Główna linia konfliktu

W Polsce toczy się spór między demokratami a ludźmi o skłonnościach autorytarnych

W Polsce toczy się spór między demokratami a ludźmi o skłonnościach autorytarnych.

Od dłuższego czasu – dokładniej: od dwóch lat – zbierałem się do lektury wznowionej pracy Jana Józefa Lipskiego pt. „Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR Falanga”.

Niewiele przesadzając, można powiedzieć, że Lipski pisał ją całe życie. Zaczął wkrótce po 1956 roku, ale rzecz okazała się wkrótce niecenzuralna. Jak o tym opowiada we wstępie do obecnego wydania Andrzej Friszke, autor wrócił do porzuconego maszynopisu w 1979 roku, gdy zmarł dawny przywódca falangistów Bolesław Piasecki, a następnie jeszcze raz, po wyjściu z więzienia w 1983 roku. „Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego” ukazała się ostatecznie w roku 1994, trzy lata po śmierci Lipskiego. Z jej kształtu znać, że nie została ukończona: mimo wysiłków edytorów (tym razem: Łukasza Garbala) oczywiste jest, że autor nie podjął decyzji o kolejności rozdziałów, a niektórych nie napisał. Mimo to stanowi lekturę pasjonującą i dającą dziś do myślenia.

ONR Falanga była organizacją niewielką, a poglądy, wygłaszane przez jej działaczy i sympatyków bywały – dla uniknięcia nieporozumień należy to koniecznie podkreślić – bardziej radykalne od tych, które mieściły się w przedwojennym „mainstreamie”. Jej większe wpływy ograniczały się chyba do lat 1937-1938, kiedy to za sprawą porozumienia z pułkownikiem Adamem Kocem falangiści znaleźli się w sojuszu z Obozem Zjednoczenia Narodowego i uzyskali dostęp do czasopism o większym nakładzie, niż ich własne. Jednak bywają środowiska, których znaczenie mierzy się nie liczebnością, a możliwością oddziaływania. Zarówno kręgi akademickie, jak i kościelne na idee Falangi bywały otwarte; ponadto ludzie, którzy Falangę w młodości tworzyli, odegrali niebagatelną rolę później, w PRL-u (by wspomnieć jedynie samego Bolesława Piaseckiego oraz Wilhelma Szewczyka i Alfreda Łaszowskiego), jak również na emigracji. Wreszcie wypada powiedzieć, że pewne idee, raz sformułowane, znajdują swoją kontynuację nawet wówczas, gdy brak uchwytnego śladu, poprzez jakich ludzi zostały przeniesione i podjęte później. To wszystko sprawia, że „Zarys ideologii ONR Falanga” czyta się nie jako historyczną analizę pewnego epizodu w naszej historii, kiedyś osobnego, a wkrótce zamkniętego, lecz jako ważny komentarz do dziejów naszej kultury politycznej, komentarz, który obraz tych dziejów, a także współczesności, znacząco zmienia.

Zmienia go na kilka sposobów. Pierwszy, dziś już mało zaskakujący: nie jest oczywiście prawdą, że polski antysemityzm był, w odróżnieniu od niemieckiego, mało krwiożerczy. Na szczęście dla nas – do zbrodni nie wystarcza chęć, musi być także sposobność. Wojciech Kwasieborski pisał lekko w roku 1936: „Zaprowadzenie w przyszłej Polsce obozów koncentracyjnych dla elementów żydowsko-bolszewickich nie sprzeciwiałoby się zasadom moralności katolickiej” – choć dopowiadał zaraz: „Ale bicie i głodzenie internowanych w nich żydów i komunistów byłoby wstrętne i nieetyczne” (pisownia oryginalna).

Tymczasem jednak – oto falangistowski komentarz z roku 1938 do (o dwadzieścia lat wcześniejszej) rzezi Ormian: „Ormianie w Turcji odgrywali rolę żydów […] Atatürk powiedział sobie, że lepsze jest jedno wielkie barbarzyństwo z pozytywnym wynikiem niż szereg raz po raz tłumionych zamieszek. (…) Turecki sposób najlepszy!”. Z kolei w roku 1935 Bolesław Piasecki oświadcza: „Hitleryzm jest jaskrawym wołaniem o bezwzględne wartości”, a w roku 1939 inny publicysta, Stanisław Brochwicz – skądinąd cztery lata później zlikwidowany przez AK jako agent hitlerowski – wtóruje wodzowi: „Sądzimy, że należy poznać doświadczenia niemieckie odnośnie kwestii żydowskiej po to, by wyciągnąć z nich wnioski, odpowiadające polskiej sytuacji”.

