Szacunek

Szacunek

Niepokojąco powszechnie działa w tej chwili ryczałtowe potępianie ludzi na tej podstawie, że zajmowali się bądź zajmują czym innym, niż my.

Na cmentarzu komunalnym na Powązkach znajduje się grób Kazimierza Deyny, a na nim napis: SZACUNEK. W pierwszej chwili pomyślałem, że zgodnie z odmianą polszczyzny, która (pewnie stereotypowo) kojarzy mi się ze stadionem piłkarskim, powinno być SZACUN. W drugiej – że ładny to napis, szkoda, że rozmaicie tam bywało z szacunkiem kibiców za życia tego, nie mam wątpliwości, artysty futbolu. W trzeciej – że pojawienie się tego słowa na czyimś grobie coś mówi nie tylko o nim, ale o świecie, w którym ten napis wykuto.

Żyjemy w kulturze, która zbudowana jest na fundamencie chrześcijaństwa, w nim zaś najważniejsze zalecenie czy zachęta (bo przecież trudno to nazwać „nakazem”) mówi o miłości bliźniego. Kiedy jakaś wartość, jakiś ideał etyczny, zaczyna być w tak oczywisty sposób rzadkością, można zastanowić się pragmatycznie nad zastąpieniem go czymś skromniejszym. Wydaje mi się, że w stosunku do miłości bliźniego ten skromniejszy i naprawdę już minimalny postulat dotyczący naszego stosunku do drugiego człowieka to właśnie „szacunek”.

Kogoś, kogo darzymy szacunkiem, możemy w gruncie rzeczy nie lubić. Możemy też się z nim zasadniczo nie zgadzać. Możemy nawet pozostawać z nim w otwartym konflikcie, ba, toczyć z nim walkę. Jest jeszcze jedno ułatwienie w stosunku do miłości bliźniego: szacunek jest uczuciem zwrotnym. Darząc kogoś szacunkiem, oczekuję wzajemności (gdy miłość, zwłaszcza miłość bliźniego, może się zdarzyć nieodwzajemniona…). Ale właśnie z tą ostatnią sprawą mamy, jak mi się zdaje, kłopot w skali ogólnonarodowej. Chodzi o doświadczenie szacunku nie tego, który odczuwamy do kogoś, ale tego, który mielibyśmy sami budzić. Już wyjaśniam, w czym rzecz.

Zacznę od przypomnienia czyjegoś bon-motu, że ściągnięta z języka angielskiego fraza „w czym mogę pomóc?” (zamiast rodzimego „czym mogę służyć?”) przyjęła się tak łatwo, ponieważ współczesny Polak bardzo rzadko potrafi znieść myśl, że mógłby służyć, czyli że można by go zaliczyć do służby. Dotyka to jego mocno niepewnego poczucia własnej wartości. Otóż to właśnie: zdaje mi się czasem, że kiedy spieramy się o sposób wychowywania młodego pokolenia, dyskutujemy o dziesiątkach spraw, pomijając pytanie o sposób zaszczepienia młodym ludziom spokojnej pewności, że przysługuje im godność. Ponieważ przeraźliwie wielu i wiele z nas neurastenicznie potrzebuje potwierdzenia, że są godni i godne szacunku, więc sami (i same) niechętnie obdarzają szacunkiem, bo zdaje im się, że się w ten sposób umniejszają. Nasze wyobrażenie o darzeniu kogoś szacunkiem jest w tej materii całkowicie zwichrowane: często, zbyt często ludzie sądzą, że naturalną reakcją na obdarzenie szacunkiem jest… pogarda.

