Najmniejszy wspólny mianownik

Najmniejszy wspólny mianownik

Jednomyślnym być także nie trzeba i zresztą nie sposób, żeby mieć wspólne, sensownie urządzone państwo.

W minionym tygodniu zarówno w rzeczywistości, jak i w internecie, można się było natknąć na tzw. czarny protest, do którego zresztą (w internecie) dołączyłem. Chodziło o sprzeciw wobec projektu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Zwolennicy owego projektu zarzucili protestującym – co niestety nie było zaskoczeniem, bo tak się dziś w Polsce „dyskutuje” – że popieramy dzieciobójstwo.

Nie będę tu pisał o moralnych i prawnych stronach tego sporu, choć go przecież nie lekceważę. Uprzytomniłem sobie jednak, że „czarny protest” – niejako przy okazji – pokazał dość dobrze pewien mechanizm demokracji, którego entuzjaści obecnych władz najwidoczniej nie rozumieją. Sądzę, że warto go opisać – znów, jak przed tygodniem, przepraszając Czytelników za pisanie rzeczy być może oczywistych. Wydaje mi się jednak, że żyjemy w czasach, w których nie można być pewnym, co naprawdę jest oczywiste, a co nam się tylko takie zdaje.

A zatem: w demokracji dzieje się tak, że kiedy pojawia się jakaś kontrowersja, formułowane są zazwyczaj przynajmniej trzy pomysły na jej rozwiązanie. Jeśli kogoś dziwi liczba trzy, to przypominam mu powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy stronnictwa. Mówiąc nawiasem, z rozbawieniem odkryłem, że identyczne powiedzenie funkcjonuje w Izraelu w stosunku do tamtejszej opinii publicznej. Mieszkanie razem przez blisko tysiąc lat nie pozostało bez śladu…

Żeby nie odnosić się na razie do konkretów, te trzy pomysły opiszę w taki sposób: jedni chcą pójść w lewo, inni w prawo, jeszcze inni – zostać na miejscu lub pójść prosto. Albo: jedni chcą w danej kwestii wszystkiego zakazać, inni na wszystko pozwolić, a jeszcze inni na trochę pozwolić, a na trochę nie. W tym momencie, zgodnie z logiką demokracji, powinna zacząć się próba przekonania adwersarzy, że nie mają racji. Formułowane są (oby były formułowane) argumenty na rzecz poszczególnych rozwiązań.

Prawie zawsze można powiedzieć, że każde z tych rozwiązań ma jakąś wadę. Wciąż pozostając na dużym stopniu ogólności powiedzmy tak: zakazanie wszystkiego zwiększa obszar zachowań, które nazywamy przestępstwami, dokłada więc pracy policji i sądom, a jeśli obywatele nie będą przekonani do słuszności zakazu, doprowadzi w dodatku do lekceważenia prawa. Z kolei pozwolenie na wszystko może doprowadzić do przyzwolenia na rozmaite patologie (gdyby patologie nie zagrażały, nie byłoby tej kontrowersji, z którą chcemy się uporać). Wyjście pośrednie, czyli żeby pozwolić TROCHĘ, też niesie przykre koszty: postawi nas mianowicie przed nieprzyjemnym filozoficznie pytaniem, dlaczego to „trochę” określić tak, a nie inaczej. W dodatku, jeśli owo „trochę” zdefiniujemy niezbyt precyzyjnie i niezbyt przekonująco, stworzymy warunki dla „przymykania oka” (czyli znów dla lekceważenia prawa), a w skrajnym przypadku – dla zwyczajnej korupcji.

