Dramatyczny raport NIK: fatalnie diagnozujmy nowotwory

Pan Czarnek jest chory i leży w łóżeczku, a o jego zdrowie dbają kobiety, którym odbiera prawo do kariery, nakazując im rodzić dzieci

Wnioski z raportu NIK dotyczącego diagnozowania nowotworów są wstrząsające. Pod lupą tej instytucji znalazły się laboratoria patomorfologiczne, które zajmują się ocenianiem komórek, tkanek i narządów pod kątem diagnozowania chociażby nowotworów.

Okazuje się, że poza Centrum Onkologii w Warszawie, mniejsze jednostki nie posiadają tak profesjonalnego personelu, odpowiedniego sprzętu oraz porządnie prowadzonej dokumentacji, co powoduje, że „90 procent wyników badań histopatologicznych wykonanych w innych podmiotach, zarówno prywatnych jak i publicznych, zawierało opis wyniku badania i rozpoznanie, które nie mogło stanowić podstawy do podjęcia decyzji o sposobie leczenia”.

 

Co to oznacza? Chociażby to, że gdyby pacjenci nie trafili do Centrum Onkologii w Warszawie to byliby leczeni w oparciu o błędną diagnozę lub w ogóle bez diagnozy. Aż 5% próbek, które trafiają do tej jednostki nie nadają się do badań, bo pobrany materiał jest źle zabezpieczony, źle skrojony podczas wcześniejszych badań albo zastosowano parafinę złej jakości.

Dyrektor Centrum Onkologii nie ukrywa, że „co piątemu pacjentowi, który z badaniem histopatologicznym trafił do Centrum Onkologii w Warszawie – po powtórnych badaniach – postawiono zupełnie inną diagnozę albo istotnie zmieniającą rozpoznanie pierwotne”, a to wymusza na lekarzach, by wszystkie badania robić od początku, tracąc tym samym czas, w którym mogliby zająć się już leczeniem, nie wspominając już o dodatkowych kosztach.

W raporcie znajdziemy też informacje o łamaniu przepisów sanitarnych, brudzie, wadliwej wentylacji, odpadających tynkach, fatalnej jakości armatury łazienkowej czy narażaniu pracowników na toksyczne działania formaldehydu, którego stężenie bada się zbyt rzadko. Te zarzuty dotyczą 70% skontrolowanych placówek.

Zdarza się też, że „pobrany od pacjenta materiał wiele dni oczekiwał na dostarczenie do laboratorium. W skrajnym przypadku trafił do badania dopiero po 40 dniach”, co jest niedopuszczalne i praktycznie stawia szanse powodzenia w leczeniu pod dużym znakiem zapytania.

 

Istotne jest też to, że brakuje lekarzy patamorfologów i są województwa, gdzie jest ich zaledwie kilku. Brakuje też pracowni patamorfologicznych, bo po prostu nie opłaca się ich tworzyć. Są za drogie. Z kolei te, które są, pracują na przestarzałym sprzęcie, bez niezbędnych przeglądów technicznych, badań parametrów pracy tej aparatury.

Zostań patronem KODUJ24.PL

 

Oczywiście, Ministerstwo Zdrowia nie upada na duchu, bo przecież kontroluje sytuację i „planuje wprowadzenie obowiązkowej akredytacji dla zakładów patomorfologii prowadzących badania finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Dotyczy to także laboratoriów zewnętrznych, udzielających świadczeń ze środków płatnika publicznego. Pierwsze akredytacje zakładów patomorfologii są spodziewane na przełomie lat 2021 i 2022”.

Chorzy na nowotwór, pogadajcie więc ze swoją chorobą i poproście, by się wstrzymała z rozwojem i poczekała aż MZ zrealizuje swoje pomysły. Może rak będzie tak miły i posłucha…

Tamara Olszewska

Źródło: tokfm.pl

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o