Moim zdaniem taki jest psycho-społeczny klucz do zadziwiającego zjawiska ostatnich lat. Jeśli społeczeństwo/naród można porównać do organizmu, to organizm ten zaczął mianowicie cierpieć u nas na chorobę autoimmunologiczną, rodzaj ostrej alergii, skierowanej przeciwko własnej elicie kulturalnej. W społeczeństwie/narodzie zdrowym darzy się ją właśnie szacunkiem. Niekoniecznie miłością i niekoniecznie sympatią; niekoniecznie zgadzaniem się z góry na wszystkie dzieła, myśli, pytania czy idee, które ta elita wytwarza. Elita kulturalna ma to do siebie, że zajmuje się twórczym poszukiwaniem, jej dzieła i idee bywają sprzeczne, a niekiedy wręcz niedowarzone, i ktoś, kto by je ryczałtem akceptował, musiałby chyba zapaść na rozdwojenie, a raczej zwielokrotnienie jaźni. Sięgając po niekontrowersyjny przykład z historii sztuki: jeśli się przepada za malarstwem Matejki, trudno być równocześnie miłośnikiem obrazów Strzemińskiego, a jeśli zachwycają nas płótna Witkacego, raczej nie ekscytujemy się Kossakiem. Niemniej w normalnych okolicznościach twórczość malarska, ta czy inna, czyni malarza kimś szczególnym. Budzi szacunek.

Ba, tylko że wszystko to przestaje działać, jeśli lęgnie się w nas podejrzenie, że odczuwając szacunek wobec kogoś (na przykład wobec gościa przy sztalugach), sytuujemy się od razu niżej od niego i niejako prowokujemy go do pogardy. Jeśli na myśl o elicie oblewa nas gorączka, że ci z elity się nad nami wywyższają, obserwują nas z politowaniem, albo – nie wiadomo, co bardziej drażniące – w ogóle się nami nie zajmują, wówczas rodzi się marzenie, by tę elitę poniżyć. Odebrać jej wyjątkowość i upokorzyć.

Zaczyna się od pewnego chwytu lingwistycznego: a mianowicie „elitę” (liczba pojedyncza) zastępują „elity” (liczba mnoga). Elity są sprzedajne, antynarodowe, fałszywe i niemoralne. Zaczyna się kompulsywne mnożenie deprecjonujących przymiotników. Wkrótce bierze się na celownik pojedynczych twórców, teraz to oni jawią nam się jako ludzie bez charakteru, mali i plugawi, a kiedy się rozpędzimy, dochodzimy do budzącego w nas euforię wniosku, że ich talent i zasługi są żadne, że to w istocie nie artyści, ale grafomani sztuk wszelakich.

Ten mechanizm, dodajmy nawiasem, rozlał się już poza elitę, w ścisłym sensie, kulturalną. Obejmuje także bohaterów historii najnowszej, wielkich uczonych… wszystkich, którymi zdrowy naród winien się szczycić. Piszę tylko o artystach, wierząc, że Czytelnik dopowie sobie resztę.

Nie chcę tu robić tej uprzejmości nienawistnikom i nie będę przypominał, jakie nazwiska szargali tylko w ostatnich miesiącach. Pewien reżyser nie był wcale wybitny i wikłał się we wstrętne kompromisy, pewna pisarka nie jest nawet uzdolniona, a swą karierę zawdzięcza płaszczeniem się przed zagranicą. O, właśnie: w zdrowym społeczeństwie/narodzie entuzjazm za granicą dla jakiegoś rodaka budzi dumę. My i tak wiemy, że są wielcy, ale przyjemnie, że gdzie indziej też się na nich poznali. Nie znam Francuza, który by sarknął na wieść, że Polacy zaczytują się Houellebecqiem, bądź czule wspominają de Gaulle’a (choćby ów Francuz ani jednego, ani drugiego akurat nie cenił). U nas choroba sprawiła, że to działa na odwrót: zagraniczne laury to najlepszy dowód, że nasz artysta jest nikim.

