Sen o biedzie i dumie

Sen o biedzie i dumie

Słysząc argument, że ktoś jest lepszy bo ma sukces zawodowy, pieniądze i urodę, nowojorczycy pytają: „Ale czy potrafi gotować?!”.

W samym sercu Broadway’u na Manhattanie Roman, Rosjanin z Leningradu, otworzył restaurację „Rosyjski samowar”. W czasie blokady w 1941 roku stracił palce u jednej stopy. 12-letni Roman, żeby uratować rodziców przed śmiercią głodową, spędzał godziny na lodzie, usiłując wyłowić ryby z newskiego przerębla. Po wojnie stał się bardzo popularny dzięki autentycznym białym amerykańskim dżinsom. Pożyczał je nawet Josifowi Brodskiemu. Kiedy w końcu obaj znaleźli się w Ameryce, Brodski kupił sobie własne białe dżinsy, ale przyjaźń przetrwała i Roman organizował laureatowi Nobla wieczory autorskie w „Samowarze”.

Poznałam Romana, kiedy otworzył „Kalinkę”, małą restaurację na Madison Avenue, blisko mojego domu. Okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. „Polacy mieli lepiej – wypominał mi Roman. – Mogliście podróżować i czytać amerykańską literaturę. Czy wiedziałaś o tym, że ci Rosjanie, którym udawało się przyjechać do Polski, uczyli się na pamięć polskich przekładów Hemingwaya, Steinbecka, Salingera? Po powrocie recytowali je w całości w czyimś zatłoczonym mieszkaniu. Dla nas książki, które wy kupowaliście w księgarniach, były zakazane”.

Miał rację, w porównaniu z życiem naszych rosyjskich znajomych, tamte czasy w Polsce właściwie nie wydawały się najgorsze. Docierały do nas ważne osiągnięcia światowej kinematografii i literatury. Pod ich wpływem, przedawkowując kofeinę, w dymie papierosów, spędzaliśmy czas, zastanawiając się nad sensem istnienia. Życie toczyło się powoli.

Cenzura poskramiała nasze wolnościowe zapędy i stała na straży moralności, ale poziom szmiry i tandety w porównaniu z tym, co wydaje się dziś, był wyjątkowo niski. Pieniądz, za który niewiele można było kupić, był „wędrującą stówą” – pożyczało się od jednego, oddawało drugiemu. Byliśmy biedni, ale dumni, ambitni i głodni wiedzy.

Książki, wydawane w dużych nakładach, szybko się sprzedawały, a do przeszmuglowanych z Kultury Paryskiej trzeba było czekać w kolejce u znajomych. Na takie egzemplarze jak „Doktor Żywago” czy „Jeden dzień w życiu Iwana Denisowicza” czekało się miesiącami. Muzyki zachodniej, nadawanej przez Radio Luxembourg, słuchaliśmy w nocy pod kołdrą i jak fala radiowa, odlatywaliśmy z głosem spikera do zachodniego raju, do świata w którym panowała prawdziwa królowa, James Bond w Aston Martinie pędził Lazurowym Wybrzeżem do kasyna w Monte Carlo, a na Via Veneto królował Fellini. Brigitte Bardot wychodziła za mąż za niemieckiego milionera playboya, a my z mieszkania w komunistycznym bloku odlatywaliśmy do świata koloru, energii i wolności.

W tym samym czasie w najbogatszym kraju na świecie, w San Francisco, amerykańscy hippisi hasłem „Summer of love” rozpoczynali, ich zdaniem, nowy rozdział w historii ludzkości. Nie byli wcale pierwsi. My w Polsce Ludowej, jako naród, byliśmy hippisami dużo wcześniej. Amerykańska „Siła kwiatu” propagowała życie nie kierowane względami materialistycznymi, nieagresywne, antywojenne, z troską o środowisko naturalne, artystycznie rozwijające się społeczeństwo inspirowane miłością. Nasze hasła brzmiały bardzo podobnie: „Pokój narodom całego świata”, „Śmierć podżegaczom wojennym”, „Miłość do bratnich narodów”, „Dbaj o czystość środowiska!”, „Nie deptać trawników!”, „Gazeta i książka w rękach robotnika i chłopa”.

Robotnicy i chłopi dziś nie czytają. A może to nie czytają urzędnicy i intelektualiści? Nie ważne, kto nie czyta, pytanie brzmi: Dlaczego?  Zasób słów na głowę mieszkańca w Polsce maleje z dnia na dzień. Czy nie można by użyć szantażu: „500zł dla każdego, kto udowodni, że jego dziecko przeczytało lub była mu przeczytana jedna książka miesięcznie”. To mi przypomina, jak łatwo było namówić Polaków w czasach PRL-u do jedzenia zarządzeniem: „Piwo tylko z zakąską”. Wszystko można załatwić, jak się przyłożyć. Czy nie?

Do budki z owocami, w kolejce przede mną, stała kobieta z paroletnim chłopcem, obok dwóch facetów prowadziło wesołą konwersację, leciały podstawowe polskie przekleństwa, wyrażane dobitnie i głośno. Zastanawiałam się przez chwilę, jak zareagować i kiedy byłam już zdecydowana na wersję: „Panowie, na litość boską, przecież tu są dzieci!”, chłopiec poszedł do facetów: „Tato, no k…wa, obiecałeś mi lizaka”. E tam, nie ma co, damy radę. No to co, że nie znamy wszystkich słów, ale i tak potrafimy się k…wa mać porozumieć. Kumamy co się dzieje! Ruscy mają dużo gorzej. Zawsze mieli. Bo łatwo nimi manipulować, je…ani. Jak naród ciemny, to wszystko kupi! My jesteśmy lepsi, bohaterscy i wierzący! A klniemy, bo przekleństwa dają nam większą ulgę niż modlitwa. A jak tak dalej pójdzie, to zawsze jeszcze będziemy mogli o sobie powiedzieć: „No i ch…! Ale za to umiemy grylować“.

Magda Dygat

 

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Sen o biedzie i dumie"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Lena

„…chłopiec poszedł do facetów: „Tato, no k…wa, obiecałeś mi lizaka”.”

Czy tym małym chłopcem był aktualny minister kultury Gliński?
Bo jego tatuś też zadbał żeby synkowi nigdy słów nie zabrakło. To po prostu taki sort. I na teatrze się zna i kur…ą rzuci. Prawdziwy Polak. LOLrxhcr

Zgredzinka

No, po prostu …. „warszawski dżolero”.

wpDiscuz