Jak Dobra Zmiana parlament obroniła

Jak Dobra Zmiana parlament obroniła

Działo się to roku trzeciego od chwili, gdy Dobra Zmiana zawitała do ojczyzny, odmieniając los milionów bogobojnych i pracowitych rodaków, wyzwalając ich spod jarzma gimnazjów i uwalniając od udręki niedzielnych zakupów. Radosny lud z pieśnią na ustach ochoczo spieszył co rano do hut i kopalń, by pomnażać dobrobyt kraju, po godzinach zaś nie wracał do domu, lecz w czynie społecznym pracował do późnego wieczora, odlewając ze spiżu pomniki Lecha Kaczyńskiego oraz fundując umiłowanym przywódcom nagrody kwartalne. Oni zaś z entuzjazmem przekazywali je Caritasowi. Polska kwitła i była wyspą szczęśliwości w europejskim morzu biedy, smutku i homoseksualizmu.

Pogańskie siły zła nie pogodziły się jednak z przegraną i raz po raz podnosiły łeb, ukazując światu wyszczerzone zdradzieckie mordy. Nikczemny gender okopał się w sądach, teatrach, uczelniach, niemieckich redakcjach polskojęzycznych mediów – i stamtąd przypuszczał ataki na patriotów zgromadzonych wokół Przenajświętszej Drabinki. Chwilowo nie było na niej pana Prezesa, który przez wiele lat ofiarnie pomagał ojczyźnie wstać z kolan, przez co trochę zaniedbał własne kolana.

Tego dnia siły nieprzyjaciela dotarły pod drogi każdemu Polakowi budynek parlamentu. Straszny, choć piękny w swej grozie był widok kolumn ciągnących w zwartym szyku ku świątyni, na której ołtarzu biło gorące serce dobrej zmiany. Czujne oczy obrońców z okien, blanków i baszt wpatrywały się w sunące na przedzie wózki inwalidzkie i inne machiny oblężnicze. Za nimi niczym mordercze jeże posuwały się czworoboki uformowane z aborcjonistek trzymających na sztorc czarne parasolki. Z tyłu w wężowym szyku wiły się długie po horyzont kolumny sędziów w togach, dzierżących topory, megafony i egzemplarze konstytucji. Nad tą przerażającą i krwiożerczą ciżbą pogan z barwami wojennymi na twarzach, z kolczykami w uszach i nosach, z pofarbowanymi dredami, łopotały tęczowe i unijne sztandary.

Niejedno patriotyczne serce zamarło w przerażeniu, w niejednej głowie zaświtała myśl o kapitulacji i ucieczce. Nawet Krystyna Pawłowicz znieruchomiała z widelcem uniesionym do ust, a mężny zazwyczaj Zbigniew Ziobro wszedł pod stół.

I wtedy rozległ się śpiew Barbary Bubuli, która na co dzień opiekowała się Przenajświętszą Drabinką, okadzała ją i dbała, by zawsze były na niej świeże kwiaty:

„Próżno przegrażasz mi, genderze srogi,
Próżno diabelskie wzywasz w pomoc rogi,
Na próżno palisz i krwie nie żałujesz,
Mnie nie zwojujesz!

Choćby tu przyszły z Brukseli tysiące,
Choćby na smokach wojska latające,
Nic nie wskórają miecz, ogień ni męże
Bo ja zwyciężę!”

Słysząc ten szczery, z serca płynący śpiew prostej kobiety, która nie ulękła się nadciągającego zła i śmiało rzuciła wyzwanie genderowi, obrońcy parlamentu ponownie nabrali odwagi. Zbigniew Ziobro wyszedł spod stołu, wygładzając garnitur, a Krystyna Pawłowicz przełknęła kęs sałatki.

Do zgromadzonych przemówił dowódca obrony Marek Kuchciński. Wysoko trzymając nad głową marszałkowski sekator, rzekł: – „Bramy piekielne nie przemogą mocy niebieskich. Uspokójcie się i otuchy w serca nabierzcie. Nie wstąpi noga gendera w te święte mury, nie będzie europejski zabobon guseł swych odprawował w tym przybytku czci i wiary”.

To rzekłszy wyszedł na blanki, by przeprowadzić inspekcję twierdzy i sprawdzić poczynione w minionych dniach przygotowania. Na szczytach murów dymiły już beczki z roztopioną smołą, wokół fortyfikacji stał zwarty kordon policjantów, a przed nimi błyszczały metalowe bariery, mające zatrzymać szarże wózków inwalidzkich.

