Prawda powtórzona tysiąc razy staje się… prawdą

Prawda powtórzona tysiąc razy staje się… prawdą

Jaka poprawność polityczna zabrania nazwać publicznie kłamcą tego, komu dowiedzie się kłamstwa, a oszustem tego, kto oszukuje?

Doświadczenie uczy, że bardzo trudno jest wygrać wybory nie oferując atrakcyjnego projektu przyszłych rządów, bez wizji kraju, w którym wyborcy bez trudu dostrzegą miejsce i korzyść dla siebie. Jednak nawet tak fascynująca wizja, która mogłaby porwać naród na równe nogi, a przeciwnika na strzępy, nie zapewni wyborczego zwycięstwa, jeśli wizjonerskiemu ugrupowaniu zabraknie wiarygodności. Wie o tym prezes i dlatego aparatczycy PiS stają na głowach by przekonać Polaków o własnej wiarygodności i równocześnie odebrać ją konkurentom.

Prorządowe szczujnie potrafią zmajstrować horrendalną aferę z byle potknięcia opozycji i ukręcić łeb grubym przekrętom we własnej formacji. Okazało się, że sprawa wspierającej PiS firmy GetBack, gdzie tysiące ludzi ulokowało swoje oszczędności i straciło 2,5 miliarda, to mały pikuś w porównaniu z wielką aferą obyczajową prezydent Gdańska, którą złapano na zakupie dwóch butelek wódki.  Do dzisiaj wypomina się ludziom z PO, że jedli ośmiorniczki (do kupienia w każdej Biedronce w cenie podrzędnej wołowiny) i że jeden z nich to nawet miał drogi zegarek i go nie zgłosił, za co słusznie wyleciał z ministerialnej posady. Natomiast minister z PiS, który w zeznaniach o dochodach nie mógł się doliczyć własnych hektarów o wartości setek tysięcy zł, bez trudu otrzymał mandat europosła, podobnie jak minister, która rozłożyła na łopatki polski system oświaty, i jak premier, która sama sobie przyznawała sowite premie, bo jej się należały.

Z braku spektakularnych potknięć opozycji aparatczycy PiS sięgają do bogatego zasobu kłamstw.  Bo dzisiaj nie są już potrzebne preteksty, by opluć przeciwników politycznych i odebrać im wiarygodność. Wystarczy skonstruować odpowiednio intrygujące kłamstwo i powtarzać je tak intensywnie i tak długo, aż stanie się prawdą i z obiegu sterowanego przez inżynierów dusz wspieranych przez partyjne trolle wejdzie do spontanicznego obiegu publicznego. Ludzie to kupują, bo prawda jest na ogół nudna, a atrakcyjnie podane kłamstwo, nawet tak nieprawdopodobne, jak podejmowane przez TVPiS próby obarczenia odpowiedzialnością polityków PO i Jurka Owsiaka za zamordowanie prezydenta Adamowicza, nobilituje w środowisku i pozwala poczuć się „dobrze poinformowanym”.  I nie ma znaczenia, że kłamstwo się wyda. Znacznie więcej ludzi zapamięta, że „znany belgijski dziennikarz” po francusku nazwał Donalda Tuska niemieckim zdrajcą, a o wiele mniej widzów dowie się potem, że to fałszywka, bo ów dziennikarz jest w rzeczywistości pracownikiem telewizji Jacka Kurskiego.

Szkalowanie konkurencyjnych formacji politycznych jest łatwe, bo politykom nie wierzy się z definicji. Jest też skuteczne, ponieważ oceny zerojedynkowe ułatwiają percepcję i szybciej pozwalają ułożyć sobie obraz rzeczywistości – fałszywy, ale kompletny i zrozumiały . Natomiast opluskwianie ludzi z pierwszych stron gazet podnosi samoocenę odbiorców, budząc uczucie satysfakcji, że VIP i celebryta okazuje się zwykłym człowiekiem, takim jak ja, albo nawet gorszym. Te oczywiste prawidła psychologiczne bez żenady wykorzystują aparatczycy PiS, nie cofając się przed budzeniem i podsycaniem w ludziach mrocznych instynktów agresji, nienawiści wobec obcych, zawiści wobec lepszych od siebie i żądzy odwetu wobec tych którzy ośmielają się dowodzić nieprzyzwoitości i bezprawia.

