PiS goni w piętkę

PiS goni w piętkę

Może to już początek końca?

Na politycznej scenie trwa osobliwy spektakl. Scenariusz tego przedstawienia obfituje w nielogiczne narracje i absurdalne zwroty akcji, za którą aktorzy wyraźnie nie nadążają. Trudno zrozumieć bełkotliwe kwestie, a choreografia sprowadza się do niezbornych gestykulacji. Coś się stało autorom dotychczasowych przekazów dnia, funkcjonariuszom tak dotąd sprawnej służby propagandowej PiS. Kompromitują się ostatnio na potęgę, przekazując prominentom partyjnym sprzeczne sygnały i dziwaczne łamańce logiczne. Pogubili się w natłoku własnych kłamstw? A może po prostu wzięli sobie urlop, bo życie przerosło ich wyobraźnię? Tak czy owak wychodzi na to, że kraj i społeczeństwo nie są już w stanie sprostać oczekiwaniom prezesa.

 

Propagandowe bezhołowie szczegółowo obserwować można w sprawie Mariana Banasia. Komentarze prominentów PiS miotają się od Sasa do Lasa, i wcale nie jest tak, że kryształowy niegdyś urzędnik nagle stał się niewygodny dla wszystkich rządzących i w ogóle jest już mało znany w środowisku.  Minister Emilewicz nadal zna prezesa NiK z dobrej strony jako człowieka wyjątkowo propaństwowego. Minister Sasin jest zdania, ze mimo wszystko Marian Banaś jest „potrzebny Polsce”. Wicemarszałek Terlecki odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy Banaś powinien zrezygnować z funkcji prezesa NIK, wyjaśnia, że „nie było takiej sugestii – być może zastrzeżenia CBA są mało przekonujące”.  Wtórują mu liczni funkcjonariusze partii władzy, niepomni co dotąd mówili o Wałęsie czy Balcerowiczu , którzy dziś głoszą tezę, że pan Banaś może i trochę zbłądził, ale nie wolno odbierać mu jego minionych ogromnych zasług. Najbardziej irytujące są jednak opinie ludzi wciąż zapewniających o osobistej uczciwości prawego, pancernego Banasia. Tego, który przejął od schorowanego kombatanta AK kamienicę w Krakowie oraz działkę z domem w zamian za „dożywocie”, na co przeznaczył raptem 30 tys. zł i notarialnie zobowiązał się wspomagać starego człowieka miesięczną dotacją w wysokości… 500 zł. Sprzedając te nieruchomości, za samą tylko kamienicę pan Banaś wziął 4, 5 miliona. To się chyba kiedyś nazywało wyłudzenie, ale od czasu gdy PiS doszedł do władzy, pewnie już tylko zapobiegliwość.

Ryszard Czarnecki (i nie tylko on) ostrzega, że prezes NIK może się jeszcze okazać człowiekiem bez skazy i warto poczekać z wyrokowaniem na wyniki dochodzenia prowadzonego przez służby. Tyle że są to te same służby, które już długo przed nominacją prowadziły śledztwo w sprawie źródeł pochodzenia majątku Banasia, meandrów jego zeznań i zawiłości oświadczeń majątkowych, a także przekrętów mafii watowskiej zorganizowanej przez ludzi, których ówczesny minister Banaś wprowadził do Ministerstwa Finansów.  W tej drugiej sprawie ministerstwo wystosowało wyjaśnienie tak pokrętne, że z pewnością znajdzie miejsce wśród największych kuriozów retoryki PiS: „ Zarzucane podejrzanym przestępstwa nie mają bezpośredniego związku z pełnieniem przez nich funkcji publicznych”! No pewnie, przecież oni popełniali przestępstwa po godzinach, w pracy ścigali kradzieże, a po robocie sami kradli. Ale mniejsza o to. Ważniejsze, że ABW która już wcześniej miała informacje zebrane przez CBA o kontaktach pana Banasia ze światem przestępczym, tuż przed nominacją wydała mu certyfikat dostępu do największych tajemnic państwowych!  Długą listę najrozmaitszych opinii „w sprawie Banasia” zasiliła więc jeszcze jedna: to jest rozgrywka służb specjalnych. Nie wiadomo tylko, jakie korzyści może mieć państwowa służba z udostępnienia tajemnic przestępcom. No chyba, że nie ma między nimi większej różnicy.

