to Dmowskiemu należałoby się tam miejsce jak psu zupa. Tak, był darwinistą społecznym i antysemitą, przy czym obydwie te cechy pod koniec jego życia przybrały natężenie horrendalne. W dodatku warto przypomnieć, zwłaszcza w kontekście współczesnego zawłaszczenia Święta Niepodległości przez narodowców, że 11 listopada był dniem ustanowionym formalnie w 1937 roku dla podtrzymania kultu Piłsudskiego, nie jego prawicowego konkurenta.

Ale jeśli ktoś uważa, że o odzyskaniu państwa w 1918 roku można sensownie mówić, wykreślając z tej historii nazwisko Romana Dmowskiego, to manipuluje naszymi dziejami nie mniej niż ci, którzy z dziejów walki z komunizmem próbują wykreślić Jacka Kuronia czy Adama Michnika.

Jerzy Sosnowski
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

14 komentarzy do "Pochwała komplikacji"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
krakus

Zachód Europy wielokrotnie napadał na Polskę. A teraz KODowcy pielgrzymują tam prosząc o interwencję. A najwięksi hipokryci to Niemcy. Podobno nie było ich stać na 2 biliony zł na zadość uczynienie Polsce, za to stać ich na uchodźców. No ale lewacy tak mają, kolorowy to dla nich ktoś lepszy.

Bernard

Jakby tak od Mieszka nam zadość czynili…..Najlepiej dożywotne renty.

Andrzej

Spadaj trolu oceniany SKRYPTEM.

Wiesław

Jesteśmy jednomyślni w tym temacie.

Sławomir

PiS ma nienawiść, butę i głupotę od zarania w pakiecie tak jak i kradzież słów do opisywania ich odwróconej rzeczywistości.

Dorota
Małe dziecko uczy się: to dobre a to złe i dzięki temu przeżyje – jak ptak w gnieździe – na starcie wie, że latanie go zabije i jest to prawda niepodważalna; Dojrzewanie człowieka polega na bolesnym zauważaniu, że nie jest tak prosto i nic nie jest ani białe, ani czarne; wielu ludzi nigdy nie wychodzi poza dziecinną umiejętność oceniania tak albo nie – jest to zaburzenie, Tak nie da się żyć, to męka i szaleństwo; Czy ptak może żyć, gdy pozostanie przy wiedzy jedynej prawdziwej – dla pisklaka? Całe życie uczymy się i to rozumne podważanie podziału na czarne i… Czytaj więcej »
Andrzej

Czyżby i tutaj zaczął działać „SKRYPT”.

Andrzej

Jednak nie pomyliłem się. „SKRYPT” działa.

Halina

Andrzej, co to jest „SKRYPT” i jak działa? Zauważyłam zaskakująco dużo minusów, przy rozsądnych wypowiedziach i plusy przy np. krakusie, który na ogół ma minusy.

Andrzej

Czy ze złożonej teorii ideologów można selektywnie wybierać myśl jedną i stawiać ją na ołtarzu? Idee musimy formować na bieżąco w/g współczesnych uwarunkowań i to właśnie winno być przedmiotem naszych rozważań.

jurek

Kompilacyjne widzenie znalazło swój odzew w punktacji wpisów na forum. „Prawdziwi” znaleźli metodę.
Czy to ich sposób na ignorowanie nienawistnych wpisów?

Ted

Trenuja przed wyborami ?
Zmienią ordynację, zezwolą na głosowanie w sieci i
wyniki będą jak kiedyś w ZSRR, poparcie PiS wzrośnie do 150%.

olo

ilu WAS jest w tym ruchu specjalnej troski????

Artur
Sedno dyskusji jest takie: jaka niepodległość i dla kogo? Endecja i Piłsudski to postacie, dla których niepodległość była państwem obszarników i kapitalistów. Można tę ideę inaczej rozumieć. „Myśli nowoczesnego Polaka” wcale do światłych nie należały. Powielały nacjonalizm i antysemityzm. Taką niepodległość należało zwalczać i zastąpić ją niepodległością wolnościową, równościową i oddolną. Oto próbka: „Patriotyzm ten nie tylko obowiązuje do określonego stanowiska względem rządów zaborczych, […] ale nakazuje bronić dobra narodowego od uszczerbku przeciw wszystkim, którzy na nie czynią zamachy, zajmuje on odporne stanowisko względem uroszczeń ruskich czy litewskich, przeciwdziała usiłowaniom rozkładowym żydowskim i tak dalej; zachowuje on się wrogo względem… Czytaj więcej »
wpDiscuz