Babcia Katarzyna

Babcia Katarzyna

Co roku 1 sierpnia moja rodzina spotyka się na Cmentarzu  Powstańców na Warszawskiej Woli, gdzie pochowany jest mój dziadek. Co roku jego córki klękają na skrawku zbiorowej mogiły i układają naprzemiennie kwiaty białe i czerwone w miejscu, gdzie mają nadzieję, leży ciało ich taty. Kiedyś układały  goździki, bo tylko te były dostępne. Teraz  jest dużo zniczy,  róże, mieczyki, wiecznie zielone drzewka.

Jest tłoczno. Każda córka ma dzieci, dzieci mają wnuki. Są prawnuki i praprawnuki. Ja, córka przedostatniej córki,  też zawsze 1 sierpnia jestem z mężem i dziećmi w Warszawie, żeby stanąć na tej wąskiej alejce przy grobie dziadka wraz z resztą rodziny, która zjechała na godzinę W.

Zawsze w takich chwilach myślałam z wdzięcznością i dumą głównie o nim – o dziadku. Powrócił z rodziną do Warszawy, skąd pochodził,  na kilka dni przed wybuchem powstania. Na Polesiu, gdzie rzuciły ich wojenne losy, nie byli w stanie wykarmić dzieci. A mieli 5 córek. Najstarsza 12- letnia, najmłodsza miała zaledwie trzy miesiące.  W Warszawie zatrzymali się u rodziny, która była w AK. Kiedy babcia kładła na poduszce najmłodszą córeczkę i chciała tę poduszkę trochę poprawić, spod spodu wypadł  pistolet. Nie jedyny w tym domu. Stali domownicy gotowi do powstania tylko czekali na rozkaz. Dziadek ulokował więc babcię z dziećmi w Skierniewicach, a sam krążył między Warszawą a Skierniewicami próbując handlem zarobić na jedzenie.

1 sierpnia 44 r. dziadek nie wrócił do Skierniewic. Przez znajomą przekazał babci niewielki, ale cały utarg, worek ziemniaków i list, w którym informował żonę i córki, że idzie do powstania: „Najpierw byłem Polakiem, a potem mężem i ojcem”. Teraz potrzebuje mnie ojczyzna. To zdanie z jego pożegnalnego listu  wypowiadane potem z dumą i łzami przez moją mamę kształtowało moje wyobrażenia o powstaniu. Dziadek został postrzelony w krtań i umarł 1 września. Zostały same kobiety. Babcia i pięć córek. One bezpośrednio ponosiły koszty jego decyzji. Bez domu, bez pracy, bez środków do życia, ale żywe i wśród dalekiej rodziny. I o nich dziś myślę z wdzięcznością jak o bohaterkach. O tych kobietach, które nie walczyły zbrojnie, ale ponosiły konsekwencje powstania. Podnosiły się potem z samotności, z bezdomności, z biedy. Walczyły o lepszy los, lepszy kraj. O swój codzienny chleb, pracę i wykształcenie.  Mozolnie i pracowicie. To jest ta druga strona medalu, mniej błyszcząca. Za to nie dają orderów.

Babcię pamiętam jak przez mgłę, bardziej z opowiadań i zdjęć. Jak tylko najmłodsza z jej córek uzyskała samodzielność finansową, babcia zachorowała na raka. Leżała tuż przed śmiercią w naszym domu. Bardziej wiem, że tam była, niż pamiętam. Nie bawiłam się z nią, nie siedziałam na jej kolanach, choć pewnie głaskała mnie po głowie.

Dziś układam na jej grobie naprzemiennie białe i czerwone róże, na pamiątkę polskiej flagi.  Myślę o niej z wdzięcznością i dumą. Moja starsza siostra nosi po niej imię. Kocham cię, babciu Katarzyno. I dziękuję.

Agata Wieczyńska-Krawiec

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o