Czytanki o dobrej zmianie

Pan Prezes i rechrystianizacja Europy

Pan Prezes rzucił ze szczytu drabinki kolejne winogronko, które potoczyło się po podłodze pokoju, znikając za drzwiami. Fiona tylko na to czekała. Jak wystrzelona z procy skoczyła za zieloną kuleczką. Pan Prezes popatrzył w ślad za nią z czułością w oczach i łagodnym uśmiechem majaczącym w kącikach ust, który nadawał jego twarzy charakterystyczny wygląd Giocondy. Uwielbiał swoją kotkę i uwielbiał się z nią bawić w aportowanie winogronek.

Pan Prezes i koty

Gdy po kwadransie dotarł do domu, w progu przywitała go Fiona.

– „Jak się masz!” – ucieszył się pan Prezes. – „Zaraz naleję ci mleczka”.

– „Sam sobie nalej! I tej lafiryndzie z atlasu…” – fuknęła w odpowiedzi, obróciła się do niego ogonem i demonstracyjnie oddaliła się do drugiego pokoju, mrucząc pod nosem: – „Morda zdradziecka, kanalia!”.

Jak pan Prezes stulecie niepodległości uczcił

„Chcesz poznać nasz sekret? Po pierwsze – my, króliki, dużo się ruszamy. Po drugie – zdrowo jemy” – powiedziała Krystyna Pawłowicz, pokazując Dominikowi Tarczyńskiemu pudełko z sałatką.

Wyglądała uroczo. Zamiast zwykłego beretu z antenką miała dziś nakrycie głowy z parą króliczych uszu. Podobne uszka widniały na głowach Anny Sobeckiej i Beaty Kempy. Gdy przed kwadransem weszły we trójkę do Sali Kolumnowej, promiennie się uśmiechając, gwar rozmów umilkł

Jak pan Prezes handlu w niedziele zakazał

– „Niedziela nie jest na zakupy, lecz dla rodziny” – powiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz, przełykając sałatkę.

– „Zwłaszcza dla rodziny Radia Maryja” – przytaknęła Anna Sobecka i poprawiła zsuwające się nakrycie głowy z antenką dostrojoną do odpowiedniej częstotliwości. Katolicki głos w jej berecie rozbrzmiewał przez cały dzień, wskazując jej drogę i pomagając podejmować trudne decyzje.

Zebranie w Sali Kolumnowej, poświęcone zakazowi handlu, trwało już od dwóch godzin.

Pan Prezes i rekonstrukcje historyczne

– Krzysztof Jurgiel: zamierzam zrekonstruować PGR-y… – podniósł wzrok znad kartki i spojrzał na autora. Blady z przejęcia minister rolnictwa stał obok ławki nerwowo miętosząc w dłoniach motek sznurka do snopowiązałek. Nie wiedział jeszcze, czy pan Prezes go pochwali, czy skarci, więc na wszelki wypadek milczał i tylko cichutko posapywał z opuszczoną głową, wpatrując się w wypolerowane do połysku czuby galowych gumofilców.
– Brawo – powiedział wreszcie pan Prezes. – To świetny pomysł. PGR-y bardzo się nam przydadzą.

Jak pan Prezes rozkład jazdy ułożył

– „Patriotka…” – szepnął pan Prezes. Dobrze znał ten tradycyjny polski typ polskiej kobiety niepokornej, która za niemieckiej okupacji pod połami wytartego płaszcza ukrywała zakazany boczek. W czasach okupacji komunistycznej przeobraziła się w babę z cielęciną, by za okupacji platformianej dostarczać złaknionej ludności nielegalną prasę patriotyczną i ukryte pod beretem święte obrazki z Tupolewem Frasobliwym. Czego jednak może chcieć dzisiaj, w czasach wolności, gdy dobra zmiana zniosła wszelkie zakazy?

Jak pan Prezes pana Janka wylansował

– „Możemy już zaczynać?” – zapytał pan Prezes z drabinki ustawionej pośrodku sali. Głos miał łagodny, ale zgromadzeni wiedzieli, że coś się szykuje. Doskonale znali obyczaje szefa i bezbłędnie potrafili wyczuć, kiedy się gniewa, a kiedy jest z nich zadowolony. Był wychowawcą surowym, lecz sprawiedliwym, więc z należnym szacunkiem przyjmowali zarówno pochwały, jak i nagany. Tym razem spodziewali się tych ostatnich, choć jeszcze nie wiedzieli, co przeskrobali. Siedzieli więc cichutko jak trusie, czekając, aż sprawa się wyjaśni. Tylko Krystyna Pawłowicz ukradkiem podjadała schowaną pod ławką sałatkę.

