Niedzielny zakaz handlu – PiS w kleszczach

Prezes Kaczyński wstawia niezły Bayer (film)

Dla Kaczyńskiego i Morawieckiego zakaz handlu w niedzielę to nie kwestia ideologii, lecz pragmatyki politycznej. Chętnie by się z niego wycofali, ale boją się reakcji biskupów i „Solidarności”.

Wygląda na to, że zakaz handlu w niedzielę stanął pisowskiemu rządowi kością w gardle. Zgodnie z przewidywaniami zarówno ekspertów, jak i ludzi kierujących się zdrowym rozsądkiem przymusowe zamknięcie sklepów w jednym z siedmiu dni tygodnia przyniosło niekorzystne skutki dla całej branży, w tym także dla małych sklepów rodzinnych, którym rzekomo miało pomóc.

Władze, które wcześniej robiły dobrą minę do złej gry, mówiąc „Polacy, nic się nie stało”, teraz zaczęły to już przyznawać. Sam premier Mateusz Morawiecki w TVN24 powiedział: „Takie rozwiązanie spełnia z jednej strony pewne funkcje społeczne, związane z pracownikami, którzy wcześniej chodzili do pracy w ten dzień, a teraz nie. Ma też funkcje gospodarcze, jak promocja polskiego handlu. W Polsce to niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i galerie dominują. Cichym marzeniem było, aby polskie małe sklepy rosły w siłę. Pierwsze analizy pokazują, że niekoniecznie się tak stało. Za parę tygodni będziemy mieli dokładniejsze analizy w tym względzie”.

Za kilka tygodni? Akurat! Gdyby już teraz nie mieli twardych danych i gdyby nie zdawali sobie sprawy ze szkód, jakie wyrządzili, premierowi te słowa przez usta by nie przeszły. Rząd nadal prężyłby muskuły i zapewniał obywateli, że dzięki „dobrej zmianie” Polska kroczy od sukcesu do sukcesu. Skoro premier dziś mówi to, co mówi, to znaczy, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotowuje swój elektorat, a przede wszystkim biskupów i związkowców z „Solidarności”, którzy zakazu się domagali, do zmiany linii. Być może trzeba się będzie wycofać z uchwalonego już rozszerzenia zakazu handlu na wszystkie niedziele miesiąca, wracając do wersji obowiązującej w zeszłym roku – dwie niedziele handlowe i dwie z zakazem.

Jak to było u bratanków

Komentatorzy przywołują przykład Węgier, gdzie niedzielny zakaz handlu też obowiązywał od marca 2015 r., lecz po zaledwie roku, w obliczu niezadowolenia obywateli, rząd Viktora Orbána wycofał się z niego rakiem.

Pod wieloma względami sytuacja na Węgrzech rzeczywiście była podobna. Ale były też istotne różnice. Podobnie jak w Polsce, gdzie do zakazu parło nie decyzyjne centrum PiS, lecz związkowcy i biskupi, w Budapeszcie zakaz nie był elementem programu rządzącego Fideszu, lecz koalicjantów z małej partyjki chrześcijańskich demokratów, która w praktyce pozbawiona jest jakiegokolwiek znaczenia. W polityce węgierskiej waży na pewno mniej niż „Solidarność” i Kościół w polityce polskiej. Dlatego Orbánowi o wiele łatwiej było się ze szkodliwego prawa wycofać niż Morawieckiemu, który musi się liczyć ze sprzeciwem potężnego lobby religijno-związkowego.

Po drugie zaś Orbán cofnął się nie z powodu negatywnych konsekwencji gospodarczych, lecz grożącego mu referendum, które mogło okazać się wielką prestiżową klęską rządu. Co oczywiście nie znaczy, że takich negatywnych konsekwencji nie było. Węgierscy eksperci stwierdzili, że w efekcie zakazu, który utrudnił życie i klientom, i właścicielom sklepów, „ruch przeniósł się do dużych supermarketów i dyskontów, zaś małe placówki handlowe stały się miejscem okazjonalnych, awaryjnych zakupów o niskiej wartości”. W rezultacie więc stracili wszyscy, także małe sklepy rodzinne, którym nowe prawo rzekomo miało pomóc. Sytuacja wypisz wymaluj taka sama jak w Polsce.

Gra w kotka i myszkę: jak zorganizować referendum?

Była jednak też istotna różnica: węgierskie prawo przewiduje, że 200 tys. obywateli może zainicjować referendum, którego wynik jest obligatoryjny. Parlament nie ma tu nic do gadania. Nie może się na referendum nie zgodzić i nie może jego wyniku zignorować. Po głosowaniu zaś przez trzy lata nie może uchwalić prawa, które byłoby z wynikiem referendum sprzeczne.

