Nie wolno być biernym

Nie wolno być biernym

Jeśli dzisiejsi uczniowie dadzą się uwieść przygotowywanej dla nich ideologicznej papce, będziemy mieli wielki problem.

Ubiegłotygodniową manifestację KOD-u, podobnie zresztą jak pozostałe manifestacje tamtego weekendu, poprzedziła dość nerwowa dyskusja, jak długo zamierzamy tak maszerować. W internecie widziałem, a na własne uszy słyszałem wiele zdań w rodzaju: władze nic sobie z nas nie robią. Zbieramy się już któryś raz, idziemy ogromnym tłumem ulicami miast – i efektów nie ma, poza coraz mniej zabawnymi kłamstwami Dziennika Telewizyjnego, to jest, przepraszam: Wiadomości w telewizyjnej Jedynce. Więc może to strata czasu?

Kto pamięta lata osiemdziesiąte, powinien już dziś szerzyć swoją historyczną wiedzę o tym, że od samych manifestacji rzeczywiście niewiele się zmienia, a mimo to warto w nich uczestniczyć. Rację bowiem mają chyba ci, którzy przed tygodniem starali się dzielić przekonaniem, że to spotykanie się na manifestacjach ma większe znaczenie dla nas, niż dla rządzącej obecnie partii. Wycofanie się z aktywności, wybranie „emigracji wewnętrznej” grozi prędzej czy później poczuciem, że zostaliśmy sami. Że jesteśmy jak ten kierowca, który jadąc autostradą słyszy przez radio komunikat: „Uwaga, na autostradzie A1 jakiś wariat jedzie pod prąd”, wygląda przez okno i mruczy do siebie: „Jeden wariat?! Tysiące wariatów!”.

Spotykamy się więc – moim zdaniem – głównie po to, żeby się policzyć. I wzajemnie pokrzepić, że jest nas dużo (24 września było nas chyba mniej, niż wiosną, ale więcej, niż można się było obawiać). Niemniej przychodzi chyba moment, żeby zacząć rozmowę, co poza tym „liczeniem szabel” jest do zrobienia. Władze, jakkolwiek niewątpliwie trochę zirytowane liczebnością naszych pochodów, są jednak w uderzeniu – i nieomal codziennie podejmują decyzje, których skutki będziemy usuwać latami. Dobrze byłoby się zastanowić, czy musimy się temu przyglądać biernie.

Chyba nie tylko dlatego, że byłem kiedyś nauczycielem, uważam, że jedną z dziedzin, której należy się szczególna uwaga, jest edukacja. Z mojego punktu widzenia zapowiadana przez MEN reforma wydaje się przy tym dość paradoksalna. Należałem bowiem do niemałego grona pracowników oświaty, którzy byli przeciwnikami gimnazjów. Z zakłopotaniem przyznam, że kiedy przed wyborami PiS zadeklarował ich likwidację, pomyślałem sobie, że gdyby nie mój fundamentalny brak zaufania do tej partii, ten akurat punkt ich programu mógłby mnie do niej przekonać. Nie przyszło mi jednak do głowy, że nawet coś, czemu ostatecznie byłbym gotów przyklasnąć, można przeprowadzać w tak amatorski sposób. Że refren dawnej piosenki Wojciecha Młynarskiego: „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?” zadziała nawet w kwestii, o której przynajmniej można by z rządzącymi politykami spokojnie podyskutować, częściowo może przyznając im słuszność.

Spróbujmy opisać bałagan, jaki prowokuje decyzja minister Zalewskiej. Za rok nie będzie już przyjęć do pierwszej klasy gimnazjum. Oznacza to, że szkoły podstawowe muszą w ciągu kilku miesięcy znaleźć sale, w których da się uczyć dodatkowy rocznik uczniów (w perspektywie dwóch lat – dwa dodatkowe roczniki). W tym samym czasie należy wypracować programy nauczania do wszystkich przedmiotów w nieistniejących od dawna klasach VII-VIII, napisać, zatwierdzić i wydrukować podręczniki, a potem zrobić to samo dla czteroletniego liceum. Ale to mało. Za trzy lata do liceów trafią równocześnie dwa roczniki: absolwenci trzyletniego gimnazjum i młodsi od nich o rok absolwenci ośmioletniej podstawówki. Proszę nie sądzić, że będzie to wyłącznie problem logistyczny, gdzie ich wszystkich pomieścić. Prawdziwą łamigłówkę stworzy co innego: że dla tych pierwszych absolwentów będzie trzeba stworzyć pierwsze klasy liceum trzyletniego, a dla tych drugich – pierwsze klasy liceum czteroletniego. Chyba, że zdecydujemy się, by edukacja rocznika, który właśnie zaczął się uczyć w gimnazjum, potrwała trzynaście lat (6 lat szkoły podstawowej + trzy lata gimnazjum + CZTERY lata liceum), ale pomysł skazania na repetę wszystkich, urodzonych w 2003 r., jest tak surrealistyczny, że chyba nawet PiS się na niego nie zdecyduje.

