Szczepionka narodowa

Szczepionka narodowa

Dziś, gdy władze ciągle machają biało-czerwoną chorągiewką i nie ma chyba nowo powołanej instytucji, która by nie miała określenia „narodowy” w nazwie, warto czytać Bobkowskiego możliwie często.

Pięćdziesiąt pięć lat temu umarł w Gwatemali Andrzej Bobkowski. Niedawno wróciłem sobie do jego „Szkiców piórkiem”. Opowiadania tego samego autora wydają mi się niestety dość bezkrwiste, jakby geniusz Bobkowskiego budził się w konfrontacji z rzeczywistością, z zaobserwowanym zmysłowym konkretem, a gasł z chwilą, gdy tę rzeczywistość i konkret trzeba było wymyślić. Sprawa jest o tyle dziwna, że – jak dziś już wiemy – „Szkice piórkiem” też są na dobrą sprawę utworem z obszaru literatury pięknej, nie zaś z literatury faktu. Opublikowane w roku 1957 mają jedynie za „podstawę” autentyczne zapiski z lat 1940-1944, poddane wszakże daleko idącej redakcji, by nie powiedzieć: przeróbce. Ale zostało w nich widocznie wystarczająco wiele zapachów, smaków, emocji, by nadawały tej prozie urzekającą energię.

W wydaniu, którym dysponuję (Warszawa 2007) umieszczono jako posłowie esej Romana Zimanda pt. „Wojna i spokój” z 1983 roku. Zimand narzeka w nim, że Bobkowski, inaczej niż inni pisarze emigracyjni, nie został w okresie karnawału „Solidarności” przyswojony w kraju, że pozostaje na marginesie polskiej kultury. Pod koniec stulecia ta sytuacja zaczęła się zmieniać, w czym niemałą zasługę mieli publicyści, kojarzeni dzisiaj z prawicą.

Po kolejnej lekturze „Szkiców piórkiem” zacząłem buszować w internecie, zaintrygowany, co w tym kręgu mówi się o „chuliganie wolności” obecnie – zdawało mi się bowiem, że niemała część jego refleksji zrobiła się dla nich tymczasem bardzo niewygodna. No cóż, strategie są dwie. Jedna to podkreślanie konsekwentnego antykomunizmu pisarza; przemilcza się natomiast, że darzył on gorącą niechęcią wszystkie autorytarne ideologie XX wieku, zarówno lewicowe, jak i prawicowe. „Bardzo być może, że nacjonalizmu nie znoszę jeszcze bardziej niż komunizmu” – pisał przecież. Druga strategia to znana skądinąd technika insynuacji. W życiorysie Bobkowskiego rzeczywiście są co najmniej dwa momenty niejasne: okoliczności utraty pracy w katowickiej hucie Laura i powody nieprzyjęcia go do Armii Polskiej we Francji. Nic prostszego, jak zasugerować, że miał związki z… wywiadem hitlerowskim, wypomnieć rodzinne związki z Austrią i dzięki temu unieważnić jego krytyczne uwagi na temat kultury polskiej.

Tymczasem one właśnie sprawiają, że w 2016 roku Bobkowskiego czyta się chwilami z oczami jak spodki. Prorok, czy co?… Nawet jeśli przyjąć, że te konkretne zdania powstały nie w latach 1940-1944, ale dopiero podczas przygotowywania tekstu do druku, w roku 1957, szokują one aktualnością. Właściwie mam ochotę zamienić resztę tego tekstu w antologię cytatów z Bobkowskiego. Postaram się powstrzymać, ale tylko trochę.

Najpierw jednak, uwzględniając dzisiejszą sytuację, muszę coś zastrzec: Bobkowski przeprowadza krytykę pewnego sposobu myślenia o polskości nie dla pastwienia się nad narodem, znajdującym się zresztą wówczas w wyjątkowo tragicznym momencie swoich dziejów. Po przytoczonym już zdaniu, że nacjonalizmu nie znosi może jeszcze bardziej, niż komunizmu, dorzuciwszy uwagę bez znieczulenia o skromnym udziale Polski w kulturze Europy, otwiera przed nami całkiem optymistyczną perspektywę: „Jesteśmy tyle samo warci, co inni, a różnica jest w tonacji, nie w melodii. Poza stylem szlacheckim żadnego stylu nie wytworzyliśmy i cała przyszłość przed nami”. Chodzi tylko (ba!) o to, żeby przestać żyć z głową skierowaną wstecz. Hipnotyzowanie nas przeszłością, w dodatku sprowadzoną do uproszczonych hasełek, stanowi zagrożenie: „Nasza łatwowierność nie uległa zmianie od czasów rozbiorów. Pomachać nam biało-czerwoną chorągiewką, złożyć hołd bohaterom, pozwolić zaśpiewać „Boże coś Polskę”, „Rotę”, „Jeszcze Polska” i „Pierwszą Brygadę”, i można dużo zrobić”. No tak, sprawdzamy właśnie, jak dużo.

