Małe epitafium

Małe epitafium

Mieliśmy w Trójce poczucie, że udaje nam się coś niebywałego – unikamy tandety i schlebiania masowym gustom, a liczba słuchaczy wciąż rośnie.

Radio jest obecnie medium towarzyszącym. To znaczy gra, kiedy robimy coś innego. Prawie nie ma słuchaczy gorliwych, odkładających wszystko inne, gdy włączają odbiornik. Każdy z nas, dziennikarzy radiowych, wie o tym dobrze i stara się choć na chwilę przyciągnąć całą uwagę słuchacza. Najłatwiej nam idzie z kierowcami: prowadzenie samochodu to czynność przeważnie odruchowa i wtedy umysł naprawdę podąża za tokiem audycji. Zresztą najpiękniejszy komplement dla radiowca brzmi: „zajechałem na miejsce, ale siedziałem na parkingu, zamiast pójść do domu, bo byłem ciekaw puenty„.

Nie zawsze tak było. W globalnej (a mówiąc ściślej: euroamerykańskiej) historii radia zwraca się w uwagę na rolę wzmacniaczy lampowych, montowanych w radioodbiornikach od końca lat dwudziestych. To wówczas słuchanie radia przestało być przygodą indywidualną – było dotąd możliwe jedynie przez słuchawki! – ale stało się zajęciem integrującym rodzinę. Znane są zdjęcia reklamowe, pokazujące dorosłych i dzieci, skupionych w salonie, którego głównym meblem był odbiornik, przypominający sporą szafkę. O określonych porach, podczas wybranych pozycji ramówki, domownicy przestawali zajmować się czym innym. Stawiało to niekiedy przed groteskowymi dylematami (ślad jednego z nich można wypatrzeć w filmie Federico Felliniego „Rzym”): jak mianowicie należy się zachować na przykład podczas transmisji mszy świętej? Sam z dzieciństwa – kiedy mszy bynajmniej nie transmitowano – pamiętam spory z siostrą, czy na dźwięki emitowanego zawsze o północy, a także podczas wydarzeń sportowych, hymnu państwowego, powinno się stanąć na baczność, czy nie.

Wspomniałem o „Rzymie” (w którym rodzina klęka na błogosławieństwo papieża), ale najważniejszym filmem o radiu w okresie jego największej popularności jest, rzecz jasna, nostalgiczna komedia Woody’ego Allena „Radio Days”, znana w Polsce pod tytułem „Złote czasy radia”. Medium to napędziło wówczas pieniądze do branży muzyki rozrywkowej, wypracowało konwencję „soap-opery”, popularyzowało wielką literaturę za pomocą słuchowisk i czytanych na antenie fragmentów powieści. Ekscytowało transmisjami sportowymi. Wielkie gwiazdy estrady – mam na myśli, między innymi, Hankę Ordonównę – były przede wszystkim gwiazdami radia. Okres ten w Europie przerwała na kilka lat wojna; w Stanach, rzecz jasna, nie; ale wszędzie skończył się on u schyłku lat pięćdziesiątych, gdy najważniejszym meblem w mieszkaniu stał się telewizor. Wydawało się przez chwilę, że radio zaniknie wówczas tak, jak po wynalezieniu kin dźwiękowego zanikło kino nieme. Ale starsza siostra telewizji obroniła się trzema wynalazkami. Po pierwsze – przenośnymi odbiornikami tranzystorowymi, dzięki którym radio mogło odbiorcy towarzyszyć także poza domem: w parku, na plaży, na wycieczce. Po drugie – nową technologią przesyłu dźwięków (FM zamiast AM), co pozwoliło uzyskać jakość akustyczną, którą telewizja osiągnęła dopiero u progu XXI wieku. Po trzecie – odejściem od tzw. koncepcji programowo-ramówkowej i wprowadzeniem formatów. To ostatnie słowo zaczęło oznaczać ideę, by wybrana stacja o każdej porze dnia czy nocy nadawała wciąż podobną muzykę, a prowadzący audycje dziennikarze porozumiewali się ze słuchaczami wciąż w tej samej konwencji. Odtąd nie trzeba było znać dobowego programu radia, by trafić na ulubioną audycję. Jeśli znalazło się rozgłośnię, która nam odpowiadała, emisja brzmiała mniej więcej tak samo przez cały czas. Ale też zarówno tranzystory, jak formaty miały swoje drugie oblicze, niosły przykre koszty: to właśnie wtedy radio stało się „medium towarzyszącym”, ze słuchanego uważnie przedzierzgnęło się w dźwięk tła.

