Dwa tygodnie, które wstrząsnęły Polską

Dwa tygodnie, które wstrząsnęły Polską

Zimny prysznic społecznego protestu zmył lakier, którym przed wyborami partia władzy pomalowała sparciałą i rdzewiejącą konstrukcję państwa.

Niby nic wielkiego się nie zdarzyło. Ani nie zaczęła się rewolucja, ani nie skończyła się epidemia, ani nie wyrzucili nas z Unii, ani Kaczyński nie odszedł na emeryturę …  A jednak minęły ledwie dwa tygodnie, a świat wokół nas zmienił się nie do poznania.

10 maja Polska radziła sobie z pandemią najlepiej w całej Europie. Władza zarządzała kryzysem wręcz wzorowo. Sukcesów w walce z koronawirusem zazdrościli nam sąsiedzi, przywódcy krajów europejskich podobno nawet gratulowali naszemu premierowi dopytując się, jak rząd to robi, że prawie nie chorujemy. Dzisiaj Polska jest już bodaj ostatnim krajem Unii, gdzie epidemia ani myśli gasnąć, gdzie liczba nowych zachorowań jest wyższa niż wyzdrowień. Chorych przybywa, a krzywa zapadalności pracowicie pnie się w górę za każdym razem, gdy tylko ministerstwo nieopatrznie dopuści do zwiększenia liczby przeprowadzanych testów. Przybywa też rodaków zdumionych dziwnymi decyzjami rządu, który zamroził kraj, kiedy dziennie notowano ledwie kilkanaście zachorowań, a odmraża, gdy przypadków jest kilkaset, licząc tylko tych chorych, którzy zaznali dobrodziejstwa testów.

 

Zadziwiająco podobne i równie gwałtowne zmiany dotknęły naszą gospodarkę. Tuż przed 10 maja premier rozpływał się nad wspaniałą kondycją polskiego przemysłu. Nasi przedsiębiorcy byli najbardziej przedsiębiorczy w całej Europie, a rządzący wzorowo ćwiczyli konstruowanie tarcz chroniących firmy przed skutkami pandemii. Kasa państwowa nie była jeszcze pusta, bo premier wszystkie wydatki na walkę z COVID-19 cichaczem wypchnął poza budżet. Statystyki, podrasowane podobnie jak dane o liczbie ofiar koronawirusa, zmyliły nawet światowych ekspertów, którzy kilkanaście dni temu prognozowali osłabienie polskiej gospodarki ledwie o trzy procent z groszami. Po dwóch tygodniach okazało się, że przerabiamy tąpnięcie gospodarki niespotykane w żadnym innym kraju, że przemysł już w poprzednim miesiącu skurczył się o rekordowe 24,6%, czyli bardziej nawet niż w 1990 roku, gdy na gruzach PRL Polska rozpoczęła ryzykowną transformację.  A to jeszcze nie koniec, bo remedium na ewidentny kryzys mają być dalsze niekontrolowane wydatki. Rząd właśnie wyłączył stabilizującą regułę wydatkową, która dotąd nie pozwalała wydawać więcej pieniędzy,  niż ich przybywało dzięki rosnącemu PKB. Jeśli połączyć tę decyzję z udokumentowanym partactwem rządzących, licznymi przekrętami w wykonaniu funkcjonariuszy PiS oraz z bezkarnością gwarantowaną ustawowo – to hulaj dusza, piekła nie ma…

Zmienił się kraj, zmienili się ludzie. W przeddzień głosowania pocztowego Andrzej Duda był „kandydatem marzeń” Jarosława Kaczyńskiego z poparciem wyborców między 45 a 56 procent, w zależności od przyjętej metody badawczej, od tego kto za badania płacił i od politycznych preferencji sondażowni. Minęło ledwie kilkanaście dni i reelekcji obecnego prezydenta chce teraz ledwie 35-39% wyborców. Mimo, że Duda jako jedyny mógł prowadzić swoją kampanię w czasie epidemii i mimo przypisywania mu rozmaitych sukcesów i inicjatyw, z którymi nie miał nic wspólnego. Andrzej Duda najwyraźniej zgasł. Jeszcze niedawno, gdy w zamian za podpis umożliwiający przekazanie partyjnym mediom dwa miliardy złotych wymuszał usunięcie Kurskiego z fotela prezesa TVPiS, zdawało mu się, że siedzi przy głównym stoliku, a może nawet, że rozdaje karty. Kurski powrócił właśnie w chwale, a okpiony przez Kaczyńskiego Andrzej znów stał się Adrianem i antyszambruje w przedpokoju prezesa. Nawet własna formacja nie traktuje go serio. I chyba sam się też nie traktuje serio, bo przeciw powrotowi Kurskiego nawet nie zaprotestował.

