Pora się otrząsnąć

Pora się otrząsnąć

Trzeba zacząć myśleć o podjęciu działalności, kreującej inną przestrzeń niż ta, którą proponuje nam pisowskie państwo.

Sto dwanaście lat temu, podczas gorącego roku 1905, będącego na ziemiach polskich albo ostatnim pod zaborami powstaniem, albo pierwszą rewolucją socjalistyczną, ukazała się broszura zatytułowana „Zmowa powszechna przeciw rządowi”. Jej autorem był Edward Abramowski, współautor pierwszego, tzw. genewskiego programu PPS, myśliciel, jeden z twórców polskiego ruchu spółdzielczego i założyciel katedry psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Idea, którą wykładał w swojej broszurze, przedstawiała się mniej więcej następująco: państwo (zaborcze) można oczywiście próbować zwalczać siłą: poprzez manifestacje uliczne, strajki, a nawet akty terroru indywidualnego. Ale można również sprawić, by to państwo obumarło. Instytucje państwa żywią się bowiem sprawami, które regulują. Co by się na przykład stało z sądami, gdyby obywatele umówili się, że nie zgłaszają do nich żadnych roszczeń przeciwko sobie? Wydziały spraw cywilnych świeciłyby pustkami, sędziowie, asesorzy, inni urzędnicy całymi dniami graliby w preferansa w bezludnych gmachach. Podobnie ze szkołami, gdyby dzieci solidarnie nie posyłać do szkół, tylko uczyć je w kółkach samokształceniowych. I z policją, której by nie wołało się na miejsce przestępstw, powołując coś w rodzaju straży obywatelskiej.

Tytułowa „zmowa powszechna” oznaczała ideę społeczeństwa, które jawnie lub konspiracyjnie dubluje wszystkie instytucje państwa na zasadzie samoorganizacji. Miałoby to podwójne działanie. Z jednej strony prowadziłoby do wspomnianego obumarcia lub, może lepiej powiedzieć, wyjałowienia instytucji państwowych, pozbawienia ich racji bytu; z drugiej – do radykalnego wzrostu samoświadomości społecznej ludzi, budujących alternatywną sieć instytucji sąsiedzkich.

Abramowski u progu XX wieku widział wyraźnie, że zasadniczym problemem nadchodzących czasów jest psychiczne uzależnienie się obywateli od państwa. Zniewoleni są oni nie tylko i nawet nie przede wszystkim przez aparat represji, lecz przez własne, świadome lub bezwiedne przekazanie tego, co można zrobić samodzielnie (we współpracy z innymi obywatelami), we władanie instytucji państwowych. Ten sam autor ironizował kilka lat później, że postulaty polityczne w okresie dziejowych przesileń sprowadzają się do okrzyku: „Zróbcie z nas to lub owo!”, na przykład państwo demokratyczne, narodowe, czy jakieś inne. Kluczem do prawdziwej niezależności jest zaś okrzyk: „Zróbmy razem (to czy tamto)!”.

Ta idea krążyła u progu XX wieku w wielu środowiskach. Odległy ideowo od Abramowskiego Wyspiański pisał w gruncie rzeczy w podobnym duchu: „Wyzwolin ten doczeka się dnia,/kto własną wolą wyzwolony”. Z mentalnych niewolników nawet najbardziej liberalny system zarządzania nie zrobi wolnego społeczeństwa.