Tak to wygląda, kiedy się spojrzy na historię radia z lotu ptaka, ale przyglądając się poszczególnym nitkom w tej rozciągniętej na dekady tkaninie można dostrzec zaskakujące naruszenia wzoru. Jednym z najbardziej niezwykłych wyjątków – i to, jeśli się nie mylę, na skalę europejską, a może nawet euroamerykańską – stało się przedsięwzięcie, uruchomione w 1962 roku w Polsce. Początki były, powiedzmy sobie szczerze, politycznie dwuznaczne. Rodzima młodzież w większości dość znacznej, by to zaniepokoiło władze komunistyczne, słuchała wówczas wieczorami Radia Luxemburg. Nadawało ono muzykę rockową, a prowadzący program porozumiewali się ze słuchaczami potocznym angielskim, nie stroniąc od żartów i nic sobie nie robiąc z kontrolowanych lub nie wpadek na antenie, które w Programie I czy II Polskiego Radia uznano by za niedopuszczalne „brudy”. Podjęto zatem decyzję, by uruchomić w Polsce coś, co by odciągnęło nastolatki od zachodniej, więc z definicji „wrażej” rozgłośni. Ale żeby ich odciągnąć, trzeba było choć trochę z pierwowzoru zaczerpnąć. Tak powstał Program III, który nie później niż po dziesięciu latach słuchacze przezwali pieszczotliwie „Trójką”, co po kolejnych kilkunastu latach stało się oficjalną nazwą tej anteny.

Podjęto zatem decyzję, by uruchomić w Polsce coś, co by odciągnęło nastolatki od zachodniej, więc z definicji „wrażej” rozgłośni…

Z wielu powodów Trójka nie była sformatowana: w czasach PRL-u w ogóle nie rozpatrywano tej możliwości, po transformacji natomiast uznano, że kanałów radia publicznego jest za mało, by je sformatować naprawdę. Tyle, że z Trójki usunięto audycje z muzyką klasyczną i ludową (co zresztą niekoniecznie było decyzją najszczęśliwszą). Mimo to Trójka od zarania różniła się od Programu I i II (a potem też od uruchomionego w epoce Gierka Programu IV) specyficznym stylem. Jej odbiorcami mieli zostać z założenia młodzi ludzie: uczniowie szkół średnich, studenci, pracownicy przed trzydziestką. W wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności udawało się pozyskiwać dla niej wybitne osobowości radiowe. Ponieważ w tamtych latach – mówię tu już o dekadzie lat 70. – Polska nie miała podpisanych żadnych umów antypirackich z krajami Zachodu, a płyty stamtąd, dostępne z rzadka w komisach i na giełdach, były niewyobrażalnie drogie, ze dwa pokolenia wysiadywały przy magnetofonach, podłączonych do radioodbiorników, nagrywając na taśmy całe albumy, nadawane w Trójce. Dla wygody odbiorców emisję poprzedzano nawet zapowiedziami typu: „ustawiamy głośność” (w tym momencie nadawano kilkusekundowy pisk), „a teraz – trzy, dwa, jeden, start”. Dzisiejsze sześćdziesięcio- i pięćdziesięciolatki mają w Polsce gust muzyczny urobiony przez indywidualności Piotra Kaczkowskiego, Witolda Pogranicznego, Andrzeja Olechowskiego, Jerzego Kordowicza i innych, jak np. dawny teatr wspominają, cytując nieraz bezwiednie audycje Anny Retmaniak.

„Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”, „60 minut na godzinę”, „Mini-max” czy „Muzyczna Poczta UKF” były, jak kiedyś słuchowisko „Amos and Andy” albo koncerty radiowe Duke’a Ellingtona…

