Clinton, Trump, a może ten trzeci…

Clinton, Trump, a może ten trzeci…

Z tym „trzecim” to wcale nie żart. Proszę, czytajcie dalej… W każdym razie jeszcze tylko kilkadziesiąt godzin do „pierwszego wtorku po pierwszym poniedziałku listopada” i około 100 mln Amerykanów ruszy do lokali wyborczych, aby wybrać 538 elektorów, którzy niemal na Gwiazdkę wybiorą im i sobie, oczywiście też, 45 prezydenta. Czy będzie to udany prezent? Sadzę, że większość wyborców decyzję elektorskiego grona przyjmie machnięciem ręki…

Dlaczego akurat machnięciem ręki i to raczej z uczuciem lekceważenia pomieszanego z rezygnacją? Ano dlatego, że jak nigdy dotąd przytłaczająca większość Amerykanów nie będzie wybierała kandydata, którego chce wybrać, ale wybierze tego, do którego czuje mniejszą niechęć. Bo oboje kandydaci, zarówno Hillary Clinton, jak i Donald Trump mają rekordowy współczynnik tzw. negatywnego elektoratu.

Ponad 35 mln wyborców już głosowało, wysyłając swój głos pocztą, a w niektórych stanach nawet osobiście, aby uniknąć kolejek w lokalach wyborczych we wtorek, 8 listopada. Takie wcześniejsze głosowanie dopuszcza 37 stanów. W siedmiu stanach można głosować dwa, a w stanie Wisconsin nawet trzy razy… Nie, nie znaczy to jednak, że można oddać dwa lub trzy głosy na tego samego kandydata. Co to, to nie. Ale można np. wysłać głos na kandydata A, a po zmianie zdania o tym kandydacie, swój głos wycofać i oddać go na kandydata B, a we wspomnianym Wisconsin „pójść po rozum do głowy”, wycofać ten drugi i ponownie oddać głos na kandydata A… Co prawda z takiego rozwiązania amerykańscy wyborcy korzystają niezwykle rzadko, bo zdarza się to ledwie w kilkuset przypadkach. Ale pamiętajmy, że w 2000 roku o zwycięstwie George’a W. Busha nad Alem Gore’m zdecydowało 579 głosów, które dały mu większość głosów elektorskich na Florydzie, a w konsekwencji prezydenturę.

A trzeba też przyznać, że amerykański wyborca, szczególnie ten, który się waha na kogo postawić, ma sporo materiału do przemyślenia. Stawiać na tego, kto jest przedstawiany przez oponentów jako bezczelny typ, seksistowski antyfeminista, nieudaczny biznesmen i naciągacz, a nade wszystko polityczny ignorant? Czy też na tę, którą zwolennicy tego pierwszego ukazują jako bigotkę, krętaczkę, kłamczuchę, naciągaczkę i do imentu skorumpowanego polityka, w dodatku skompromitowanego tak swymi decyzjami politycznymi, jak i nieświadomą, a może wręcz przeciwnie, celową dezynwolturą w korzystaniu z prywatnego serwera, zainstalowanego w prywatnym domu do obsługi poczty elektronicznej zarówno tej prywatnej, co nie dziwi, ale także tej służbowej. A to ostatnie jest obecnie objęte śledztwem FBI. Śledztwem wznowionym kilka dni temu, po uprzednim lipcowym postanowieniu o jego zamknięciu.

Obejmuje ono kilka punktów. Po pierwsze – jak to się stało i jak to w ogóle było możliwe, że urzędująca sekretarz stanu, Hillary Clinton, zrezygnowała z uruchomionego specjalnie dla niej serwera w miejscu pracy i czy nie złamała w ten sposób prawa. Po drugie – czy to działanie było z jej strony tylko, jak twierdzi Hillary Clinton, „ułatwieniem” sobie pracy, czy może było działaniem celowym, które miało osobom niepowołanym ułatwić dostęp do jej korespondencji służbowej. I po trzecie – co zawierało ponad 30 tys., a może znacznie więcej maili, które Hillary Clinton skasowała jako „prywatne”. To te maile, o których odnalezienie Donald Trump apelował (sarkastycznie – jak później wyjaśniał) do Rosji, a z których część istotnie została „odnaleziona” i upubliczniona.

