Cyberpolityka: czy zdajemy sobie z niej sprawę?

Cyberpolityka: czy zdajemy sobie z niej sprawę?

Kiedy my się kłócimy między sobą, ktoś z zewnątrz odnosi korzyści, a nasza pozycja na arenie międzynarodowej spada

O operacji „botów” w cyberprzestrzeni i jak się buduje propagandowe perpetuum mobile, opowiedział portalowi Onet.pl, dr Adam Lelonek, prezes think-tanku Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji. I o tym, że tracimy czas, bo rzucamy urzędników, ekspertów i dziennikarzy na front fikcyjnej walki.

Przypomnijmy: w ubiegłym tygodniu użytkownicy Twittera zaczęli masowo powielać wiadomości #AstroTurfing, #StopAstroTurfing i #StopNGOSoros. Miało to sprawiać wrażenie, że za antyrządowymi protestami w Polsce stoją rzekomo obce siły finansowe.  I chociaż zgromadzone dane nie pozwalają stwierdzić z całkowitą pewnością, kto odpowiada za ofensywę „botów” – objaśnia Lelonek – to „nietrudno zauważyć, że te działania całkowicie pokrywają się z celami zewnętrznych podmiotów, a zwłaszcza celami rosyjskiej propagandy w Polsce, czyli destabilizacji sytuacji wewnętrznej oraz generowaniu i pogłębianiu chaosu”. To nic innego, jak „nowa generacja operacji specjalnych przeciwko Polsce” – potwierdza współzałożycielka CAPiD, Marta Kowalska. Zdaniem ekspertki, jak podaje Onet.pl, podczas sporu o reformę wymiaru sprawiedliwości przeprowadzono przeciwko naszemu krajowi zakrojoną na szeroką skalę akcję manipulacyjną.

Zacznijmy od pojęcia „astrotrufing”. To anglojęzyczny termin, oznaczający pozornie spontaniczne oddolne akcje społeczne, które w rzeczywistości są stymulowane przez jakiś ukryty podmiot. Jaki? To tzw. boty oraz tzw. trolle internetowe, realizujące funkcję „pożytecznych idiotów”, czyli osób świadomie przykładających się do upowszechniania podesłanych im treści. Akcja botów podczas protestów w obronie sądów, służyła przykładowo wzmocnieniu plotki, że za protestami w Polsce stoją obce siły finansowane przez organizacje związane ze znanym z lewico-liberalnych poglądów miliarderem Georgem Sorosem, a w domyśle również przez zachodnie rządy.

Kolejne pojęcie: bot. Bot to nic innego, jak program komputerowy zachowujący się jak prawdziwy użytkownik, czyli algorytm udający żywego człowieka. Twitter został w jednym momencie dosłownie zalany takimi wiadomościami. Prawdziwi ludzie nie byliby w stanie tak szybko i w tak podobny sposób wygenerować tyle wiadomości – tak sądzi ekspertka Marta Kowalska; podobnie uważa Benny Nimmo z amerykańskiego think-tanku Atlantic Council, a także szereg ekspertów w Polsce i za granicą. Do podobnych ataków doszło w USA i Francji podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Potem oczywiście uaktywnili się już zwykli użytkownicy, tworząc efekt kuli śniegowej, wyjaśnia Adam Lelonek portalowi Onet.pl. Jeden warunek: „wrzutka” musi trafić na podatny grunt, przygotowaną wcześniej narrację. Wrzutka, czyli wysoce zideologizowana interpretacja. Jak ta o Sorosie wspierającym polską opozycję na ulicach w celu „obalenia rządu”.

Co było katalizatorem sytuacji, za którą poszedł atak botów? Lelonek tłumaczy, że musi zaistnieć coś, co skieruje dyskusję na tory odpowiadające strategii podmiotu manipulującego. W tym wypadku takim katalizatorem był wpis na Facebooku opublikowany przez Bartosza Kramka, przewodniczącego Rady Fundacji Otwarty Dialog, w którym opisał 16 punktów prowadzących do sparaliżowania państwa i „wyłączenia rządu”. O co chodziło? Wpis Kramka to „taka instrukcja, jak – opierając się na doświadczeniach ukraińskiego Majdanu i innych „kolorowych rewolucji” – wywołać rewolucję w Polsce. To porównanie o tyle trafione, że Otwarty Dialog był bardzo aktywnie zaangażowany we wspieranie przemian u naszego wschodniego sąsiada, otrzymywał granty od Fundacji Sorosa, a w samej Fundacji pracuje wielu Ukraińców” – mówi. Kiedy my się kłócimy między sobą, ktoś z zewnątrz odnosi korzyści, a nasza pozycja na arenie międzynarodowej spada.