„Jak jakiś nasz pisarz napisze coś i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów), to on jest zły Polak” – pisze autor „Szkiców piórkiem” nieco później (jakoby w roku 1943). Kto to niedawno twierdził, że Szymborska nie oddaje ducha polskiego, bo w jej poezji nie ma wierzb?

„Naród to nie dach – wyjaśnia Bobkowski – ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczałtów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie (…). To fundamenty, o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne jak wszystkie fundamenty na świecie. (…) nic nigdy nie napawało mnie większym strachem i świętym oburzeniem, jak (…) kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego” (to wciąż rok 1943).

Wzmianka o „nacjonalizmie mieczykowatym” znów pokazuje, że niestety po kilkudziesięciu latach repetujemy klasę, choć wydawało się, że pewnych błędów, a mówiąc brutalnie: pewnych idiotyzmów zbiorowość dwukrotnie popełniać nie powinna. Ale trzeba przyznać, że Bobkowski w tej krytyce polskiej kultury idzie dalej. Chwilami to już nie chodzi o narrrodowców i hurrra-patriotyczną ideologię sanacji, do której wkrótce po klęsce wrześniowej można było mieć uzasadniony psychologicznie wstręt, a którą dziś próbuje się wskrzeszać. Autor „Szkiców piórkiem” jest naprawdę „chuliganem wolności”, przy czym tę chuliganerkę chce uprawiać w pojedynkę. W ostatniej części jego książki, części datowanej na rok 1944, znajdujemy taki oto wywód: „To, że się urodziłem Polakiem, jest takim samym przypadkiem jak to, że należę do pewnej warstwy społecznej, a nie do innej, że jestem biały, a nie czarny. (…) Tylko człowiek nie jest fikcją – wszystko inne jest fikcją. Cały świat może być ojczyzną i każdy człowiek bratem. Bo świat to człowiek, przede wszystkim człowiek. (…) Mit narodowości to jeden z wielkich mitów, który nie ma zamiaru rozlecieć się w pył. Panu Bogu już dali radę, religiom dali radę, ale narodowości, nacjonalizmowi nie poradzili. Ten mit ma jeszcze wielką przyszłość przed sobą. I dopóki będzie żył, dotąd o LUDZKIM świecie nie ma co marzyć”.

Czytam te słowa, mimo wszystko, z niepokojem. Czy płynie on z faktu, że jestem widocznie produktem kultury, która denerwowała autora „Szkiców piórkiem”? Jeśli tak, to ośmielam się stwierdzić, że w towarzystwie lepszych ode mnie, skoro to Herbert napisał w „Rozważaniach o problemie narodu”: „buntowałem się / ale sądzę że ten okrwawiony węzeł / powinien być ostatnim jaki / wyzwalający się / potarga”. Niemniej chodzi mi w gruncie rzeczy o coś innego.

Indywidualista Bobkowski powiada: „Tylko człowiek nie jest fikcją”. Bieda w tym, że człowiekiem zostaje się w procesie socjalizacji, która nie zachodzi w jakiejś uogólnionej „kulturze ludzkiej” za pośrednictwem ponadnarodowego języka w rodzaju esperanto, lecz przeciwnie, toczy się w ramach kultury narodowej przy pomocy języka narodowego. W związku z tym, jeśli mamy być precyzyjni, to akurat człowiek (w sensie: „człowiek w ogóle”) owszem, właśnie JEST fikcją – w tym sensie, że nie jest (od tysiącleci) czymś bezpośrednio danym, a pojawia się w umyśle dzięki ogarnięciu abstrakcyjną kategorią rozmaitych konkretnych podprzypadków: Polaka, Niemca, Boliwijczyka, Czarnogórca, Hutu, Egipcjanina czy Trobriandczyka.