Inne ciekawe zjawiska towarzyszą reakcji PiS na przegrane wybory do Senatu. Oburzyły się wielce władze partyjno-rządowe. Jak to przegraliśmy? Jakim prawem, skoro mieliśmy wygrać? A potem przyszło jeszcze zdumienie, że żaden senator żadnej wrażej partii nie dał się przekupić ani stanowiskiem w rządzie, ani synekurą w spółce. Czy oni w tej opozycji są nienormalni? Jak można nie chcieć władzy ani pieniędzy? Czym tamci się różnią od naszych senatorów? Tak czy owak – nie można tego tak zostawić. Nie wolno zasiać w ciemnym ludzie nawet najmniejszych wątpliwości w omnipotencję prezesa. Trzeba jakoś poprawić wynik wyborów. Nie po to powołaliśmy swoich komisarzy i nową izbę Sądu Najwyższego, która decyduje o ważności wyborów, żeby wygrywali je nasi wrogowie…

Coś wpadło w tryby buldożera, którym PiS od 4 lat rozjeżdża polską demokrację. Może zwątpienie, może nawet obawy. Mnożą się błędy i kuriozalne reakcje. We wnioskach kwestionujących wyniki wyborów do Senatu powołano się na art. 277 kodeksu wyborczego, dotyczący wyborów do Sejmu. A argumentacja tych protestów dosłownie zwala z nóg: głosy nieważne powinny być zakwalifikowane jako ważne, oddane na PiS. I już. Kilometry poza granicą bezczelności. A to przecież tylko logiczna konsekwencja ogólnej reguły, którą Kaczyński od lat spaja swoją trzódkę: suweren powierzył nam kraj na własność. Więc jeśli w zawłaszczonym kraju wszystko „po prostu nam się należy”, to czemu nie dodatkowe mandaty parlamentarne?

Legislacyjną głupawką nazwać można skutki publicznego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, który pół roku temu dał słowo, że majątek premiera Morawieckiego zostanie szybko ujawniony. Ale o tym co, jak i za ile nabył pan premier, komu to sprzedał oraz dlaczego nie chce się chwalić swoimi milionami cedując majątek na żonę, nie dowiemy się przez długie lata, albo nigdy. Ne ma w tym nic nadzwyczajnego, po raz kolejny okazało się tylko, że słowo prezesa nie jest warte funta kłaków jego kota. Interesująca jest natomiast procedura, którą w tej sprawie uruchomiła władza. Najpierw premier ogłosił, że najchętniej ujawniłby wszystko to, co ma, ale on tego nie ma, bo przepisał na żonę, która ujawni, co trzeba, jeśli tylko uzyska podstawę prawną. Psu na budę potrzebna ta podstawa, bo i bez przepisu każdy może, a niektóry nawet powinien, poinformować o swoich dobrach. Więcej: w przypadkach podejrzanych transferów majątku mogą się nim zainteresować odpowiednie służby, nie czekając na zgodę właścicielki. Ale nie wszyscy o tym wiedzą, więc wyborców skazanych na TVPiS poinformowano tylko o dobrej woli rządzących i ekspresowo przygotowanej ustawie. I zaraz okazało się, że całkiem świadomie – bo ignorując ostrzeżenia parlamentarzystów opozycji – spreparowano prawny bubel, który podłożono głowie państwa do podpisu. Tym razem pan prezydent, doktor prawa po UJ i gorący zwolennik jawności wszelkich prominenckich majątków do siódmego pokolenia, dokonał dogłębnej analizy ustawy i ze zdumieniem zauważył w niej poważne wady prawne. Po głębokim namyśle i z żalem skierować musiał ten przepis do Trybunału Konstytucyjnego.

Trzeba dziecięcej naiwności lub rozchybotania jaźni, by sądzić, że naród uwierzy w ten przekaz szyty grubą dratwą. Kto uwierzy, że magister Przyłębska, odkryta towarzysko przez Kaczyńskiego podczas licznych spotkań przy „herbatce”, kiedykolwiek skieruje tę sprawę do rozpatrzenia? Nie ma wątpliwości, że ustawa nakazująca ujawnianie prominenckich majątków rodzinnych trafi do trybunalskiej zamrażarki. Czyli tam, gdzie tkwią inne kalekie akty prawne, których nawet sędziowie gorliwie kibicujący „dobrej zmianie” nie są w stanie zaakceptować i zalegalizować. W tej zamrażarce są również niewygodne wnioski, takie jak np. o niedopuszczalności aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu, o ujawnienie list poparcia dla członków KRS, albo o opinię, czy Polska może występować o reparacje wojenne od Niemiec – projekty, wymuszone przez elektorat, o których jednak PiS wolałby zapomnieć. Mechanizm jest taki, że niewygodne ustawy tkwią w szufladzie pani prezes do końca kadencji, po czym kończą żywot na legislacyjnym śmietniku, bo po wyborach tracą ważność i trzeba będzie znowu składać do TK nowy wniosek w tej samej sprawie. Wniosek, który jeszcze raz można zamrozić.