Załóżmy, że faza przekonywania jest za nami i nikt nie zmienił poglądów (to w dzisiejszej Polsce więcej niż pewne). Zaczyna się w tym momencie faza druga, czyli poszukiwanie kompromisów. Na to słowo ożywiają się oczywiście centryści, co to nie chcą ani w lewo, ani w prawo, gdyż kompromis z natury rzeczy rozgrywa się na zasiedlonym przez nich, dobrze im znanym obszarze. Próbujemy więc zdefiniować to przeklęte „trochę” tak, żeby zarówno ci z lewej, jak i ci z prawej kiwnęli ostatecznie głowami (przynajmniej w większości). Jeśli nam się uda, nikt, komu marzy się świat inny niż jest, świat jednoznacznych, czarno-białych rozstrzygnięć, nie będzie oczywiście zadowolony. Właściwie należałoby powiedzieć, że tu rozgrywa się najważniejsze misterium demokracji: następuje to, co ją odróżnia od wszelkich innych systemów podejmowania decyzji i tłumaczy znany bon mot Churchilla, że „demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu’’. Jeśli bowiem kompromis uda się znaleźć, wówczas mamy jak w banku, że wszyscy (może poza centrystami) będą narzekać; każdy będzie uważał, że w gruncie rzeczy zdradził swoje najświętsze ideały… osiągając, bagatela, to, żeśmy się nie zaczęli ze sobą bić.

Ale wyobraźmy sobie, co nam przyjdzie niestety bez trudu, że i ta faza nie przyniosła rozwiązania naszej kontrowersji. Wówczas pozostaje jeszcze trzeci etap, awaryjny etap demokracji. Dochodzi mianowicie do zawiązywania sojuszów. Chodzi o zablokowanie rozwiązania, które będzie się podobało tylko jednej trzeciej dyskutantów. Ci, co chcą na lewo, mogą się dogadać z tymi, co chcą prosto; ewentualnie z tymi ostatnimi mogą dogadać się ci, co chcą na prawo. Teoretycznie mogą się nawet dogadać ci, co chcą na lewo, z tymi, co chcą na prawo, ale skutki będą prawdopodobnie opłakane. Rozstrzygnięcie: idźmy gdziekolwiek, byle nie na wprost, prawdopodobnie szybko postawi nas na nowo przed przezwyciężoną z pozoru kontrowersją – tyle że teraz już z wyłączeniem tych pośrodku, którzy z natury rzeczy gotowi są szukać jakiegoś rozwiązania do przyjęcia DLA WSZYSTKICH (to znaczy dla wszystkich równie irytującego – patrz wyżej).

„Czarny protest” powstał więc właśnie zgodnie z tym trzecim, awaryjnym mechanizmem demokracji. Zawiązali w nim chwilowy sojusz ludzie, mający tak naprawdę bardzo rozmaity stosunek do prawnego uregulowania kwestii aborcji. Pomijając skandaliczny język, którym zwolennicy całkowitego zakazu aborcji się posługują, właśnie dlatego określanie protestujących mianem „dzieciobójców” jest bez sensu, ponieważ pewien procent z nas to ludzie, którzy z tych lub innych powodów uważają funkcjonującą od lat ustawę za zupełnie dobrą lub za relatywnie najmniej złą. Oczywiście, inni spośród nas najchętniej by ją znacznie zliberalizowali, być może aż po tzw. aborcję na życzenie. Ale to, żeśmy się skrzyknęli, było możliwe dlatego, że jedni i drudzy zawiesili na razie dzielące ich różnice i zgodzili się w tym ograniczonym punkcie: że zaostrzenie przepisów jest bardzo złym pomysłem.

Nie trzeba być jednomyślnym, żeby podjąć jakąś wspólną akcję. Żeby to zrobić, trzeba się zgodzić na coś w wąskim zakresie, tym, który dla danej sprawy jest akurat istotny. Jednomyślnym być także nie trzeba i zresztą nie sposób, żeby mieć wspólne, sensownie urządzone państwo. W tym celu trzeba ustalić wąski, siłą rzeczy, zakres wartości i procedur, na który się zgadzamy, jedni z większym, drudzy z mniejszym entuzjazmem. Służą do tego: wymiana argumentów (a nie obelg), kompromis (a nie trzymanie się swoich słusznych przekonań jak pijany płotu), taktyczne sojusze (bez zatarcia różnic między sojusznikami).

