Kampania jakich dotąd nie bywało i może już nie będzie

Co dalej z tekturowymi czekami, którymi PiS machał podczas kampanii prezydenckiej

Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, jeśli do tego ma prezydenta, jeśli do tego ma jeszcze poparcie potężnych mediów, to wtedy z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze

Pamiętam wszystkie polskie wybory po rozsypaniu się PRL, i nie mam wątpliwości, że takiej kampanii jak ta właśnie zakończona, dotychczas nie bywało. Nie dlatego, że odbyła się w środku epidemii, i nie dlatego, że panujący wykorzystali to zagrożenie do przemycenia przepisów umacniających ich władzę oraz zapewniających bezkarność za przekręty, które zaczęły się mnożyć na niebywałą skalę. Ta kampania zapisze się w historii głównie dlatego, że po raz pierwszy niemiłosiernie nam panujący tak beztrosko i tak demonstracyjnie zlekceważyli obywateli, w tym swoich własnych wyborców.

 

Nieprzygotowani na epidemię i bezradni wobec wirusa weszli w buty epidemiologów, zarządzając pandemią jak swoim folwarkiem. Manipulowali statystyką zachorowań i ograniczali liczbę testów, by jak najszybciej wybrać swojego kandydata, który z każdym dniem tracił poparcie. I zdarzyła się rzecz bez precedensu: premier polskiego rządu świadomie naraził zdrowie i życie własnych wyborców ogłaszając ostatnie podrygi pandemii i wzywając ludzi z grupy podwyższonego ryzyka do tłumnego udziału w rzekomo bezpiecznym głosowaniu. Rychły koniec pandemii obwieścił na przekór faktom, wbrew logice i dokładnie według scenariusza serbskiego, gdzie przed wyborami 21 czerwca, mimo sprzeciwu epidemiologów, ogłoszono wygaszanie pandemii i zdecydowano o odmrożeniu restrykcji i gospodarki. Zaraz po wyborach liczba zachorowań wzrosła tam tak gwałtownie, że trzeba było wrócić do obostrzeń, a premier Ana Brnabić tłumaczy teraz wściekłym obywatelom, że okazało się to konieczne, bo „system opieki zdrowotnej w Belgradzie prawie się załamał”.

Po raz pierwszy w historii wolnej Polski rząd opuścił swoją siedzibę i przestał rządzić. Premier, wicepremierzy i ministrowie rozjechali się po kraju, by za publiczne pieniądze namawiać Polaków do takiego głosowania, które umożliwi im dalsze trwanie i umacnianie władzy.  Cała siła państwa i wszystkie jego struktury zawłaszczone przez PiS zaangażowano w promocję reprezentanta władzy i w pompowanie ścieków na głowy jego konkurentów. Nawet podczas pierwszych po czasach komuny częściowo wolnych wyborów, podporządkowane władzy publiczne media nie były tak ostentacyjnie niegodziwe i tak jednostronne. Nigdy dotąd nie stały się tak dosłownie partyjnym wydziałem propagandy i agitacji. Nigdy nie wlano w przestrzeń publiczną tyle fekalii, nigdy nie widziano tylu objawów nienawiści i pogardy. Nigdy dotąd nie słyszeliśmy tak horrendalnych kłamstw i bredni wyssanych z brudnego palucha.

W nikczemnej kampanii łgarstw wziął udział sam Prezydent, bez żenady stosując metody Jacka Kurskiego. Podczas ustawionej niby-debaty w Końskich kandydat Duda, trzęsąc się z oburzenia, opowiadał o tym, jak Donald Tusk w 2011 roku „kłamał ludziom prosto w oczy”, że nigdy nie podniesie wieku emerytalnego. Tusk nigdy tego nie powiedział, a nawet przeciwnie, postulat rozważenia tego pomysłu uczciwie zawarł w ogólnodostępnym programie PO „Polska 2030”. Andrzej Duda pokrzykiwał też na wiecu, że Platforma okradła ludzi z OFE, chociaż kapitał tam zgromadzony co do grosza przepisano na konta indywidualne w ZUS. Nie PO, ale właśnie PiS chciało wtedy całkowitej likwidacji systemu OFE, nazywając go „oszukańczym” –  i nie rząd PO-PSL, ale Morawieckiego ostatecznie utopił emerytalne fundusze.  Podczas kampanii Duda nie zaryzykował oskarżania poprzedników o defraudacje, pazerność i rozrzutność, bo miał świadomość skali obecnych przekrętów PiS i konfrontacja ośmiorniczek za kilkadziesiąt złotych z setkami milionów zmarnowanych na zakup niesprawnych maseczek i nieistniejących respiratorów wypadłaby dla tej władzy miażdżąco. Andrzej Duda nie odmówił sobie natomiast powielenia pomysłu Beaty Szydło, która głosząc hasło „wystarczy nie kraść”, oskarżyła poprzedników o kradzież 340 mld zł. Dla Prezydenta nie miało znaczenia, że po pięciu latach jakoś nie znaleziono sprawców rzekomego skoku na VAT, a podporządkowana tej władzy prokuratura nikomu nie potrafiła postawić zarzutów.