Z perspektywy globalnej Trójka była absolutnym fenomenem. Oto w momencie, gdy na Zachodzie „złote czasy radia” były pamiętanym coraz słabiej zjawiskiem sprzed dekad, w Polsce siadywaliśmy wokół radioodbiorników jak gdyby nic się nie zmieniło. „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”, „60 minut na godzinę”, „Mini-max” czy „Muzyczna Poczta UKF” były, jak kiedyś słuchowisko „Amos and Andy” albo koncerty radiowe Duke’a Ellingtona, ważnym punktem dnia, którego staraliśmy się nie ominąć. Stan wojenny mógł zakończyć tę dziwaczną, anachroniczną przygodę z radiem, a jednak Trójka – mimo wymiany części załogi, gdyż niektórych dziennikarzy wyrzucono z pracy, a na ich miejsce przyszli nowi – przetrwała. Ówczesny dyrektor, Andrzej Turski, stawiał debiutantom wysokie wymagania i stronił od trywialnej propagandy. To wtedy pojawił się w Trójce Marek Niedźwiecki, a w jego eleganckich żartach i bezdyskusyjnym profesjonalizmie rozpoznawało się kontynuatora tego, co zaczął Wojciech Mann czy Jacek Janczarski. Zresztą pozostali wierni antenie, mimo ówczesnych dylematów, mistrzowie, z Piotrem Kaczkowskim na czele. Legenda Trójki jako radia, którego słucha się uważnie, a nie przy okazji – nie została zniszczona.

Kolejny trudny moment dla Programu Trzeciego przyszedł z chwilą transformacji ustrojowej i pojawienia się stacji komercyjnych. Sam, Boże odpuść, na jakiś czas zdradziłem Trójkę jako słuchacz, przestawiając się na nowocześniejsze, jak mi się wydawało (a początkowo wyraźnie do trójkowej konwencji nawiązujące) Radio Zet Andrzeja Woyciechowskiego. Pojawiła się demoniczna koncepcja zrobienia z Trójki „radia towarzyszącego”, ze sformatowaną playlistą i resztkowymi audycjami publicystycznymi, z których nie dało się zrezygnować ze względu na treść koncesji, udzielonej przez państwo poszczególnym programom Polskiego Radia. Ale wówczas już Trójka miała niebywały i niemający analogii w innych rozgłośniach kapitał: grono zaprzysięgłych słuchaczy. Przetrwali oni kolejny trudny czas, przyjęli z aprobatą powrót do tradycji, jaki dokonał się za sprawą Krzysztofa Skowrońskiego, a potem został brawurowo rozwinięty w kształt radia na nowy wiek przez Magdę Jethon. Przyjęty do pracy w okresie „smuty”, gdy wydawało się, że legenda Trójki jednak nie przetrwa, obserwowałem te zmiany i miałem szczęście być ich uczestnikiem. To była fascynująca przygoda.

W tym tygodniu odeszli z Trójki Artur Andrus i Robert Kantereit. Już blisko trzydzieści osób znikło z zespołu, który jak żaden w eterze odbierał przez ostatnich kilkanaście lat dowody miłości od odbiorców swojej pracy. Mieliśmy poczucie, że udaje nam się coś niebywałego: proponujemy dobry towar, unikamy tandety i schlebiania masowym gustom, a liczba słuchaczy wciąż rośnie. Mieliśmy markę na rynku i mnóstwo satysfakcji. Ta frajda wzajemnego inspirowania się i zaskakującej (w skali ponadnarodowej!) więzi ze słuchaczami sprawiała, że normalne dla ponad stuosobowego zespołu animozje schodziły na drugi plan. Tak, pewnie czasami grzeszyliśmy pychą. Ale kiedy się uczestniczy w zbiorowym przedsięwzięciu, które zaczęło się pół wieku wcześniej i znowu się udaje, osobista duma ma naturalny ogranicznik w postaci świadomości, że to nie własne zasługi, ale ta szczególna konfiguracja osób przynosi sukces.

Już blisko trzydzieści osób znikło z zespołu, który jak żaden w eterze odbierał przez ostatnich kilkanaście lat dowody miłości od odbiorców swojej pracy…

Nowe władze Polskiego Radia mają to wszystko za nic. Nie tylko nie przeciwdziałały rozbiciu zespołu, ale same je zainicjowały. Słuchalność w ciągu ostatnich dwóch lat spadła o jedną czwartą. Teraz spadnie znowu.

Słaba to pociecha, że nie pierwszy raz w dziejach ludzkości zła wola zawziętych nieudaczników skutecznie zniszczyła coś bardzo pięknego.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

16 komentarzy do "Małe epitafium"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Waldemar

Teraz słuchalnośc spadnie znowu? To ostatnie zmartwienie szefów PR. Mottem, które powinno wisieć nad „Trójką, jest nieśmiertelna fraza posłanki Hrynkiewicz: „Niech jadą!” w wersji skierowanej do pracowników „Trójki”: „NIech idą!”. A w wersji skierowanej do nas, słuchaczy: „Możecie nie słuchać!”

wimech

mam nadzieję że po odejściu podłej zmiany da się odbudować trójkę i jej markę. Jestem jednym z tych co nie słuchali trójki przy okazji.. a teraz z małymi wyjątkami nie ma już czego słuchać.