Opozycyjna partia socjalistyczna postanowiła więc z tej sprawy uczynić polityczny taran, którym chciała dokonać wyłomu w murze fideszowskiej twierdzy, a Viktor Orbán chwytał się wszelkich możliwych kruczków, by do tego nie dopuścić.

Żeby inicjatorzy referendum mogli przystąpić do zbierania 200 tys. podpisów, najpierw węgierski odpowiednik Państwowej Komisji Wyborczej musi orzec, że pytania są poprawnie sformułowane i spełniają wymogi prawne (niedozwolone są m.in. pytania dotyczące konstytucji, wiele sfer jest też z referendum wyłączonych, nie można np. głosować nad budżetem czy programem rządu). Orbán wykorzystał przepis mówiący, że komisja wyborcza w danej chwili może oceniać tylko jedno pytanie dotyczące danej sprawy – jeśli kilka podmiotów wystąpi z inicjatywą referendum na ten sam temat, oceniane jest tylko pytanie tego, kto zgłosi się jako pierwszy, a pozostałe wnioski są odrzucane.

Przez dobre pół roku trwała więc zabawa w kotka i myszkę: socjaliści i przedstawiciele innych sił opozycyjnych usiłowali w komisji wyborczej złożyć do oceny pytanie referendalne, by móc przystąpić do zbierania podpisów, ale za każdym razem ubiegały ich jakieś nieznane, prywatne osoby – „słupy” władzy – które składały pytania dotyczące tego samego. Komisja odrzucała więc wnioski opozycji, a następnie rozpatrywała te złożone przez „słupy” – na końcu zawsze okazywało się, że ich pytania zawierały jakieś wady prawne, które nie pozwalały na poddanie ich pod referendum.

Na początku 2016 roku doszło nawet do aktu przemocy, kiedy grupa łysych osiłków fizycznie zablokowała przedstawicielowi socjalistów dostęp do biura komisji wyborczej, umożliwiając innej osobie – nawiasem mówiąc, żonie jednego z burmistrzów partii rządzącej – złożenie własnego pytania jako pierwszej. Policja wszczęła śledztwo i nawet ustaliła tożsamość przynajmniej części z goryli (stwierdzono, że byli już w przeszłości karani, jeden za napaść i rabunek z bronią w ręku), ale „nie udało się” stwierdzić, kto ich wynajął. Ponoć jakaś anonimowa pani. Po pół roku śledztwo  umorzono, bo policja uznała, że blokada nie nosiła znamion czynu zabronionego.

Ostatecznie jednak opozycji udało się pokonać piętrzone przeszkody i zainicjować zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum. Socjaliści zamierzali głosowanie przekształcić w sąd nad całokształtem rządów Fideszu. Wiedząc, jak się to skończy, Viktor Orbán wycofał się więc w kwietniu 2016 roku z niedzielnego zakazu handlu. Referendum stało się bezprzedmiotowe i nie odbyło się.

Czy czeka nas zgniły kompromis?

Jak widać, różnica między sytuacją w Polsce i na Węgrzech jest spora. Nad PiS-em nie wisi groźba głosowania, które może doprowadzić do jego klęski. Owszem, w tym roku odbędą się wybory – nawet dwukrotnie – ale zakaz handlu nie będzie przedmiotem głosowania, co najwyżej może stać się jednym z argumentów w kampanii, i to nie tym najbardziej znaczącym. Badania jednak wskazują, że polska opinia publiczna – podobnie jak swego czasu węgierska – jest coraz bardziej negatywnie nastawiona do zamykania w niedzielę sklepów, a zwłaszcza centrów handlowych, które dla wielu rodzin były ulubionym miejscem spędzania czasu w ten dzień.

Co więc weźmie górę w Polsce – argumenty ekonomiczne i nastawienie opinii publicznej czy naciski związkowców i biskupów? Myślę, że wyjaśni się to w najbliższych tygodniach. Osobiście obstawiałbym wariant kompromisowy – czyli powrót do zeszłorocznego modelu „panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Czyli dwie niedziele dla pana Boga i „Solidarności” – i dwie dla obywateli. Sęk w tym, że ten kompromis na dłuższą metę nie usatysfakcjonuje żadnej ze stron, więc ideologiczna wojna będzie się tlić dalej. Aż do następnej próby sił.

Wojciech Maziarski
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Jabis Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jabis
Jabis

Orban, co wielokrotnie udowodnił. jest znacznie cwańszy od Kaczyńskiego. Opozycja bardziej zdecydowana a GłOS BISKUPÓW mało znaczący. Sam Orban katolikiem nie jest … a Kaczyński jest. Jest późnochrzczonym dla celów politycznych.
A obecna Solidarność tyle znaczy, co Kacperek naszczeka. Opozycja powinna zacząć intensywnie BRONIĆ małych, polskich sklepów. 😉