 

Coraz częściej i w coraz większej odległości rządzący mijają się z rzeczywistością.  Z każdym dniem kolejni wyborcy PiS dowiadują się na przykład, że:

  • pan premier odpytywany o źródła sfinansowania obietnic PiS wymienia rosnące inwestycje zagraniczne, podczas gdy w światowym rankingu atrakcyjności inwestowania Polska spadła właśnie do piątej dziesiątki, tracąc 16 miejsc w czasie rządów PiS;
  • kilku prominentów związanych z „Solidarnością” radośnie podsumowało dotychczasowe efekty zakazu handlu w niedzielę, nie dostrzegając, że od wprowadzenia zakazu zbankrutowało 15 tys. małych sklepików osiedlowych, które miały być beneficjentem tej ustawy, natomiast duże supermarkety znacznie zwiększyły obroty;
  • minister Ziobro, pytany o przyczyny drastycznych zmian systemu prawnego, wciąż powtarza, że celem zmian jest ułatwienie i przyspieszenie procedur oraz bardziej sprawiedliwe orzekanie, dodając za każdym razem, że wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Tymczasem po 9 miesiącach (zamiast ustawowych 30 dniach) prokurator Renata Śpiewak urodziła decyzję, że Jarosław Kaczyński – z definicji, bo nawet bez przesłuchania – miał prawo nie zapłacić wynajętemu biznesmenowi za 14 miesięcy dobrze ocenionej pracy, przy czym poszkodowany nie może już dalej dochodzić swojej krzywdy, bo w trakcie tego „śledztwa” udało się uchwalić odpowiednią zmianę przepisów. Za wielomiesięczną pracę w pocie czoła pani prokurator nagrodzona została awansem i wysoką premią;
  • po niemal dwóch latach prokurator Adam Piotrowski z katowickiej prokuratury okręgowej nie zdążył zbadać sprawy pikiety narodowców, którzy powiesili wizerunki europosłów PO na szubienicach, chociaż na licznych nagraniach można było wyraźnie zobaczyć, co się zdarzyło i kto wieszał (m.in. asystent sędziego Jakub Kalus, narodowiec pracujący wówczas na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości). Sąd Apelacyjny w Katowicach zdruzgotał działania prokuratury wytykając bezczynność i działania pozorne, natomiast rzeczniczka prokuratury Marta Zawada-Dybek odpowiedziała, ze wszystko jest w porządku, bo prokurator nie dysponuje jeszcze pełnym materiałem dowodowym, niezbędnym do podjęcia decyzji merytorycznych. Narodowcy pozostają więc bezkarni, a Jakub Kalus wciąż jest zatrudniony w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach;
  • już wiadomo, ze nie ma podstaw do wszczęcia postępowań i postawienia zarzutów sędziom zamieszanych w tzw. aferę hejterską. Wyjaśnił to rzecznik dyscyplinarny mianowany przez Zbigniewa Ziobro. Nie wiadomo tylko, czy i kiedy wróci do pracy wiceminister Piebiak. I tak dalej, i dalej…

Sam bym tego nie zmyślił – jak mawiał Antoni Słonimski.

Andrzej Karmiński
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
smętekJantarZbyszekBGmble Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
BGmble
BGmble

Jaka jest cena kłamstw? Nie chodzi o to, że mylimy je z prawdą, ale o to, że usłyszawszy dość kłamstw, przestajemy w ogóle rozpoznawać prawdę. Co wtedy? Mamy do czynienia z degradacją moralności, a publiczne kłamstwo staje się normalnością. Stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. “Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Prawda staje się mowa nienawiści. Mówienie prawdy, w czasach powszechnego fałszu i zakłamania, jest aktem rewolucyjnym.” – George Orwell/1984 Oficjalne stanowisko najwyższych władz PiS jest takie, że PiS jest samym dobrem i miłością, a każdy, kto… Czytaj więcej »

Jantar
Jantar

„Partia PiS ma być w centrum. Ma w swej niezmierzonej mądrości decydować, co jest dla obywateli dobre, a co złe.”….

Tu należy przypomnieć słowa Kaczyńskiego z wywiadu z 2016 r., kiedy powiedział: „My wiemy, co jest dla Polaków dobre i my to wprowadzimy. Tylko my wiemy, jak Polaków uszczęśliwić i Polacy pod naszymi rządami będą szczęśliwi. A jeśli nie będą chcieli to ich do tego zmusimy!”.

smętek
smętek

W Polsce dnia dzisiejszego lekturą obowiązkową Polaka powinny być 3 książki: G.Orwella „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”, „Paragraf 22” J. Hellera.

Zbyszek
Zbyszek

PIS oprócz pińcet plus dał wielu Polakom poczucie dumy z własnej obłudy i podłości.