Janek

A TOK -FM- tego też nie można? A Radio Maryja- dla innych -też za słabe?

Janka

Gadasz „jak ślepy o kolorach”, przepraszam niewidzących.

Waldemar

Trochę ni w pięć ni w dziewięć. Podobnie jak w zestawianiu TVN z TVP. To są media PRYWATNE, nie publiczne i o tym, kto tam pracuje decyduje właściciel. PR jest radiem PUBLICZNYM i jest to zasadnicza różnica, gdy staje się – jak teraz – tubą propagandową jednej partii. No a poza tym nie są mi znane takie roszady personalne jak w „Trójce”. Jesli komuś jest to obojętne, to znaczy, że tej stacji nie słuchał i jest mu to dokładnie obojętne.

Janek

Jakie tam publiczne. Rządowe i tyle.

Monika

Tak, może i rządowe, ale przede wszystkim publiczne. Za poprzedniego rządu w Trójce miał swój program pan Wolski i nikomu to nie przeszkadzało!

Waldemar

Jakie tam rządowe. Pisowskie i tyle. Po co ściemniać.

Janek

Fakt. Zmieni się władza, to i zmienią się media. Tego koryta nikt nie odpuści.

Waldemar

Nie nudzi pana już to koryto? Akurat koryto do „Trójki” pasuje jak pięść do nosa.

Nihil

Czekam na powrót Trójki bo wierzę że do nas wróci.Ta prawdziwa muzyczna z oprawą komentarzy na najwyższym poziomie.Dziękuję P.Andrusowi i Kanterajtowi z nadzieją ze wrócą na swoje miejsca.Do prawdziwej Trójki z załogą która znamy od lat

Marek

Ale czy wy – Andrus, Sosnowski, czy Kantereit – nie za szybko się poddajecie i oddajecie pola „zawziętym nieudacznikom”, czy „ciemniakom-dyktatorom”? Przecież za komuny też były ograniczenia i kompromisy, ale radiowcy trwali przy swoich słuchaczach. To nie są łatwe decyzje, co do tego nie ma wątpliwości: wybór pomiędzy wolnością a wiernością. Odchodząc, tracicie możliwość jakiegokolwiek wpływu na to, co będzie dalej z Trójką. Nie krytykuję Was, ale próbuję patrzeć na problem ze „strategicznej” perspektywy.

Szymon

No ale co właściwie mają zrobić, gdy wywalają ich w bezczelny i (często) bezprawny sposób z pracy?

Małgorzata

Szanowny Panie Jerzy!
U mnie zmiany w Trójce zbiegły się intensyfikacją życia zawodowego, ale z uśmiechem wspominam czasy, gdy układałam dzieci spać przed 21, włączałam żelazko i przy „Klubie Trójki” prasowałam sterty ubrań. Naprawdę czekałam na ten moment dnia! Teraz nie mam wiele czasu dla radia w ogóle, ale czuję różnicę, jeśli chodzi o Trójkę.
Pełna podziwu dla Pana pięknej polszczyzny – polonistka z południowej Polski.

mpm

Serce mi pęka 🙁
Dopiero powoli dociera do mnie, że tak naturalna czynność, jak słuchanie Trójki (moje jedyne radio pierwszego wyboru od czasów nastoletnich) stanie się wspomnieniem, Tym bardziej, ze chyba już nie uda się tego zespołu odbudować w lepszych czasach, które w końcu kiedyś nastąpią (?). Odczuwam żałobę

Monika
Musimy to przetrzymać i tyle. Fakt, że niektórych nie jestem w stanie słuchać. Pan Lisicki płaszczy się przed każdym PiSowcem, żenada! Pan, który zastapił pana Nogasia może i jest oczytany, ale widać jak mi zapadł w pamięć, że nawet nie pamiętam jego nazwiska. Kompletny brak charyzmy jaką posiada pan Nogaś. Jadąc do pracy autem na 8:00 zawsze musiałam wysłuchać do końca pana Nogasia u pana Mana, choć byłam już pod pracą nie było szans bym wyłączyła silnik! Teraz nie mam z tym problemu. Tęsknie za Wehikułem czasu itd itd. Wychowała mnie Trójka muzycznie i nie tylko, wierzę głęboko, że jeszcze… Czytaj więcej »
wpDiscuz