Dramat polega na tym, że tak jak szacunek jest uczuciem zwrotnym, tak zwrotnym uczuciem jest pogarda. Tak, zdarzają się artyści, doświadczający pogardy w stosunku do społeczeństwa (ciekawe, że jeśli w tym zdaniu zamiast „społeczeństwo” wstawię „naród”, stanie się ono bardzo wątpliwe, gdyż kiedy społeczeństwo, rzeczywiste i konkretne, zawodzi, naród staje się wyobrażonym ideałem). Ci artyści to właściwie bez wyjątku artyści odrzuceni, niedocenieni, lekceważeni i pogardzani. Artyści odpłacają w monecie, którą otrzymali. Nie jest więc prawdą, że uwielbiani przez dziesięciolecia twórcy polskiego kina czy polskiej literatury (by na tych dwóch gałęziach sztuki poprzestać) odczuwali pogardę. Dopiero teraz, jeśli nie opanujemy jakoś tej przeraźliwie rozpowszechnionej alergii, dorobimy się pokolenia artystów gardzących społeczeństwem.

Ktoś powie: ale na szacunek trzeba zasłużyć. Oczywiście. I nie myślę przeczyć, że istnieją pojedyncze przypadki ludzi, którzy mój szacunek utracili. Zwracam jedynie uwagę na to, że niepokojąco powszechnie działa w tej chwili ryczałtowe potępianie ludzi na tej podstawie, że zajmowali się bądź zajmują czym innym, niż my. Że w trudnych czasach zaryzykowali zdrowie, wolność, a i życie, gdy my co najwyżej napisaliśmy w toalecie „głupi kaowiec”. Że piszą powieści, gdy my w najlepszym razie – komentarze w internecie; kręcą filmy, gdy my robimy słitfocie; spotykają się z innymi, by zrealizować spektakl teatralny, gdy my – żeby przy piwie ponarzekać na świat. Na pewno coś knują. A już jeśli powiedzą coś, co nam się nie spodoba, to już wiadomo: maski spadły i widać przecież gołym okiem, że to wszystko łajdactwo, które wspięło się po naszych plecach i żyje naszym kosztem. A wielu politykom w to graj, bo przecież postanowili dokonać rewolucyjnej wymiany elit.

Czy artystom nie zdarzają się myśli, które naprawdę powinny nas zaalarmować? Owszem. W chwili, kiedy to piszę, nie mogę znaleźć krótkiego tekstu Czesława Miłosza, mówiącego właśnie o tym. Opowiem go zatem w tej postaci, w której mi utkwił w pamięci. Wielki poeta zwierza się tam, jak to pewnego razu wyobraził sobie, że jest wszechmocny. Co wówczas zrobił? W pierwszej chwili, nim zdążył się skarcić, że to niemoralne, zagrała w nim wieloletnia frustracja. Zgromadził zatem wszystkich ludzi, którzy nie cenili kultury – literatury – poezji – jego własnej poezji. Którzy głupimi uwagami, prymitywizmem, upartą złą wolą i tak dalej niszczyli zacne pomysły (jego i innych), blokowali upowszechnianie piękna i nowych myśli, pozbawiali entuzjazmu do pracy, a nieraz i ochoty do życia. Zebrani zostali na wielkim stadionie, otoczeni drutem kolczastym, wokół byli strażnicy z karabinami i psy. Poeta spojrzał na nich ze swojej wysokości i już miał wydać jakiś nieodwracalny rozkaz, gdy nagle… zrobiło mu się żal. Bo przecież „oni też mają swoją opowieść” (to już nie Miłosz, to „Dezyderata” Maxa Ehrmanna). I wszystkich puścił wolno.

Strzeżmy się. Wielu wielkich ludzi, w tym artystów, tak by pewnie zrobiło. Ale niejeden polityk nie zrobiłby tak na pewno.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

12 komentarzy do "Szacunek"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
WaszeR Londyński

Rzecz najwyższych lotów. Przeczytałem z podziwem, rozsyłam dalej.

dobrozmianowiec

Jerzy Sosnowski żyjesz w świecie iluzji KODu. Zdejmij klapki z oczu.

raf

dobrozmianowiec
Pewnie, trolu, jesteś bardzo dumny i wydaje ci się, że napisałeś inteligentny komentarz. A jest zupełnie inaczej, żyjesz w świecie iluzji pisu. Zdejmij klapki z oczu.