Do organizowania obrony Marek Kuchciński zaprzągł całe swe doświadczenie i bogatą wiedzę ogrodniczą, sadząc cierniste żywopłoty w miejscach strategicznie kluczowych. Planował też otoczyć parlament fosą, która w preliminarzu budżetowym figurowała jako oczko wodne, oraz wypuścić na trawnikach wokół budynku pytony tygrysie. Niestety, pierwszy z zakupionych pytonów uciekł podczas transportu i służby Joachima Brudzińskiego nie zdołały go złapać. Zabrakło też czasu na zrealizowanie wszystkich tych projektów i w chwili inwazji parlament był tylko częściowo przygotowany do odparcia ataku, podobnie jak Polska w 1939 r.

Nagle za oknami rozległa się pierwsza salwa z megafonu gendera.

„W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! W imię Najczystszej i Najświętszej Bogarodzicielki! Na mury, bracia ukochani!” – krzyknął Piotr Gliński i rzucił się jako pierwszy, by razić celnym ogniem nacierającą czerń i zrzucać z blanków wdzierające się po drabinach aborcjonistki. Kto żyw, popędził za nim.

Łuna pożogi zapłonęła na niebie, korytarze wypełnił tupot nóg, zewsząd spadały pociski, strzały i ulotki. Stada spłoszonych dronów z panicznym trzepotem krążyły pod sufitem Sali Kolumnowej, zderzając się za sobą i rozbijając żyrandole.

Nie wszyscy jednak obrońcy pobiegli na mury. Joachim Brudziński schował za pazuchą kiszkę z nitrogliceryną i trotylem i wymknął się bocznym wejściem. Z grupką policjantów przekradł się do obozu wroga, gdzie znienacka pochwycił czwórkę zaskoczonych nieprzyjaciół. Próbowali się wyrywać, ale dzielni obrońcy parlamentu trzymali ich w morderczym uścisku. Pomagali sobie nawzajem i udzielali cennych rad: – „Przyduś go mocniej!”.

Najgroźniejsza zaś była Klementyna Suchanow, w obozie Dobrej Zmiany zwana Kolubryną i budząca tu powszechne przerażenie. Jej potężna sylwetka wprawiała w drżenie nawet najdzielniejszych mężów. Ją też pojmał oddział nieustraszonego Joachima Brudzińskiego. Po tym ciosie atakujący nie zdołali się już podnieść.

Nazajutrz dzień był pogodny, jeno mgły wisiały nad ziemią, ale niebo było czyste i rumiane od porannej zorzy. Biały tuman przesłaniał ulicę Wiejską i wedle zwykłego rzeczy porządku powinien był zakrywać parlament; tymczasem budynek unosił się nad mgłą, wysoko, wysoko, zupełnie jakby oderwał się od swej podstawy i zawisł w błękitach pod niebem.

„W górę jeszcze idzie! W górę!” — krzyczeli oszołomieni siepacze gendera. – „Z oczu niknie!…”

I istotnie, tuman począł się podnosić na kształt drabinki ku niebu, budynek zaś, osadzony jakby na jej szczycie, zdawał się wzbijać coraz wyżej, jednocześnie zaś hen już pod samymi obłokami przesłaniał się coraz więcej białym oparem, rzekłbyś: roztapiał się, rozpływał, mącił, na koniec zniknął zupełnie z oczu. Została tylko drabinka przystrojona kwiatami i okadzona przez Barbarę Bubulę.

Wojciech Maziarski

Ćwiczenia

1. Ułóż w porządku chronologicznym heroiczne czyny oręża polskiego:
a. Obrona Westerplatte
b. Obrona krzyża smoleńskiego na Krakowskim Przedmieściu
c. Obrona Jasnej Góry
d. Obrona parlamentu przed genderem
e. Obrona doktoratu pana Prezesa
f. Obrona Lwowa

2. Do czego Marek Kuchciński chciał użyć pytona tygrysiego?
a. Do pilnowania Sejmu przed intruzami
b. Do wypłoszenia Małgorzaty Gersdorf z Sądu Najwyższego
c. Do pojmania Klementyny Suchanow
d. Do repolonizacji niemieckich mediów

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o