Formacja, która obecnie rządzi Polską, tego nie rozumie: że do wszelkich zbiorowych działań, a zwłaszcza do urządzania państwa jest potrzebne coś, co matematycy nazywają „najmniejszym wspólnym mianownikiem”. Choć to niekomfortowe, jesteśmy jak rozmaicie zapisane ułamki, każdy inny. Żeby razem coś zrobić – odnaleźć się w tym samym działaniu – musimy odkryć to, co wspólne, każdy rezygnując trochę z tego, co własne. Inaczej w system państwa na trwałe będzie wpisana przemoc, przymusowa reedukacja lub zgoła eliminacja tych, którzy się w narzuconej wspólnocie nie mieszczą. A jak to słusznie powiedział podobno jeden z generałów Napoleona – „Bagnety są bardzo dobre, sire, mają tylko jedną wadę: nie można na nich siedzieć”.

Rozszyfrujmy tę złotą myśl: każde narzucenie grupie rozwiązania, którego jej znaczna część nie akceptuje, musi prędzej czy później doprowadzić do reakcji. Co gorsza, ta reakcja, napędzana gniewem, przyjmuje zwykle kształt odwetu. W tym sensie entuzjaści narzucanych nam dzisiaj rozwiązań biorą na swoje sumienia także rozwiązania wprost przeciwne, które zostaną im z kolei narzucone za kilka lat. Wprawiają w ruch wahadło, które trudno będzie zatrzymać. Miłośnik demokracji powinien chyba już dziś myśleć o tym wahadle z niepokojem.

Jerzy Sosnowski

PS. Już po napisaniu tego felietonu natknąłem się na facebooku na wymianę zdań między zwolenniczkami liberalizacji obecnych przepisów aborcyjnych. Twierdziły one, że skoro KOD jako całość nie zgadza się z ich postulatami, należy przestać uczestniczyć w jego manifestacjach. A zatem nie tylko entuzjaści obecnej władzy nie rozumieją tego, co wydawało mi się podczas pisania dość oczywiste.

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

12
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
6 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
11 Comment authors
ZwinkaMariannaJerzy SosnowskiKrzysztof MazurWiesław Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maciek123454321
Maciek123454321

Prosty wykład, jednak bardzo, ale to bardzo mocno wykraczający poza możliwości pracy myślowej PiS.

adama
adama

Podpisy pod tym projektem były zbierane także na imprezach KOD. To co się dzieje to ograniczanie praw kobiet, a za tym pójdą ograniczenia innych wolności. Władza Pisowi będzie się wymykać i odpowiedzią będzie coraz większy zamordyzm w stylu Putina. Kobiety są pierwsze, na życzenie Kościoła dla którego PiS zrobi wszystko, bo bez jego poparcia juz by nie rządził..

marta
marta

Właśnie. Niestety zawsze (nie lubię zawsze i nigdy, ale tak wyszło) prawa kobiet idą na pierwszy ogień.

airborell
airborell

Problem polega na tym, że to my, zwolennicy i zwolenniczki liberalizacji ustawy, mamy zrezygnować z tego co własne. (Przypominam, że obecna ustawa jest najbardziej, obok Irlandii i Malty, restrykcyjna w całej Europie).

I nie tylko aborcji to dotyczy.

Misio
Misio

Przy Waszej logice nie dziwie sie, ze ilosc dreptajacych przez Warszawe kurczy sie z marszu na marsz. KK uczy tylko jednego: moja wolnosc konczy sie tam, gdzie zaczyna sie wolnosc drugiego czlowieka. Nie moze np. Macius odstrzelic mnie za inne poglady polityczne bo tak jak on, mam do nich prawo. Kobieta nie moze w imie wolnosci zabic dziecka, bo swoja wolnoscia wchodzi w sfere wolnosci innego stworzenia. Wy calkiem swiadomie nazywacie go plodem. Ale pytanie jest takie: kto potrafi wskazac scisla granice, kiedy plod zaczyna byc czlowiekiem? Dlaczego to jest 12 tydzien, a nie 13 tydzien i 37 minuta? To… Czytaj więcej »

adama
adama

O tym kiedy zaczyna się człowiek masz dużo literatury fachowej więc nie tu to pytanie, albo samokształcenie. Pigułka po to pomoc dla człowieka w trudnej sytuacji. Włącz myślenie – wyłącz propagandę.

