Gdzie są umarli?

Gdzie są umarli?

Przestrzeń i geograficzna odległość nie mają znaczenia, gdy chodzi o obecność umarłych.

Nie tylko z obowiązków kapłańskich chodzę na cmentarze. Coraz więcej bliskich mi ludzi odchodzi. Wiem, że nie ma ich na cmentarzu, ale odwiedzanie ich grobów podtrzymuje pamięć i daje impuls do modlitwy. Zmarli należą do mego życia. Kim byłbym bez rodziców, krewnych, przyjaciół, twórców i myślicieli? Wielka kolonia zmarłych istnieje w mej świadomości, tworzą mą tożsamość, są tak blisko, że nie ma potrzeby szukać ich na cmentarzu. A jednak religijny i społeczny obrzęd chodzenia na groby sprawia, że więź ze zmarłymi staje się żywsza, przestają być nieobecni.

Wychowywałem się bez grobów najbliższej rodziny. Po II wojnie światowej babcia Urszula z pięcioma synami przybyła do Lublina, a potem osiedlili się w Konopnicy, ale groby przodków pozostały na Wileńszczyźnie. Często wspominano dziadka Hieronima, aresztowanego w 1944 roku przez Sowietów. Umarł w drodze na Syberię i został wyrzucony z pociągu. Nie ma swego grobu.

Przed listopadowym świętem zmarłych towarzyszyło mi w dzieciństwie dziwne przeżycie. Nie potrafiłem go jeszcze wtedy nazwać. Dopiero wiele lat później nauczyłem się posługiwać słowami: „korzenie”, „zakorzenienie” i „wykorzenienie”. Nasza klasa przez wszystkie lata szkoły podstawowej udawała się na cmentarz w Konopnicy. Koledzy i koleżanki bardzo szybko odnajdywali tam groby swych przodków i krewnych, na których robili porządki. Byłem jedynym dzieckiem w klasie, które nie miało na tym cmentarzu nikogo ze swych bliskich. Snułem się po całym cmentarzu w poszukiwaniu zapomnianych grobów i odnajdywałem groby żołnierzy, księży i dziedziców. Ale nawet dziecięca radość z odnalezienia „grobu do pracy” nie pomniejszała mego zawstydzenia, że byłem takim nienormalnym chłopcem, z którego rodziny nikt jeszcze nie został pochowany na cmentarzu w miejscowości, w której mieszkałem od urodzenia.

Po latach na tym cmentarzu pogrzebano moich rodziców i innych krewnych. Odwiedzam ich groby. Zdarza się, że zmarli rodzice śnią mi się. Pewnie czuwają nade mną, a może po prostu chcą, abym o nich pamiętał. Odprawiam za nich Mszę w rocznice ich odejścia oraz z okazji imienin, dzięki czemu mogę kultywować imieninowe spotkania już nie przy rodzinnym stole, ale w wymiarze liturgii. Niedawno głęboko przeżyłem ich nieobecność i zarazem obecność podczas pośmiertnej imieninowej Mszy. Było to podczas dłuższego pobytu naukowego w Ameryce. Ale przestrzeń i geograficzna odległość nie mają już znaczenia, gdy chodzi o obecność umarłych. Próbowałem to wyrazić w wierszu, gdyż język poezji najbardziej nadaje się do mówienia o paradoksie śmierci i życia.

Rodzice nigdzie nie podróżowali.
Przybyli do mnie do amerykańskiego kościoła
w dniu imienin ojca zaraz po imieninach mamy.
Chciałbym im opowiedzieć co tu robię.

Znali świat z opowieści i telewizji,
ale chyba się mylę,
rozumieli go lepiej niż rozgadani mądrale.

Mama była spokojna, gdy wyjeżdżałem.
Kiedy ojciec zachorował, pytał gdzie jestem.
Nie ma już blisko i daleko.

Podnoszę hostię i kielich
ponad pamięć i modlitwę.
Rozglądam się w pustej ławce,
jak można rodzić się i umierać.

Ks. Alfred Marek Wierzbicki
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Jan Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jan
Jan

Bardzo głęboki i poruszający tekst. Wyrazy współczucia