Czy z tego musi wynikać postulowane przez nacjonalistów traktowanie narodu jako czegoś bardziej rzeczywistego i cenniejszego niż pojedyncze istnienie ludzkie, chronicznie walczącego z innymi narodami? Nie, zwłaszcza że historia uczy, iż mało kto ściągnął na swoje narody tyle nieszczęść, ile ich nacjonaliści. Ta ideologia jest nie tylko zbrodnicza, jest również przeciwskuteczna. Ale z drugiej strony trudno, nie budując kolejnej utopii – a na wszelkie utopie miał przecież Bobkowski alergię – zgodzić się w tym kontekście na lekceważenie kultury wspólnoty, która nas na dobre i złe wychowała, uczyniła ludźmi. Owszem, należy pamiętać o wspólnym drzewie genealogicznym naszych wspólnot narodowych (narody nie są odwieczne). Niemniej świadomość, że istnieje coś takiego jak ludzkość (jak die Menschheit, the mankind, l’humanité i tak dalej) pojawiła się w nas za pośrednictwem kultury lokalnej, która tę ideę uznała za godną przekazania kolejnym pokoleniom. Niszczy się tę kulturę, nabzdyczając się patriotycznie, bo kultury, jak organizmy, potrzebują metabolizmu, to znaczy wymiany z innymi (wymiany słów, idei, obyczajów, symboli, przedmiotów, a wreszcie, czemu nie, genów). Toteż koncept kultury samowystarczalnej, tak cudownej, że wszelka obcość jej szkodzi, to niezawodny pomysł na uschnięcie narodu, na mentalne zagłodzenie go na śmierć. Jednak chęć usunięcia z pola widzenia kultury narodowej, pozbycia się troski o nią, to pomysł na likwidację choroby przez zgładzenie pacjenta.

Bobkowski jako szczepionka na to narodowe nabzdyczenie jest znakomity. Ale łatwo przewidzieć skutki przedawkowania szczepionki. Dziś, gdy władze ciągle machają biało-czerwoną chorągiewką i nie ma chyba nowo powołanej instytucji, która by nie miała określenia „narodowy” w nazwie, warto czytać go możliwie często. Wyobrażam sobie jednak przyszłość (czy zgoła: marzę o przyszłości), w której będziemy mogli czytać „Szkice piórkiem”, mówiąc ze swobodą pewnego swojej wartości i dzięki temu otwartego na inne kultury Polaka: No nie, ten Bobkowski to jednak przesadzał…

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

17 komentarzy do "Szczepionka narodowa"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
dobrozmianowiec

Boli was niepodległa Polska.

Zwinka

Że co ???

Zwykły Kowalski

On tylko pisze, że jego nie boli, że nas boli, więc tutaj swawoli – by nie powiedzieć….erdoli.

Sławomir

Zgoda, nie będzie pisior pluł nam w twarz …..

Mariola

Naucz się pisać poprawnie! Gdybyś nie pominął znak cudzysłów przy wyrazie „niepodległa”, byłoby bez błędu! A was boli, że nas nie boli „dobra zmiana”?

JanU

Chyba nic Szanowny Pan nie zrozumiał. Proponuję przeczytać jeszcze raz, a potem jeszcze, i jeszcze, i ….

jurek

Jakże aktualnie współbrzmią z narodowym nabzdyczeniem Witkacowskie „Niemyte dusze” z 1936 roku. Polskość położona na kozetce obnażyła się psychoanalitycznie jako jedno wielkie węzłowisko upośledzenia. Odnajdźmy je w sobie, może to nam pomoże w chorobie wzmożonego „patriotyzmu”.

Zwinka

Pięknie autorowi dziękuję za ten felieton…To narodowe nabzdyczenie pobrzmiewa też w słynnym „polskość to nienormalność” Donalda Tuska, który miał nieszczęście urodzić się Kaszubem i za to jest włóczony od wielu lat po zrujnowanych nieleczoną próchnicą zębach…
P.S. Natychmiast dokonałam zakupu i będę czekać na przesyłkę z niecierpliwością, jako że odtrutka na rzeczywistość jest mi bardzo potrzebna. W chwilach trudnych chwytam się „Szwejka”, „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”, lub „Załatwionego odmownie” Słonimskiego, ale organizmowi przyda się nowy „specyfik”. Serdecznie pozdrawiam.

Sławomir

Dobra, bo pisowska, no dobra, podła.

adama

Nacjonalizm to prostactwo. Ojczyzną dla Polakow jest Europa.

dobrozmianowiec

islamska europa?

Mariola

Znowu błąd!! Tym razem literówka : chamska ropa!!!!

ryszard

islamska czy katolska, mała różnica, szariat islamski bardzo podobny jest do katolskiego

Mike

Dziękuję za Pana tekst. Szczególnie za fragment o kulturze.

Kultura silna to jest kultura otwarta, która chętnie czerpie i pożycza od innych, śmiało przetwarza, nie unikając samokwestionowania i podawania w wątpliwość; nie boi się eksperymentu i krytyki, choć pomna jest doświadczeń i kanonów przeszłości. Swe treści tworzy w dialogu z rzeczywistością, a tym co rezonuje, dzieli się bez obawy.

Kultura silna nie unika wstydu i stron ciemnych, po to, by przepracowawszy je poddać doświadczenia swego czasu pod rozwagę potomnych.

Ewa

Warto przeczytać korespondencje Andrzeja Bobkowskiego do Tymona Terleckiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Anieli Mieczysławskiej.

Magda

Straszliwie brakuje mi Pana Jerzego w Trójce ;(

JanU

Mnie także!

wpDiscuz