W pierwszej dekadzie maja Łukasz Szumowski był liderem rankingu zaufania do polityków, ufała mu prawie połowa ankietowanych. Wtedy jeszcze przyzwoite media nie odkryły w pełni jego rodzinnych machlojek i mocno niepełnych oświadczeń majątkowych. Nie dostrzeżono wszystkich przekrętów w ministerstwie, które np. wydało 125 milionów na testy wykrywające wirusa zaledwie u jednego na pięciu zakażonych. Ale w trzeciej dekadzie maja minister zdrowia przestał być śmiertelnie strudzonym mężem opatrznościowym, bohatersko i zwycięsko walczącym z pandemią. Szumowski stał się wielkim problemem PiS, wręcz drugim Banasiem, ojcem chrzestnym lewych interesów z wykorzystaniem pandemii i nowych przepisów gwarantujących bezkarność kombinatorom z partii władzy.

Dwa tygodnie temu tysiące przedsiębiorców ufnie czekało na dotacje i wsparcie zapowiedziane w „tarczach” Morawieckiego. Dziś większość z nich nadal czeka. A na dokładkę okazało się właśnie, że wielu spośród tych, którzy już dostali i wydali pieniądze, opłacając koszty jałowego biegu swoich firm, będzie musiało zwrócić otrzymaną subwencję wraz z odsetkami, bo w trakcie gry władza zmieniła regulamin przyznawania wsparcia.

10 maja ból Kaczyńskiego był większy niż nasz, ale wtedy nikt nie robił z tego halo, bo ludzie przywykli do wielkopańskich manier rządzących – aż znalazł się ktoś, kto walnął Kaczyńskiemu w oczy prawdę o jego bezczelnej pysze i pozbawił go nimbu nietykalności. Kilkanaście dni temu radiowa „Trójka” wciąż jeszcze trochę przypominała tę stację, z którą identyfikowali się fani dobrej muzyki i mądrego słowa. Wtedy jeszcze nie wyszło na jaw, że była kandydatka lewicy na prezydenta Magdalena Ogórek zarabia w telewizji Zjednoczonej Prawicy 600 tys. rocznie. Jeszcze nie odkryto, że znana w świecie stadnina koni w Janowie przypomina dziś zapuszczone gospodarstwo na głuchej peerelowskiej wsi, gdzie bydło traktowane było jak bydło, zwierzęta stały w gnoju po kolana, jadły byle co, a gdy zachorowały, szły z miejsca na rzeź. Jeszcze nie upubliczniono maila rozesłanego w imieniu siłownika Mariusza Kamińskiego do towarzyszy partyjnych, by w trybie pilnym zbierali haki na prezydenta Warszawy i przesyłali je „mailem, na kartkach formatu A4”.  Prezydent Duda jeszcze nie rapował, a biskupi, nieobciążeni kolejną porcją winy za ukrywanie kolejnych skandali pedofilskich,  dyskretnie wspierali jego ponowny wybór.