Miniona kampania pełna była poczynań i zabiegów wyjątkowo idiotycznych nawet jak na standardy i możliwości pisowskich kadr. Kiedy „Fakt” zajął się sprawą ułaskawienia pedofila, prezydent krzyczał, że Niemcy nie będą nam wybierać prezydenta – nie zważając, że ten tygodnik ma także udziałowców szwajcarskich i amerykańskich. MSZ wezwał na dywanik przedstawicieli niemieckiej ambasady, bo mało znany niemiecki dziennikarz w mało znanym medium napisał coś, co PiS-owi się nie spodobało. Beata Mazurek, od lat rozpaczliwie podlizująca się prezesowi, tym razem porównała TVN do WSI, na co pani ambasador USA odpowiedziała na Twitterze, że europosłanka zwyczajnie kłamie. Głupstwem wyjątkowej urody był pomysł propagandowego sztabu PiS, który reprezentuje rzeczywistą elitę władzy, by przeciwnika Dudy i jego formację obrzydzić wyborcom nazywając ich właśnie elitą (w języku szefa kampanii Joachima Brudzińskiego – „elytą”)

To była kampania, która dzisiaj jak w balladzie wieszcza śmieszy, tumani, przestrasza. Tej ostatniej funkcji podjął się prezes Kaczyński, który w TV Trwam zapowiedział bez ogródek, że po wyborach władza dążyć będzie do zmiany polskiego rynku mediów w taki sposób, by „obce” media zostały wykupione przez rodzimy kapitał. Dokładnie tak jak na Węgrzech. Ale nie każdy majętny Polak będzie mógł zostać udziałowcem TVN czy „Wyborczej”. W ciągu ostatnich pięciu lat pojawili się liczni nowobogaccy, którzy swój majątek zawdzięczają obecnej władzy. Z jakichś powodów rządzących, ich służb specjalnych oraz prokuratury słabo interesuje, jak powstały te nowe majątki oraz co się stało z setkami milionów, wypłaconych podejrzanym kontrahentom za bezużyteczne testy, wadliwe maseczki i nieistniejące respiratory.

 

To była kampania wielkiej ściemy Jarosława Kaczyńskiego, rzeczywistego konkurenta Rafała Trzaskowskiego. Będąc w opozycji prezes wielokrotnie ostrzegał przed strasznymi skutkami monopolu władzy. O monowładzy napisał nawet książkę. A przed poprzednimi wyborami zagrzmiał: – Demokracja monopolu nie znosi. Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, jeśli do tego ma prezydenta, jeśli do tego ma jeszcze poparcie potężnych mediów, to wtedy z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze. Nie doprowadzajmy do takiej sytuacji! Dzisiaj prezes i jego dworacy głoszą na wyprzódki, że tylko pełnia władzy gwarantuje stabilność rządów, pomyślność państwa i trwałość demokracji. Dziś Kaczyński ogłasza, że dla dopełnienia demokratycznych przemian w Polsce konieczne jest dokończenie reformy sądownictwa. – Chodzi o to, by w Polsce obowiązywało prawo, elementarna uczciwość, sprawiedliwość i przyzwoitość; one bardzo często są dzisiaj łamane, niestety, przez sądy…

***

Kampania dobiegła końca, Polacy wybrali. Przyszedł czas na protesty wyborcze i na werdykt nowej izby Sądu Najwyższego, izby ulepionej przez upolitycznioną KSR z nominatów partii władzy, bezrefleksyjnie zatwierdzonych podpisem Prezydenta. Zdaniem rządzących oraz zaprzyjaźnionego z rządzącymi Trybunału Konstytucyjnego, kierowanego przez odkrycie towarzyskie w randze magistra, podpis Prezydenta pod nominacją sędziego jest decydujący. Nikt i nic – nawet oczywista wada prawna – nie może podważyć prezydenckich powołań. Czyli prezydent może powołać do nowej Izby SN dowolnego analfabetę i jego rozstrzygnięcie pozostanie niewzruszone – tak jak decyzja cezara Kaliguli, który mianował senatorem swojego ulubionego konia, imieniem Incitatus, czyli galopujący.

.Andrzej Karmiński

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Stary Wuj Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Stary Wuj
Stary Wuj

Chcecie Pislandii? No to ją macie, skumbrie w tomacie pstrąg! Zawsze się znajdzie lanser, hucpiarz, bufon – takich ciągnie do polityki jak muchy do miodu. I przez swoją megalomanię narobi wszystkim biedy. Nazwiska? Zandberg i Hołownia, na przykład.