Abramowski w „Zmowie powszechnej przeciwko rządowi” formułował oczywiście postulat utopijny. Nie da się skłonić wszystkich, ani pewnie nawet większości mieszkańców dowolnego kraju, by solidarnie w żadnych okolicznościach nie wzywali policji, nie chodzili do sądów czy nie posyłali dzieci do państwowych szkół, organizując zamiast tego alternatywne – i uznawane powszechnie – instytucje sąsiedzkich sądów, samozwańczej straży obywatelskiej czy prywatnego nauczania. Niemniej jego idea traktowana niedogmatycznie przetrwała w jakiejś formie całe dekady. Bo przecież, kiedy Jacek Kuroń rzucał hasło: „Nie palcie komitetów, tylko zakładajcie własne!” to był w tym momencie bezpośrednim – i, jak sądzę, świadomym – spadkobiercą Abramowskiego. Podobnie kiedy tuż przed stanem wojennym narodził się pomysł „Niezależnej Rzeczypospolitej”, o ile wiem nigdy nie wprowadzony w życie, ale też gdy już po 13 grudnia zaczęły się mnożyć inicjatywy teatrów domowych, wystaw, przedstawień czy kursów samokształceniowych, organizowanych bądź w pełnej konspiracji, bądź pod parasolem ochronnym jakichś istniejących instytucji, wówczas przede wszystkim kościelnych. Naiwne marzenie Abramowskiego, że da się w ten sposób „ubezrobotnić” urzędników państwowych i wykończyć ich psychicznie nudą, zostało już wówczas poniechane. Ale okazało się, że można osiągnąć inny cel, mniejszy, lecz niebagatelny: złagodzić represyjność systemu, dublując jego chore instytucje przez instytucje alternatywne. W każdym razie w obrębie kultury i edukacji, czyli – podkreślmy – w obrębie tego, co (mówię to wbrew ekonomicznym liberałom) najważniejsze.

Piszę o tym nieprzypadkowo na początku roku szkolnego, gdy reforma, a właściwie „deforma” edukacji demoluje warunki uczenia się młodych Polaków. A także, gdy demoluje się kolejną narodową scenę, ważne muzea, gdy zniszczono media publiczne i ideologizuje się ogromne obszary naszego życia. Gdy ministra kultury podsumowuje wielce kulturalna jego uwaga o Lechu Wałęsie jako Myszce Miki. Wielu z nas, w tym ja, w minionych miesiącach przeżywało pokusę „emigracji wewnętrznej”. Tymczasem pora się otrząsnąć i zacząć myśleć o podjęciu działalności, jak dotąd, legalnej, ale kreującej inną przestrzeń niż ta, którą proponuje nam pisowskie państwo.

Wbrew pozorom niekoniecznie oznacza to postulat, by ludzie kultury zajęli się, jak tyle razy w przeszłości, wolontariatem (na ten postulat wielu z nas miałoby prawo się żachnąć, gdyż działalność kulturalna i edukacyjna jest naszym ŹRÓDŁEM UTRZYMANIA). W ciągu minionych trzech dekad w naszym społeczeństwie pojawili się ludzie z pieniędzmi. Ich finansowe kariery bywały przedmiotem nieprzychylnych komentarzy: niekiedy w związku z empirią, niekiedy w wyniku czystej zawiści. Stereotyp biznesmena w białych skarpetkach z drogą „furą”, odpoczywającego przy disco-polo, który w dodatku pierwszy milion musiał ukraść (zgodnie z popularnym w okresie transformacji powiedzeniem), nigdy nie sprawdzał się w stu procentach, a dziś jest po prostu nieaktualny. Ludzie, którzy się dorobili, mogą dziś stać się sponsorami działań, bez których naprawdę grozi nam mentalna zapaść.

Nie piszę tego, snując nierealne marzenia o oświeconych milionerach – lecz podsumowuję swoje doświadczenia z minionych dwóch lat. W tym czasie zetknąłem się co najmniej z czterema przypadkami ludzi, sytuowanych dobrze lub lepiej niż dobrze, którzy część swoich pieniędzy przeznaczają na wspieranie niedochodowej działalności popularyzatorskiej i kulturalnej. Przypadek pierwszy: właścicielka wędliniarni, która współorganizuje i współfinansuje festiwal artystyczny. Przypadek drugi: wiceprezes pewnej globalnej firmy, który nie tylko, zgodnie ze statutem owej firmy, kieruje strumień pieniędzy na działalność kulturalną w krajach, w których ta firma ma filie, ale też prywatnie uprawia mecenat w stosunku do wybranych ludzi sztuki. Przypadek trzeci: małżeństwo biznesmenów, organizujących dla chętnych kursy – fakt, że odpłatne – poświęcone zarówno uprawianiu, jak i rozumieniu sztuki. Przypadek czwarty: współwłaściciel innej firmy, przeznaczający część swoich dochodów na organizowanie prywatnych seminariów z rozmaitych dziedzin (tu uczestnictwo jest darmowe). Opisuję ich, jak widać, dość enigmatycznie; nie jestem pewien, czy byliby zachwyceni, gdybym ich wymieniał po nazwisku. Dobro bywa skromne, a poza tym w dzisiejszych, dziwacznych warunkach, granice między tym, co legalne, tym, co legalne, ale źle widziane, i tym, co nielegalne, mogą się dynamicznie zmieniać. Tymczasem biznes nie ma interesu w konfliktowaniu się z władzą administracyjną. Niemniej o wszystkich tych ludziach myślę z podziwem i wdzięcznością.