Co właściwie rypnęło się przed dwoma tygodniami? Na oko nic wielkiego. Po prostu Kaczyński cofnął się pod społeczną presją, bo większość Polaków optowała za przełożeniem wyborów  (nawet dzisiaj 69% wyborców nadal chce wyborów jesienią lub wiosną przyszłego roku). Kaczyński zrejterował również pod naporem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i wszystkich, którzy przed kopertowym głosowaniem wyznaczonym na 10 maja ogłosili, że w szambie maczać rąk nie zamierzają. Pewnie prezes pluje sobie teraz w brodę, bo usłużny Andrzej Duda mógłby wygrać te wybory już w pierwszej turze, może nawet bez dorzucania kart wydrukowanych z naddatkiem i bez przekrętów podczas obliczania głosów. Dla Kaczyńskiego byłoby bez znaczenia, że ówczesna reelekcja Dudy była nielegalna i że odtąd już żaden cywilizowany kraj nie zapraszałby go do złożenia wizyty, a wielu przywódców nie podałoby mu ręki podczas przypadkowych spotkań. Od dawna jest też przygotowany, że Unia przestanie się wahać i każdą dotację dla Polski obwaruje gwarancją przestrzegania reguł praworządności.

 

Od tamtych nibywyborów minęło dokładnie 14 dni. Opadł propagandowy blichtr skrywający prawdziwą Polskę – odartą z Konstytucji, bezczelnie okradzioną z budżetu i z godności. Zimny prysznic społecznego protestu zmył lakier, którym przed wyborami partia władzy pomalowała sparciałą i rdzewiejącą konstrukcję państwa. Zza zasłony pozornych działań, iluzorycznych planów i fikcyjnych projektów ratunkowych wyłoniła się biała flaga. Przyzwoite media i ludzie opozycji zaczęli odkrywać kolejne działania władzy, służące tylko temu, by wyborcy nie zauważyli, że rządowi partacze, których Kaczyński powołał do realizacji swoich chorych projektów, właśnie się poddają.

Przed nami jeszcze kilka tygodni. Co najmniej dwa razy więcej niż opisywany okres, który wstrząsnął Polską. Czy wystarczy czasu, by przekonać większość Polaków, że w najbliższych wyborach nie chodzi tylko o zwycięstwo nad PiS i skopanie tyłka Kaczyńskiemu? Stawką jest – bez cienia przesady -bezpieczeństwo i przyszłość Polski.

Andrzej Karmiński

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

6
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
3 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
ZgredzinkaPolka gorszego sortuPredatorJaninasmętek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
andrzej
andrzej

Zwyciężymy Prezydenta wymienimy

smętek
smętek

Nadzieja umiera ostatnia.

Janina
Janina

Opozycja tak usilnie prze do wygranej, jakby miała przejąć władzę nad „krainą mlekiem i miodem płynącą”. Ale jakby Kaczyński znowu wykręcił numer jak onegdaj z ogłoszeniem przyśpieszonych wyborów i oddaniem władzy, to tylko siąść i płakać. Wydoili tę biedną „Ojczyznę dojną” i już mogą ją porzucić jak starą bezzębną, schorowaną, brzydką, jałową babę. I nikt nie rozliczy pisowców. Nie będzie żadnych Trybunałów Stanu, żadnych prokuratorów, sądów, żadnych „będziesz siedzieć”. Puste odgrażania, a ten, kto w nie wierzy jest bardzo naiwny. Nikomu nie spadnie włos z głowy. Od lat oglądamy te gry polityczne i tych samych graczy, co parę lat wymieniają… Czytaj więcej »

Predator
Predator

W zasadzie zgadzam się z Panią, tylko kretyn z Żoliborza nadepną na odcisk normalnym sędziom i prokuratorom i myślę że będą musieli porozliczać tą grupę przestępczą choćby dla własnego dobrego samopoczucia. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Zgredzinka
Zgredzinka

Jak widać, są jednostki których nawet ten nowy uczestnik igrzysk nie chce ruszyć … bo złego licho nie bierze.
Mówią, że złym ludziom opatrzność daje więcej czasu na opamiętanie, ale ile można? … Widać są jednostki wyjątkowo oporne na wiedzę, skoro nawet nieudany zamach, niefortunny lot, czy pandemia … nie są w stanie skłonić do refleksji.
Czyżby piekło jednak zamarzło?

Polka gorszego sortu
Polka gorszego sortu

Zmycie lakieru to za mało. Jakimś cudem musi jeszcze spaść bielmo z oczu oczadziałych wyznawców, a na to raczej nie widzę szans.