Zresztą korespondencja mailowa nie tylko samej Hillary Clinton, ale członków jej sztabu dostarcza mnóstwo informacji, które za wszelką cenę pragnęliby, aby pozostały tylko do ich wiadomości i nigdy nie zostały upublicznione. Niestety, internet nie jest szczelny na tyle, aby uchronić ich przed hakerskimi „przeciekami”. A te przecieki są na tyle obfite, że w oczach wielu potencjalnych, a wahających się wyborców, mogą na tyle solidnie „przytopić” kandydatkę demokratów, że nie zdoła ona złapać oddechu, pozwalającego „dopłynąć” do Białego Domu. Sztab Hillary, ona sama i sprzyjające jej media w Stanach, nie bardzo wiedząc, jak się tłumaczyć z mailowych wpadek, skupiają się na oskarżaniu obozu Trumpa i jego samego o powiązania z Rosją. W ich przekonaniu właśnie rosyjscy hakerzy (choć serwery hakerów namierzono np. na Ukrainie) przekazują Wikileaks wykradzione na polecenie Moskwy maile, chcąc skompromitować i obrzydzić kandydatkę demokratów i w ten wpłynąć na wynik wyborów w USA.

Dzisiaj, jeszcze dzisiaj, Hillary Clinton i jej akolici pocieszać się mogą, że spośród 37 stanów, o których wiadomo, kto w nich wygra, ma ona za sobą 200 elektorów, gdy Trump tylko 175. Do zwycięstwa potrzeba 270 i tych brakujących oboje kandydaci szukają w 13 stanach, w których zwycięstwo może przypaść każdemu z kandydatów. Te stany to Arizona, Colorado, Floryda, Iowa, Karolina Płn., Michigan, New Hampshire, Nevada, Ohio, Pensylwania, Utah, Virginia i Wisconsin. I tym stanom oboje kandydaci poświęcają niemal od początku kampanii najwięcej uwagi. Trump ma trudniejszą sytuację, bo choć może wygrać w większości stanów USA, to ostatecznie może przegrać, bo nie zdoła uzyskać poparcia minimum 270 elektorów, a to z tej racji, że te stany są mniej ludne, co przekłada się na liczbę elektorów. To po pierwsze. Po drugie – Trump w swej kampanii jest „samotnym wilkiem”, bo znaczące postaci Partii Republikańskiej nie tylko go nie wspierają, ale nawet opowiadają się przeciwko niemu. Tymczasem Hillary Clinton jest bardzo aktywnie wspierana przez parę prezydencką (tylko w niedzielę, 6 listopada, prezydent Obama odwiedził 13 miejsc!), wiceprezydenta i przez swych niedawnych rywali w prawyborach, w tym przez Berniego Sandersa, który był jej najpoważniejszym kontrkandydatem.

Dzisiaj najważniejsza jest zatem arytmetyka, dodawanie i odejmowanie. Z owych 13 „niepewnych” stanów najważniejsze to Floryda i… Utah. Floryda, bo tu walka idzie o 29 głosów elektorskich, a Utah, bo tu może się okazać, że wybory wygra ten trzeci, Evan McMullin. Mormon i republikanin, rozczarowany biegiem zdarzeń i nominacją Trumpa, były agent CIA, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wystawić swoją kandydaturę. Specyfika amerykańskiego systemu wyborczego sprawia, że w każdym stanie lista kandydatów może wyglądać inaczej. Oczywiście, w każdym są na niej reprezentanci Partii Demokratycznej i Republikańskiej. W większości stanów na listach znajdą się również nazwiska Gary’ego Johnsona (Partia Libertariańska) i Jill Stein (Partia Zielonych), mających w skali kraju sondażowe poparcie odpowiednio 6 i 2 proc. W każdym ze stanów na listach pojawią się też nazwiska nic nikomu, poza rodziną i bardzo lokalnymi środowiskami, niemówiące i niemające wpływu na krajowy rezultat, ale w Utah sytuacja jest inna.