Nie mam przy tym na myśli postulatu, by cały ciężar finansowania opisanej działalności przerzucać na bogaczy. Chodzi mi jedynie o to, że także oni mogą włączyć się w organizowanie życia kulturalnego oraz edukacji w warunkach, w których rząd wyraźnie ideologizuje nam kulturę i oświatę. Dwudziestu ludzi, którzy są gotowi zrzucić się, powiedzmy, po 50 złotych, może już coś zorganizować, ale jeśli znajdzie się między nimi dwudziesty pierwszy, skłonny dołożyć złotych 500 albo 1000, ich możliwości znacząco wzrosną. Jeśli PT Czytelnicy oddają się w tym momencie mnożeniu, wyjaśniam, że podane sumy są przykładowe, a uruchamiając jakiekolwiek przedsięwzięcie, trzeba pomyśleć o wynajęciu sali, a też być może o jakimś cateringu, transporcie, noclegu i tak dalej, nie tylko o honorarium dla gości.

Ktoś mógłby, z pozoru słusznie, zarzucić mi, że rządzę się (teoretycznie) nie swoimi pieniędzmi, będąc w dodatku potencjalnym beneficjantem takiej wielkoduszności. Ale znów: to, co piszę, jest efektem nie tyle wspomnień po lekturze Abramowskiego, ile całkiem niedawnych doświadczeń. Od jednej z osób, o których napisałem wyżej, usłyszałem wprost: „Mamy już wszystko, dom, samochód, dzieci są zabezpieczone, no to na co mamy wydawać?” (ta sama osoba prowadzi także działalność filantropijną). Ktoś inny zajechał na spotkanie pięknym porsche – doprawdy, powyżej pewnego poziomu finansowego wspieranie edukacji i kultury nie wymaga życia w ascezie. Chodzi tylko o porządek wartości, o znalezienie celu, gdy inne potrzeby uznaje się za zabezpieczone. O, zgoda, pewną rewolucję mentalną, dla której obecne władze mimowolnie stworzyły warunki. Przy okazji nieprzyjemny wizerunek rodzimego nuworysza bez aspiracji może w efekcie ulec ostatecznemu zapomnieniu. Istnieje okazja, byśmy odnaleźli się nawzajem w tym, co powinno być naszą wspólną troską: by nasza kultura rozwijała się dalej swobodnie, pomimo tego, co wyprawiają władze, i by jednoczyła ludzi z rozmaitych sfer geograficznych i finansowych.

Czytam to, co napisałem – i widzę, że można ten mój tekst odczytać jako przejaw naiwnego optymizmu. Ale sytuacja ogólna wydaje mi się tak zła, że alternatywą dla optymizmu jest czarnowidztwo, którego powoli zaczynam mieć dosyć…

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

20 komentarzy do "Pora się otrząsnąć"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
bart

Jest mnóstwo rzeczy, które można robić, żeby osłabić pis. Antyrządowe grafitti, antypisowskie vlepki, dokopywanie pisowcom na ich własnym terenie – czyli na żałosnych portalach typu wpotylicę czy wśierści. Nie wolno odpuszczać. Chodzić na demki, wyśmiać Ziemca, gdy pojawia się na Powązkach

Stanisław

„Jest mnóstwo rzeczy, które można robić, żeby osłabić pis.”- można by napluć krwawemu Kaczorowi na buty. Wyżej trudno sięgnąć. Nie ta liga.
„Nie wolno odpuszczać.” – jasne, „trza być twardym, a nie mientkim”. A może tak publiczne samospalenie? To by Kaczora- dyktatora ruszyło.

Jacek Doliński

Sam się spal publicznie, będzie o jednego głupka mniej.