PiS zyskuje wiarygodność powtarzając przy każdej okazji, że jest formacją prawą i sprawiedliwą, w odróżnieniu od opozycji, która kłamie, kradnie i oszukuje. Każdego dnia przybywa kłamstw, które mają dowodzić tej tezy, a każde z nich powielane jest w tysiącach egzemplarzy. Nie jest odkryciem, że kłamstwo powtórzone setki razy staje się prawdą. Odkryciem jest natomiast – przynajmniej dla opozycji – że reguła ta działa w obydwie strony. Również każda prawda kwestionowana przez rządzących może się przebić do świadomości odbiorców, jeśli powtarzana będzie po wielokroć i jeśli argumenty poddające ją w wątpliwość będą uporczywie obnażane. Niestety, aktywność partii koalicyjnych, zderzających się z kolejnymi przejawami robaczywej wyobraźni aparatczyków PiS, sprowadza się często do wzruszenia ramionami, krótkiej opinii o absurdzie oskarżenia lub do konferencji prasowej informującej, zarzut mija się z prawdą, a oskarżenie jest oburzające.

Co się stało z jedyną bodaj skuteczną akcją odkłamywania polskiej rzeczywistości na objazdowych banerach? Dlaczego podczas kampanii do Europarlamentu sądy, które mogłyby w trybie wyborczym weryfikować kalumnie PiS, były niemal bezrobotne? Czemu myślący przecież ludzie opozycji tak często tracą głowę w telewizyjnych programach gadających głów, dają się przytłoczyć fali kłamstw i niezdarnie tłumaczą, że to nie tak, bo prawda jest inna? Dlaczego dotąd żaden z nich nie zwrócił się wprost do widzów, by wyjaśnić, że to co słyszą od rozmówcy z PiS jest tekstem wymyślonym przez speców od propagandy i agitacji, który tego dnia można usłyszeć od każdego funkcjonariusza PiS, że zostali oni przeszkoleni, by krytyczne uwagi kontrować atakiem na poprzedni rząd, by przerywać kłopotliwe pytania, podnosić głos i zakrzykiwać niewygodne zarzuty? Czemu tak rzadko żąda się na wizji dowodów kłamliwej informacji i pozwala się utopić ją w powodzi kolejnych łgarstw? I wreszcie, jaka poprawność polityczna zabrania nazwać publicznie kłamcą tego, komu dowiedzie się kłamstwa, a oszustem tego, kto oszukuje?

Grożąc sądem naukowcom z Krakowa, którzy ośmielili się skrytykować projekt nowelizacji Kodeksu Karnego, Zbigniew Ziobro argumentował, że proces będzie formą obrony ministerstwa, rządu i wszystkich Polaków przed kłamstwem. Wobec powszechnego oburzenia Kaczyński nakazał wycofanie pozwu, ale zarzutu, że prawnicze autorytety naukowe z Krakowa kłamią, nikt nie cofnął. I chyba nie będzie procesu Ziobry o zniesławienie, skoro nie ma już sprawy.  Podobnie wątpliwe jest, by Jarosław Kaczyński odpowiedział przed sądem za idiotyczne oskarżenie byłego premiera Krzysztofa Bieleckiego (który uczestniczył w rozwiązaniu Układu Warszawskiego), że chciał zlikwidować polską armię. Będzie zapewne ubolewanie, że ktoś coś wyrwał z kontekstu i nie ma sprawy. Tyle, że sprawa jest. I to o wiele poważniejsza niż autorytet krakowskich koryfeuszy prawa i dobre imię byłego premiera.

Andrzej Karmiński
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Ryszard Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ryszard
Ryszard

Matołusz Pinokiusz znów w akcji. Dziś z wielkim przytupem prezentując nowe 500+, nakłamał, że dzięki „pincetce” rodzi się więcej dzieci. Tymczasem zestawienia liczby urodzeń mówią coś innego – tylko w 2017 r. liczba żywych urodzeń przekroczyła liczbę 400 tys., a i tak wynik ten był o 11 tys. gorszy niż w 2012 roku, gdy na świat przyszło ponad 413 tys. dzieci. W pozostałych latach „pincetki” było poniżej 400 tys.