Ten w zasadzie „od zawsze” republikański stan, w którym kandydat może zdobyć zaledwie, a może aż (to się okaże…) 8 głosów elektorskich ma swojego kandydata, którego nazwisko widnieje jeszcze na listach w dziesięciu innych stanach. To właśnie wspomniany już Evan McMullin, który w swoim rodzinnym stanie cieszy się wg sondaży poparciem nawet nieco większym od Trumpa. To może mniej istotne. Istotniejsze jest to, że może on zostać… 45 prezydentem USA.

Jak to możliwe? A możliwe, bo może się wszak okazać, że ani Hillary Clinton, ani Donald Trump nie zgromadzą wymaganych co najmniej 270 głosów elektorskich. Cóż wtedy? Wtedy, zgodnie z zapisem konstytucji Stanów Zjednoczonych, prezydenta wybierze Izba Reprezentantów spośród trzech kandydatów, którzy uzyskali największą liczbę głosów. Jeżeli tym trzecim, co bardzo możliwe, będzie właśnie McMullin, to… Czy zdominowana przez republikanów Izba Reprezentantów wybierze Hillary Clinton? Byłby to koniec świata. To może Trump? Wydaje się to oczywiste, ale ten – jak wiemy – nie cieszy się ani poważaniem, ani sympatią, ani poparciem partii, której jest oficjalnym kandydatem. W takim razie… McMullin? To możliwe, ale mało prawdopodobne. Wspomniałem o takim rozstrzygnięciu tylko po to, aby wskazać na jeszcze jeden element układanki, którą Amerykanom fundują autorzy ordynacji wyborczej.

I co teraz? Pozostaje czekać na wtorkowy wieczór, a raczej – z racji różnicy czasu – na noc z wtorku na środę. Zapewniam, że będzie się działo. Tak dziwnej, tak oryginalnej kampanii wyborczej jeszcze nie byłem świadkiem (a to moja 10 kampania, której się uważnie przyglądam), ani nie przypominam sobie takiej w historii amerykańskich wyborów. Nigdy też nie obserwowałem kampanii, w której TYYYLE różni oboje kandydatów i to nie dlatego, że po raz pierwszy kandydatem jednej partii jest kobieta, a drugiej mężczyzna. To, powiedziałbym nawet, najmniejsza różnica. A kto z tej pary 20 stycznia 2017 roku będzie składał na schodach Kongresu Stanów Zjednoczonych przysięgę? Hillary Clinton czy Donald Trump? Arytmetyka elektorska przemawia na korzyść tej pierwszej, ale… Ale może… ten trzeci?

Marek J. Zalewski
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
2 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
JacekMisioMaciek123454321 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maciek123454321
Maciek123454321

A nie byłoby miło dla Ameryki, gdyby jednak kobieta została prezydentem? Skoro mógł być czarnoskóry, to teraz kolej na kobietę. Merytoryczne argumenty już dawno poległy (czy zginęły? – och ta semantyka smoleńska – przepraszam). Poza tym chichot historii. Partia demokratyczna swój szacowny rodowód wywodzi od plantatorów z Południa Stanów. Przodkowie dzisiejszych Demokratów byli plantatorami uważającymi niewolnictwo za coś tak naturalnego, jak powietrze do oddychania. A przodkowie współczesnych Republikanów? Toż oni wywodzą się od abolicjonistów z Północy Stanów. To właśnie Republikanie chcieli zniesienia niewolnictwa. A dziś? Ksenofob, oszust, populista i kawał chama reprezentuje tą partię, a kulturalna kobieta szanująca mniejszości narodowe… Czytaj więcej »

Misio
Misio

Czy merytorycznym argumentem jest, ze to kobieta ma byc prezydentem? A kolejnym moze ktos ze srodowiska LGBQT? Europa panicznie sie boi wygranej Trumpa. Dla krajow UE bedzie to znak, ze mozna wymienic tez nasze elity.. Polska i Wegry sa niewiele znaczacymi panstwami, ale USA, to juz inna liga.

Jacek
Jacek

Z początkiem się zgodzę, ale do dobrej zmiany… to zaprzeczę, że zaczęła się na Węgrzech i w Polsce. Otóż suwerenna demokracja zaczęłą się w Rosji, gdy zrzucono upokarzające jarzmo „prezydentury” Jelcyna. A jak jesteśmy przy Rosji to Węgry z nią współpracują dość blisko, a wasz idol jawnie zapowiada, gdzie ma NATO, a gdzie Rosję.