Zwykły Kowalski

Sorry, to jest tekst dla inteligentnych.

raf

Znakomity tekst.
Fakt jest taki, że po I-ej RP, II-ej RP, komunie i II RP mamy II-ą komunę, czyli rządy nienawiści stymulowanej przez PiS

zbig

Może jestem zbyt „zakodowany”.. Ale nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że ktoś komu okażesz szacunek odwzajemni to pogardą,. Czy rzeczywiście są tacy, którzy z tego powodu boją się okazywać szacunku?

Zwinka

Moja Mama, skądinąd bardzo wyrozumiała osoba, zawsze mawiała, że do chama trzeba po chamsku, bo innego języka nie zrozumie. Ale fakt, nie jest łatwo przejąć metody przeciwnika, o czym przekonała się boleśnie PO, lekceważąc obelgi ( nawet typu karalnego, bo gdyby mnie ktoś nazwał mordercą, zażądałabym publicznych przeprosin, dając na to dwa tygodnie, a później skierowałabym sprawę do sądu.

Janka
Uważam, że mówimy o naszej narodowej przypadłości, jaką jest zawiść! Bo na szacunek zasługuje ktoś, kto coś sobą reprezentuje, a nie łatwo jest zdobyć to „coś”, bo trzeba się wysilić, a nie każdemu się chce, więc pojawia się zazdrość i zawiść. Wyjaśnię na przyziemnym przykładzie z poziomu drogi. Jeszcze do niedawna Polacy dosiadali Fiata 126p, Trabanta, Wartburga, czy Poloneza, a na samochody i kierowców w zagranicznych autach patrzyli z zazdrością i zawiścią właśnie. Aż pojawiły się i u nas możliwości nabycia lepszego auta i co się dzieje? Na drogach królują: pogarda, arogancja i chamstwo w stosunku do aut słabszych (starszych).… Czytaj więcej »
jurek
Genezę tej naszej kultury drogi odnajduję wśród posiadaczy samochodów, którzy mieli je jeszcze w socjalizmie. Samochodów nie traktowano tylko jako narzędzia komunikacji, a raczej jako oznakę prestiżu, „pokazania się”. Mogły wtedy je mieć osoby mające określone cechy, jednostki o wyższym niż przeciętny poziomie agresji kulturowej (zdobyli pieniądze, raczej potępianymi wtedy metodami) i cynicznego sprytu (zdobywanie zasług w systemie nie nagradzającym przecież za pracowitość, a za kombinowanie). Tak powstała klasa ludzi, którzy stworzyli przeciętny obraz kierowców na polskich drogach, te ich cechy przejawiły się z zachowaniu na drodze. Ciągle są nadreprezentowani (chamskie zachowania, zwłaszcza teraz, gdy waaadza swoimi reprezentantami wręcz je… Czytaj więcej »
adama

Tyle że PIS oparł swoją politykę społeczną, to budowanie własnych elit, na braku szacunku. Brak szacunku ostentacyjnie okazuje innym prezydent, premier, prezes partii rządzącej. Wy w Pisie chcecie od innych szacunku? Kościół zblatowany z Pisem także chce szacunku? Do szacunku dla przeciwnika nawołuje KOD, ale to trudne. Zapewne władzy pisowskiej wystarczy że ludzie będą sie bali. Ale wtedy trudno o szacunek, także dla kościoła. A i bać się tych pajaców nie bardzo można.

gniewko_syn_ryba

„Żyjemy w kulturze, która zbudowana jest na fundamencie chrześcijaństwa”

Zaskakujące wyznanie jak na „postępowego europejczyka”… Co na to p. Środa ?… ;))))))

mariana131

A Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.
Czy pojmujecie co to znaczy?

Czy raczej trafia do ciebie „Bądźcie nietolerancyjni, fanatyczni i zaciekli” (Hitler), ciekawe co trafia putinowskich trolli, zapewne emerytura na Krymie?

wpDiscuz