Jan
Jan

Misio, KK pięknie naucza, szkoda tylko, że innych, a nie siebie. W swoim fundamentaliźmie KK uważa, że człowiek to dusza, a ta wstępuje w ciało w chwili poczęcia. KK swój pogląd na tą sprawę chce narzucić w ramach systemu prawnego wszystkim. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby KK ograniczył się do siebie, lub swoich wiernych. On ma jednak apetyty większe i powoduje cierpienie u tych, dla których mitologia KK jest wyłącznie spadkiem średniowiecza. Napisałeś: wolność działań kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka? To informuje cię, że jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie narusza wolność wielkiej liczby… Czytaj więcej »

Marianna
Marianna

Zdanie KK, czy nienarodzone dziecko jest człowiekiem, czy nie, zmieniło się w ciągu ostatnich 50 lat diametralnie. Zaraz po wojnie, ksiądz katolicki nie zgodził się na pochowanie rocznego (!) dziecka mojej babci na cmentarzu, gdyż dziecko było jeszcze nie ochrzczone. Jak rozumiem teraz, kilkutygodniowy skrzep krwi po poronieniu będzie miał pogrzeb z mszą i księdzem, tak?

Zwinka
Zwinka

Eeee tam. Najpierw zostanie przeprowadzone wnikliwe śledztwo, czy to było naturalne poronienie w toku, czy też ktoś się do tego przyczynił. Żeby było „śmieszniej”, przytoczę autentyczny przypadek kobiety w okresie menopauzy, która wylądowała w szpitalu po kilku dniach obfitego krwawienia, które jakoś samo nie chciało ustąpić. Zaczęto ją maglować na wszystkie możliwe sposoby ( pytania, czy była w ciąży należały do najdelikatniejszych), w gabinecie pojawiali się kolejni, badający i naradzający się ze sobą lekarze, którzy zszokowaną kobietę zataszczyli na badanie USG, a tam kolejny, chamowaty lekarz kontynuował śledztwo na temat ciąży i szukał na monitorze jej śladów ( może morderczyni… Czytaj więcej »

Wiesław
Wiesław

Przykre, że kolejne wyborcze kłamstwo PIS ( o inicjatywach obywatelskich) musiało doknąć kobiet. To pokazuje jakie miejsce jest ich zdaniem w życiu społecznym w/g PIS. wracamy do starego stereotypu. Matka Polka…( ojciec alkoholik)-

Krzysztof Mazur
Krzysztof Mazur

Ja rozumiem, że wygodnie jest się umieścić pośrodku, a innych zlekceważyć jako skrajności, ale jak na razie red. Sosnowski nie napisał ani jednego słowa, dlaczego państwo w ogóle miałoby się interesować prywatną sprawą aborcji. Czy w prywatnych sprawach redaktora Sosnowskiego i jego zdrowia też ma decydować sejm? Jakbyśmy ‚zawarli kompromis w sprawie nerki red. Sosnowskiego’, że mianowicie trzeba ją komuś innemu przekazać, w ramach ochrony życia oczywiście (tego kogoś innego), to też by się z tym zgodził? Prawie całkowity zakaz aborcji niewiele się różni od całkowitego i może całkowity byłby o tyle mniej zły, że nie żylibyśmy w złudzeniu jakiegoś… Czytaj więcej »

Jerzy Sosnowski
Jerzy Sosnowski

Istotnie, red. Sosnowski nie napisał ani jednego słowa, dlaczego państwo w ogóle miałoby się interesować prywatną sprawą aborcji. Ponieważ red. Sosnowski napisał ten felieton na inny temat: jak w ogóle jest możliwe demokratyczne ustalanie rozmaitych rzeczy. Pozdrowienia, panie Krzysztofie. Jako czytelnik mojego bloga może Pan sprawdzić, że swój stosunek do aborcji i jej (de)legalizacji nie tak dawno tam przedstawiłem.