Wpis Kramka pasuje do tez rosyjskiej propagandy, która do dziś twierdzi, że za ukraińskim Majdanem stoi Soros i CIA. I taki pozornie logiczny ciąg ma nadawać sens innym, naciąganym tezom. Czyli: skoro proukraińska Fundacja chce rewolucji w Warszawie, to za tymi pomysłami stoją zachodnie „mroczne” siły. I to właśnie tą narrację sprowokowaną przez Kramka podchwycili polscy użytkownicy nawołujący do zatrzymania Sorosa. Jaka w tym rola autora wpisu, czyli Kramka – trudno jednoznacznie stwierdzić. Jak mówi Lelonek, „Są trzy warianty. Pierwszy: zrobił to nieświadomie, a ktoś z zewnątrz błyskawicznie podchwycił wątek i podjął decyzję o ataku informacyjnym. Ewentualnie czekano na okazję, która się właśnie pojawiła. Drugi: było to świadomie działanie. Trzeci: w jego otoczeniu są ludzie, którzy przekazali informację, że taki tekst jest pisany i dzięki temu można było przygotować gotowy scenariusz działań” – wylicza. Choć nie wiadomo, który wariant jest prawdziwy, to trzeba podkreślić, że w takim momencie rzucenie hasła o Majdanie „było co najmniej nieodpowiedzialne” – podkreśla szef centrum analiz.

Ponieważ w cyberprzestrzeni niezwykle łatwo podrzucać spreparowane treści jednocześnie zacierając ślady, trzeba być rozważnym we wskazywaniu winnych sytuacji. Co więcej, ich ustalenie „to już zadanie dla służb specjalnych, analityków i ekspertów od cyberbezpieczeństwa” – zauważa rozmówca Onet.pl. Ważne też, aby unikać oskarżania przeciwników o bycie „agentem”, bo tego terminu nie warto upolityczniać. Co ciekawe, jak mówi Lelonek, to, kto odpowiada za te wydarzenia, jest dla polskiej debaty społecznej w praktyce bez znaczenia. Dlaczego? Tu szef think tanku przytacza słowa Kamila Basaja z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń – „my wciąż nie wiemy, czy był jakiś cel ukryty tej kampanii twitterowej” i czy jej przebieg nie był jedynie maskowaniem operacji właściwej”.

Póki co mamy sytuację, w której „zwolennicy rządu podłapali opowieść o konspiracji wobec obecnej władzy, a tymczasem opozycja umocniła swój przekaz o protestach jako naturalnym wyrazie społecznego sprzeciwu i antyzachodnich spiskowych obsesjach „pisowców” – opowiada Lelonek. „Kiedy my się kłócimy między sobą, ktoś z zewnątrz odnosi korzyści, a nasza pozycja na arenie międzynarodowej spada”. I jak zauważa specjalista, „te działania całkowicie pokrywają się z celami zewnętrznych podmiotów, a zwłaszcza z celami rosyjskiej propagandy w Polsce, czyli destabilizacji sytuacji wewnętrznej oraz generowaniu i pogłębianiu chaosu”. Następuje też przy okazji uderzenie w ideę Trójmorza poprzez osłabienie zaufania między partnerami i eskalację napięć pomiędzy sąsiadami. Podrzucona nam narracja podoba się obu stronom konfliktu politycznego w Polsce i tu jest problem! „Teraz, zamiast zajmować się wzmacnianiem bezpieczeństwa cybernetycznego państwa, dolewamy oliwy do ognia sporu politycznego. Rzucamy urzędników, ekspertów, dziennikarzy na front fikcyjnej walki. Tracimy czas!” – przestrzega Lelonek.

Popatrzmy na konsekwencje tej internetowej batalii.

1) W miniony piątek Ruch Narodowy zgłosił projekt ustawy o zakazie zagranicznego finansowania organizacji pozarządowych. Jej zapisy są bardziej restrykcyjne niż przepisy podobnej ustawy w Rosji, zauważa specjalista. Dlaczego? Tam jest mowa tylko o kontroli i rejestracji takich podmiotów, a nie – jak w rodzimej wersji – o całkowitym zakazie przekazywania środków z zagranicy. Słowem, RN jest bardziej gorliwy od Putina.

2) obecna sytuacja w Polsce umożliwia jego przepchnięcie. Dlaczego? Bo projekt RN daje z kolei opozycji i osobom o poglądach liberalnych kolejne argumenty, że prawica dąży do zbudowania w Polsce dyktatury na kremlowską modłę, a prezes Kaczyński chce być polskim Putinem, mimo że – uwaga! – to nie jego partia zainicjowała taki projekt! – tłumaczy Lelonek.