Pan Prezes i podstępni harcerze

Po wakacjach pan Prezes czekał na współpracowników w swoim gabinecie. Przed drzwiami ustawiła się już kolejka podekscytowanych i lekko onieśmielonych osobistości. Była tu Anna Zalewska, której oszałamiający uśmiech jarzył się w półmroku niczym latarnia nadziei, wskazująca drogę żeglującym rozbitkom. Był Marek Suski z nienaganną grzywką, która nigdy nie poddawała się podmuchom wiatru ani strumieniom deszczu. Był Joachim Brudziński w świeżo wyglancowanych kaloszach, w których latem pokonywał bezdenne przepaście

Jak pan Prezes przerwał oblężenie

To prawdziwy kłopot i bardzo przykra niespodzianka. Pan prezes już od dwóch dni próbował naciskać różne guziki na pilocie – i  nic. Prezydent nie reagował. Nie wykonywał żadnych poleceń i nie dało się go nawet zresetować. Zatroskani towarzysze partyjni w milczeniu siedzieli w sztabie na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie i z należnym szacunkiem wpatrywali się w zwinne, zgrabne palce przywódcy, sprawnie śmigające po klawiaturze urządzenia. Pewność ruchów dowodziła wielkiej wprawy

Pan Prezes, piosenki i różne inne dźwięki

Potężny, podwójny grzmot dobiegł z męskiej toalety, wywołując panikę wśród posłów.

– To był zamach! – zawołał Mariusz Błaszczak spod stołu. – Uchodźcy podłożyli bombę, a teraz będą nas pojedynczo dobijać!

Beata Szydło schowała się za filarem, Marek Suski w oczekiwaniu na podmuch powietrza, który zazwyczaj towarzyszy eksplozjom, przygładził grzywkę, a Krystyna Pawłowicz, spodziewając się ewakuacji, przyspieszyła konsumpcję sałatki, żeby się nie zmarnowała.

Zaniepokoił się nawet pan Prezes.

Pawłowicz: Adrian mści na prezesie

– Zatrzymanie islamizacji to moje Westerplatte. Nigdy się w tej sprawie nie cofnę! – krzyknął Patryk Jaki, wyrywając Krystynie Pawłowicz styropianowe pudełko z kebabem. – Oddaj! – wrzasnęła rozjuszona posłanka i rzuciła się na niego z widelcem. Nic jej tak nie irytowało, jak pozbawienie dostępu do niezbędnych protein, cukrów oraz tłuszczów roślinnych i zwierzęcych. A właśnie w tym momencie pudełko z tymi substancjami odżywczymi oddalało się od niej w dłoni

Pan Prezes i podstępne wrzutki

Pan Prezes powiódł wzrokiem po sali i cichutko westchnął.

– Co ja mam z tymi szkrabami! – pomyślał. – Energia ich roznosi, chwili nie usiedzą w spokoju.

Bardzo kochał swoich łobuziaków, ale chwilami czuł się zmęczony ich wyczynami. Ciągle napływały na nich skargi. A to Theresa May się skarżyła, że po ostatniej wizycie pana Antoniego w Londynie RAF nie może się doliczyć dronów

Czy tekstu Tamary nie będzie ?

– Oj, oj, oj! – zapiszczała Anna Sobecka i umknęła przed arcybiskupem Markiem Jędraszewskim, który ścigał ją z kropidłem krzycząc „Dyngus, dyngus!”. Chichocząc i ociekając wodą święconą posłanka przebiegła na drugą stronę stołu, na którym pan Antoni ustawił model Świętego Tupolewa, zmontowany z puszek po piwie, kapsli, parówek i folii aluminiowej.

– Tu mnie nie złapiesz! – przekomarzała się zdyszana Sobecka, rzucając arcybiskupowi figlarne spojrzenia. Wyglądała naprawdę uroczo.