Nauczyciele licealni zatem już się na pewno cieszą, mając perspektywę uczenia równolegle klas pierwszych, według dwóch rozmaitych toków nauczania. Trudno też nie zapytać, gdzie się podzieją uczniowie, którzy na koniec bieżącego roku nie otrzymają promocji do II klasy gimnazjum (wrócą do podstawówki?), za rok – do klasy III, a w przyszłości znajdujący się w podobnej sytuacji uczniowie ostatniego rocznika trzyletniego liceum? I co się stanie, jeśli któryś z nich nie zda matury? Nie wydaje mi się, żeby w pośpiechu ktoś szukał odpowiedzi na te pytania. Ale to wszystko jeszcze mało, bo pojawia się na horyzoncie niemały problem społeczny: gdzie mianowicie mają się zatrudnić nauczyciele „wygaszanych” ekspresowo gimnazjów? A jeśli doceniamy szkolnictwo niepubliczne (społeczne i prywatne), to musimy zapytać także, jak przetrwają tę reformę, a właściwie rewolucję, placówki niepubliczne, które prowadziły jednocześnie gimnazja i licea? Ze zniknięciem jednego rocznika zniknie jedna szósta ich budżetu…

Osobną kwestią jest kształt programów nauczania i programu wychowawczego, jeśli jakimś cudem uda się je w ciągu kilku miesięcy przygotować. Zapowiadane ograniczenie technologii komputerowej i przedmiotów przyrodoznawczych oraz spodziewana zmiana priorytetów w nauczaniu przedmiotów humanistycznych mają prawo budzić obawę. Prasa donosi już o jaskółkach „dobrej zmiany” w szkolnictwie, by wspomnieć jedynie głośny przypadek szkoły podstawowej w Gietrzwałdzie. I tu właśnie pojawia się obszar, którym należy się zająć.

„Takie będą Rzeczpospolite, jak ich młodzieży chowanie” – głosił akt fundacyjny Akademii Zamojskiej. To zdanie, przez dekady wspominane okazjonalnie jako wyświechtany frazes, wyraża myśl, której liberalne władze III RP nie traktowały, niestety, serio. Ów mechanizm znam dobrze nie tylko jako były nauczyciel, ale jako były dziennikarz mediów publicznych: zarówno media, jak i szkoła były w III RP traktowane po macoszemu – partia obecnie rządząca je docenia, ale niestety po swojemu, co okazuje się jeszcze gorsze. Warto jednak w pewnym sensie wziąć z niej przykład tam, gdzie to możliwe, a więc w oświacie. Na szczęście tradycja zajęć pozaszkolnych, kółek samokształceniowych, niezależnych organizacji młodzieżowych (legalnych, półlegalnych lub nielegalnych) ma w Polsce długą, półtorawiekową tradycję. Nie porównuję oczywiście współczesności do rozbiorów ani do okupacji i mam nadzieję, że wzmianka o nielegalności jest z mojej strony tylko precyzją historyka (literatury). Oprócz słusznego narzekania na to, że organizacje takie, jak ONR, wchodzą do szkół, należy po prostu spróbować robić to samo.

Ogromna rola przypada tu rodzicom i nauczycielom. Ci ostatni są w sytuacji nie do pozazdroszczenia – ale podobnie jak dziennikarze mediów publicznych, którzy zresztą w niemałej części swojego egzaminu nie zdali, teraz oni stają przed próbą charakteru. Poza podjęciem przez nich samodzielnej działalności, wykraczającej poza ramy zideologizowanych programów, potrzebna jest jednak działalność wspierająca. Trzeba pomyśleć o ofercie dla młodzieży, stworzyć miejsca, w których dzisiejsze nastolatki (a jeśli to możliwe, także dzieci) znajdą inną wersję wiedzy o kulturze, o literaturze, filmie, społeczeństwie i historii. I gdzie będą mogli rozwijać swoje zainteresowania młodzi entuzjaści informatyki, fizyki czy biologii. Mogą to być atrakcyjne strony internetowe, sensownie pomyślane zajęcia w domach kultury, a także prywatne przedsięwzięcia o kształcie, który w tej chwili nie przychodzi mi do głowy.