Drugi sposób, w jaki lektura książki Lipskiego na nowo oświetla dzieje, tym razem najnowsze, to cytaty pokazujące zaskakującą długowieczność niektórych myśli. Oto np. Jan Millert pisze w 1936 roku: „Przed prawem stoi w hierarchii pojęć dobro narodu. Przyjęcie zasady prymatu dobra narodu i etyki przed prawem pociąga za sobą upadek przyjętego dziś powszechnie w opinii prawniczej fałszywego ideału praworządności, który wymaga bezwzględnego poszanowania prawa formalnie obowiązującego”. Myśl ta wydaje się dziwnie znajoma, prawda? Podobnie – zdanie, głośne przy okazji sporu o legalizację aborcji w latach 90. XX wieku, że „wartości etycznych nie poddaje się pod głosowanie”, okazuje się echem następującej wypowiedzi Mieczysława Wojskiego z roku 1936: „Wobec bezwzględnych nakazów honoru Polaka i sumienia katolika rozstrzyganie liczbą jest niemoralne i sprawiedliwości obce”.

Wreszcie podnoszące się podczas debaty konstytucyjnej w latach 90. głosy biskupów i części publicystów katolickich, krytykujące koncepcję „państwa neutralnego światopoglądowo”, w wersji z roku 1939 wyglądają tak: „Rozdział Kościoła od Państwa, jaki spotykamy we Francji, w Stanach Zjednoczonych, wychowuje pogan tak, jak Sowiety”. Interesujące wydaje się przy tym rozumowanie, za pomocą którego część katolickiej opinii publicznej była nakłaniana do zaaprobowania koncepcji politycznych ONR-Falangi. Lipski, posługując się – jak w całej książce – licznymi cytatami z epoki, rekonstruuje je w sposób, który naświetla od nieoczekiwanej strony oczywisty, wydawałoby się, konflikt między uniwersalizmem chrześcijaństwa a z natury rzeczy ksobną myślą nacjonalistyczną. Z jednej strony, chodzi pragmatycznie o polityczno-moralną jedność narodu, której podstawą ma być najpowszechniejsze, a – przy idealnym biegu spraw – niebawem jedyne wyznanie Polaków (dla Kościoła jako instytucji sytuacja wymarzona). Z drugiej – działa bliskie (nie wszystkim) katolikom przekonanie, że nie tylko istnieje prawda obiektywna, ale my właśnie ją posiadamy – my: falangiści i katolicy równocześnie. Z trzeciej jednak, co najciekawsze, dostrzega się, że ruchy totalitarne potrzebują prawdy absolutnej, jakiejś formy religii jako podstawy i w jej braku ustanawiają jej ersatz w postaci kultu Narodu, Klasy czy Przywódcy – lepiej więc, by polski faszyzm sięgnął po prawdziwą religię, czyli katolicyzm właśnie.

Ale jeśli napisałem, że książka Lipskiego zmienia obraz dziejów naszej kultury politycznej w sposób rewolucyjny, to nie chodziło mi o żadną z poruszonych wyżej kwestii. Żeby tę zasadniczą nowość pokazać, wypada mi zrobić niedługą dygresję.
Myśląc o historii, poszukujemy w niej – świadomie lub bezwiednie – jakiejś porządkującej reguły. Trudno nam zgodzić się na to, że przeszłość, rozpatrywana całościowo czy fragmentarycznie, może być chaotyczną serią przypadkowych zdarzeń. Jeśli nawet nie ulegamy pokusie tzw. teleologizmu (czyli rozpatrywania dziejów jako procesu dążącego do wyznaczonego z góry celu), to staramy się odnaleźć zasadnicze siły, które oddziałując na świat pchają go w tę lub inną stronę. Klasyczny (choć prymitywny) zabieg tego rodzaju znajduje się w „Krótkiej historii WKP(b)”, gdzie historię pokazywano jako walkę sił postępu z siłami wstecznictwa. Dziś próbuje się pokazać przynajmniej ostatnich sto dwadzieścia lat historii Polski jako walkę sił patriotycznych, to znaczy prawicowych, z kosmopolityczną, wynarodowioną lewicą. Uczciwie należy powiedzieć, że to kuriozalne i niemądre rozwinięcie dość popularnej w czasach wielkiej „Solidarności” historiozofii, w myśl której Polska wykuwa się w walce ruchów pre-solidarnościowych i „Solidarności” samej z dominacją rosyjsko-bolszewicką.