Zgredzinka

Myślę, że najbardziej skuteczną kontrakcją do tej rządowej „akcji informacyjnej”, byłoby zaklejenie w poprzek tych bilbordowych „nekrologòw”, odpowiedniej treści taśmą samoprzylepną, tak jak to się robi na plakatach teatralnych w przypadku odwołania spektaklu.

Stanisław

„gdyż działalność kulturalna i edukacyjna jest naszym ŹRÓDŁEM UTRZYMANIA).”- a może tak by coś uczciwie zarobić- co, nie da się?
„dublując jego chore instytucje przez instytucje alternatywne.” – dobre. Powołać swój Sejm, swoją policję, swoją armię, swoje urzędy, swoją walutę. A później przyjdą sanitariusze z kaftanami i sen się skończy.

Marianna

Nie Panie Stanisławie. Nie bardzo Pan zrozumiał treść artykułu. Chodzi o to, aby na przykład stworzyć zajęcia pozaszkolne dla dzieci i uczyć ich tych treści, które partia PiS wyrzuciła z programu nauczania. Tworzyć kabarety, spektakle, które nie są w żaden sposób finansowane przez Państwo, a przez to niezależne mentalnie i twórczo.

Jacek Doliński

Stanisław to pisowski troll który wypisuje tu różne idiotyzmy.

jurek
Budowanie „państwa podziemnego”, różnie rozumianego, ale pozareżimowego, coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej. Czy trzeba innego dowodu na to, że nasz kraj JEST OKUPOWANY? Najechała nas banda, która ustanawia swoje prawa (i to jeszcze po uważaniu tego, co bez żadnego trybu!), łamie Ustawę Główną, nie szanuje obywateli i ich praw, kompromitje nas w przestrzeni międzynarodowej. Zawłaszczyła nasze symbole i ciągle ma pretensje, wspomagana z ambon, o więcej. Nad tym, czy w oddali jej (mu) przyświeca jakiś cel, czy ruch mściwego walca jest wszyskim, łamią sobie głowy „kremlinolodzy”. Okupant celu nie ujawnia. Ma taką taktykę, zastraszyć, zobojętnić, pozbawić sensu życia wolnych… Czytaj więcej »
Stanisław

Proszę dać znać kiedy zacznie się ta „budowa państwa alternatywnego”- myślę, że TVN przeprowadzi transmisję, a trzeba by zrobić zapas piwa i chipsów.

Maciek123454321

Nie karmić trolla.

smętek

trollu! Wypad z tej strony. Twoje „niezwykle lotne” wpisy wywołują odruch wymiotny.

Stanisław

To skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie….itd.

Ika

Lepsza transmisja TVN nawet z przejścia ślimaka przez drogę niż animacja w TVPpis jak poseł korzysta z toalety…Panie Stanisławie, proszę przejrzeć na oczy. Czy naprawdę pana idolem jest ten mały, zakompleksiony frustrat z drabinki na Krakowskim Przedmieściu? Jeśli tak, to współczuję. Naprawdę.

Georg

Ilez tu jadu ze strony po inteligentnych inaczej 🙂

torquemada

Jakie te pisuary dowcipne! Ho,ho

Stanisław
Idole to są raczej dla piszczących panienek na koncercie jakiegoś wyjca. Raczej go podziwiam i popieram (jednak nie jest to poparcie bezrefleksyjne). Dłuższy temat, ale możemy wymienić poglądy. Kompleksy Jarosława? Pani chyba przesadza, sądzę (bo on mi się nie zwierza, nie wiem jak Pani) ,że nie są większe niż Pani czy moje. Facet jest w polityce blisko 30 lat, był motorem wyboru trzech prezydentów (sam omal nie zostając czwartym), sześciu premierów (sam będąc jednym z nich). Zna Pani kogoś skuteczniejszego w historii Polski porozbiorowej? Jak Pani wie o jego kompleksach czy frustracjach to proszę napisać. Tylko proszę nie lecieć Gazetą… Czytaj więcej »
invictus

He, he – cóż za wykwintny dowcip, jakież wysublimowane poczucie humoru…

Georg

Niewygodny komentarz prawda ?

torquemada

I jakiż intelkektualny…

Szczecinianka

Modlę się o granicę niemiecko-rosyjską na Wiśle.

wpDiscuz