Jeśli dzisiejsi uczniowie dadzą się uwieść przygotowywanej dla nich ideologicznej papce, będziemy mieli problem, na którego tle dzisiejsze niepokoje o to, jak w przyszłości posprzątać media publiczne, odnaleźć sensowny kompromis w sprawie aborcji, zdemontować system pisowskiej nomenklatury i wyciągnąć z kryzysu gospodarkę, mogą się okazać sprawami, niestety, relatywnie drobnymi.

Jerzy Sosnowski

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

7
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
3 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
mirkaMichał DąbrowskiadamaMonikaZwinka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ilona
Ilona

Nie rozumiem krytyki gimnazjów. Ja uczę i żyję. Potrzebna była reforma, a nie likwidacja. Gimnazjum to zbiór młodych ludzi, którzy są przekonani, że są już dorośli i takiego traktowania, jak dorosłych, się domagają. To nic, że w gruncie rzeczy to jeszcze dzieciuchy, które rechoczą na kreskówkach…Mają swoje dorosłe problemy, którym szkoła powinna wyjść naprzeciw. Chcą lekcji o antykoncepcji, chcą psychologa, chcą pomocy, której nie zapewnią im zabiegani rodzice, chcą lekcji ciekawych i nowoczesnych. Chcą nauczycieli otwartych, rozumiejących tę burzę hormonów, której oni sami nie są w stanie poskromić. Gimnazja to rzeczywiście specyficzne zgromadzenie, ale wystarczyło wesprzeć bardziej nauczycieli – zatrudnić… Czytaj więcej »

Zwinka
Zwinka

Z tą hormonalną burzą to smarkacze mają iść do księdza. Już on ją poskromi…cokolwiek to znaczy.

mirka
mirka

Zgadzam się, jedynym minusem reformy z 1989 roku było niezainwestowanie w szkolenie n-li.
Nie dostali wsparcia psychologicznego dot. pracy z „burzą hormonów”.

mirka
mirka

Z 1999 roku, oczywiście.

Monika
Monika

Zgadzam się z każdym zdaniem napisanym przez Pana, i nie dlatego, że Pan jest moim ulubionym autorem audycji radiowych, którego głosu tak bardzo mi brakuje. Wydarzeniom związanym z polską edukacją przyglądam się z rosnącym niepokojem od wielu miesięcy – nie jestem związana ze szkołą zawodową, ale od niemal 20 lat szkołę bacznie obserwuję angażując się w sprawy edukacji trojga dzieci. Jak Pan byłam przeciwna poprzedniej reformie, uważam że każda reforma systemu edukacji to ostateczność. Przez 16 lat moja optyka zmieniła się jednak i dziś gimnazja uważam za najmocniejszy element w polskim systemie szkolnictwa. Ze względu na sporą różnicę wieku dzieci… Czytaj więcej »

adama
adama

To nie jest tak jak pisał Hołdys że nasze marsze to tylko spacerowanie z chorągiewkami. To robienie polityki na ulicy bo sejm jest sparaliżowany. I to jest skuteczne. W sprawie TK i aborcji Kaczyński się miota. Ostatni marsz w 40 rocznice KOR odebrał tę tradycję walki z komuną Pisowi i teraz KOD jest jak kiedyś KOR, tak jak KOR walczył z komuną tak KOD walczy z PIS, więc PIS jest jak komuna a KOD jak opozycja. To pokazał ten marsz.

Michał Dąbrowski
Michał Dąbrowski

Skutki reformy edukacji według PiS poczujemy zanim pierwsze roczniki skończą edukację szkolną według PiS. Wprowadzony przez tę reformę chaos wprowadza niepewność i powoduje strach rodziców o przyszłość edukacyjną dzieci, a nauczycieli o pracę. Tym strachem PiS będzie starał się zarządzać, podejmując arbitralne, urzędnicze decyzje – przeciwstawiając sobie różne grupy rodziców i nauczycieli.
„Dzieci to są smycze, za które trzymamy ich tatusiów” – mawiał kierownik działu kadr czeskiej firmy Bata SA (Mariusz Szczygieł, „Gottland”). Plany inżynierii społecznej PiS są nie mniej ambitne. Dlatego nie wolno być biernym. Bitwa o Edukację jest jak Bitwa o Anglię.