Przypomina mi się komentarz – zresztą w swojej lapidarności zabawny – pewnego prawicowego wówczas, w latach 90., publicysty do „Traktatu moralnego” Czesława Miłosza. Umieszczony w cytacie z tego utworu, w nawiasie, brzmiał tak: „Jest ONR-u (no pewnie, że nie KPP) spadkobiercą Partia”. Teksty dzisiejszych propisowskich publicystów są w swojej masie tak siermiężne, że tamto wtrącenie wspominam jako błyskotliwe. Ale, jak widać z „Idei Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”, było ono błędne. Miłosz miał więcej racji, niż sam mógł przypuszczać, a na pewno więcej, niż przypuszczaliśmy my, jego czytelnicy.

Lipski, podsumowując totalistyczną koncepcję Piaseckiego i jego wyznawców, zamyka ją w następującym wyliczeniu:
„1) pełna koncentracja władzy, zarówno w życiu państwowym, jak i społecznym;
2) sprawowana przez państwo;
3) sterowana przez monopartię (Organizację Polityczną Narodu);
4) hierarchicznie zorganizowana na wzór organizacji militarnych z wodzem na czele;
5) posługująca się przymusem państwowym i
6) z obowiązującym planem gospodarczym i społecznym,
7) a legitymująca się jedynie słuszną ideologią i wypełnianiem misji dziejowej narodu;
8) z poparciem narodu”.

Gołym okiem widać, że skoro tak, to nie ma co się dziwić, że Piasecki uległ Sierowowi (lub odwrotnie), a potem sprzyjał stalinowskiej wersji komunizmu w Polsce, zabiegając jedynie o to, aby swobodę rozwoju miała w PRL-u pewna odmiana katolicyzmu. Okazuje się, że nie był to cynizm, a trafne rozpoznanie w komunizmie – pozornym wrogu – swoistej mutacji myśli, bliskiej falangistom! Widać wtedy również, że spór, jaki w dalszym ciągu toczymy, dzieli nas, Polaków, według innej zasady niż ta, którą przez lata uważaliśmy za oczywistą. To spór między demokratami, lokującymi swoje nadzieje w rozmaitych koncepcjach politycznych (także, błędnie, w „polskiej drodze do socjalizmu”), a ludźmi o skłonnościach autorytarnych, również rozmaicie lokujących swoje bieżące sympatie polityczne (bo przecież także w PZPR). W tym świetle mniej zaskakuje prokurator Piotrowicz w szeregach PiS, niż mecenas Giertych na manifestacji KOD-u. Władzę w Polsce przejęli ludzie, którzy nieraz naprawdę walczyli z czerwonym totalitaryzmem, ale nie dlatego, że był totalitarny, tylko dlatego, że był czerwony. A opierają się jej ludzie, którzy wyżej cenią Wolność, niż porządek. Choćby mówiono, że opiera się on na Prawdzie absolutnej, którą wystarczy poznać, by nie czuć ograniczeń. Jak każdy podział na dwa, ten również nie budzi mojego wielkiego zaufania. Porządkuje jednak naszą historię lepiej, niż ów, podsuwany nam przez prezesa Kaczyńskiego i jego akolitów.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Główna linia konfliktu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Wiśnia

Bardzo dobry artykuł, dziękuje.

PiJar
Dziękuję bardzo Autorowi za ten tekst. Ja także przymierzam się do przeczytania dzieła Lipskiego – teraz mam dodatkowy bodziec. Bardzo mocno trafiło do mnie stwierdzenie z końca artykułu o ludziach, którzy walczyli z totalitaryzmem komunistycznym ze względu na jego barwę, a teraz budują swój własny totalitaryzm. Wydaje mi się, że kluczowym momentem, który wiele tutaj wyjaśnia są cechy osobowości. Jeżeli przyjrzeć się tym, którzy tworzyli komunizm czy nazizm, ich wcześniejszym życiorysom, to widać, że w dużej mierze byli to osobnicy sfrustrowani, nieudacznicy życiowi, marginalizowani w społeczeństwie, mający nienawistny stosunek do świata. Uczestnictwo w ruchu dawało im może pierwszy raz w… Czytaj więcej »
Plus ujemny

J.J.Lipski napisał jeszcze (jeśli mnie pamięć nie myli) „Dwa Patriotyzmy”.

Pedziwiatr

Fajnie …
zupełnie jakbym słuchał Pana Jerzego w Trójeczce.

Krzysztof Mazur

Tutaj powstaje pytanie, czy nie jest tak, że każda religia znajdzie prędzej czy później jakiegoś ‚wodza’, który ją wykorzysta politycznie. Niereligijne wodzostwo ma tą zaletę, że jest łatwiejsze do zdemaskowania i tym samym może mniej groźne?

wpDiscuz