3) przyjęcie takiej ustawy przyniosłoby Polsce dalsze straty wizerunkowe i dało amunicję do atakowania naszego kraju przez podmioty zewnętrzne na przykład zachodnie media. A to z kolei doprowadziłoby do dalszego radykalizowania prawej strony. Tak właśnie działa propagandowe perpetuum mobile w cyberprzestrzeni.

„Oczywiście wejście takiego prawodawstwa w życie to na razie fikcja, ale nowy potencjalny punkt zapalny został wykreowany i podłapany przez różne media. Skoro tym razem się udało, to jaką mamy gwarancję, że ta operacja nie będzie kontynuowana” – pyta Lelonek. Jest po co. Przed nami wybory w Niemczech. Przydałoby się również uderzenie w relacje Warszawa-Kijów – wszak wątek antyukraiński w sieci pięknie splata się z tym najgorętszym, antyimigranckim. – „Swoją drogą, wykorzystywanie dla poszukiwania sensacji kwestii trudnych społecznie lub generujących napięcia może być nie tylko niebezpieczne. Wyobraźmy sobie, że nagle pojawia się w mediach społecznościowych informacja o Polce zgwałconej na Ukrainie. Twitter zalewają wiadomości #stopBandera, #StopUkraina itp. Potem okazałoby się, że ta wiadomość to fake, ale nie ma to już żadnego znaczenia. Narracja została przygotowana, ludzie wierzą w kolejne spreparowane informacje, nakręca się spirala nienawiści. Zaczynamy ponosić realne konsekwencje wirtualnych wydarzeń. Dochodzi do prawdziwych aktów przemocy. W niebezpieczeństwie znajdą się Ukraińcy w Polsce, ale i Polacy na Ukrainie” – snuje przykłady rozmówca Onet.pl. Skutek? Niepotrzebnie i ze szkodą dla Polski zahamowana współpraca polityczna i gospodarcza. Tymczasem sytuacja wygląda tak, jakby Polakom nie zależało na zarabianiu pieniędzy, ważniejsze jest kto ma rację…

Na koniec, dla ostudzenia antyrosyjskich podejrzeń. – „Nie tylko Rosja może wykorzystywać nasze słabe punkty. Inne podmioty, w tym nie tylko państwowe, też mogą zechcieć prowadzić jakąś swoją grę czy uderzyć w polityka, partię lub organizację, która stoi na ich drodze lub utrudnia im realizację ich celów. Na razie możemy zakładać dalszą eskalację wewnętrznego konfliktu politycznego, działania wymierzone w polskie ministerstwa, zwłaszcza spraw zagranicznych i obrony. Sądząc po przekazie trolli w mediach społecznościowych, na celowniku mogą znaleźć się też służby specjalne, media, liderzy opinii różnych środowisk próbujących neutralizować napięcie i promować dialog. Samowolne działania pewnych skrajnych grup bazujących na teoriach spiskowych, które w związku z brakiem jednoznacznej reakcji ze strony państwa mogą starać się narzucać własne scenariusze rozwoju sytuacji i sposoby radzenia sobie z kryzysem jedynie pogarszają sytuację i stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa” – ostrzega Lelonek. Z drugiej strony bardzo niebezpieczna jest także narracja o faszyzującym się rządzie w Warszawie czy inne: antyukraińska i antyniemiecka. Warto mieć to na uwadze.
(Źródło: onet.pl)

mpm

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Cyberpolityka: czy zdajemy sobie z niej sprawę?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Andrzej

Na spływie Dunajcem z brzegu Słowackiego usłyszałem zatroskane pytanie: „Wciąż jaszcze się kłócicie?” Ta ocena sąsiada Słowaka potwierdza trafność komentarza. Jedni generują banialuki ‚ drudzy im wierzą, korzysta z tego ktoś trzeci- doprowadza do destrukcji naszego Państwa.

mędrkowski

Niedawno występując w telewizji w dyskusji o obronie systemu sądownictwa w Polsce prof. Rychard zastanawiał się czy duże grupy na facebook-u, nie są już samodzielnymi bytami, które wymknęły się spod kontroli użytkowników. Czy czasami nie tworzy się wielowarstwowa sieć neuronowa z użytkownikami jako komórkami neuronowymi i posiadająca już algorytmy korekcji błędów, samouczenia się i posiadająca algorytmy wstecznej propagacji błędów. Sztuczna rozproszona inteligencja wykorzystująca ludzi – użytkowników facebooka. Straszne gdzie dwóch się bije może ten trzeci zwyciężyć.

wpDiscuz