Przepis na dobrą żonę

Przepis na dobrą żonę

Według posła PiS Łukasza Zbonikowskiego, żona powinna być „dość ładną”, niewysoką, miłą, nieszczególnie bystrą katoliczką.

Dopiero co premier Morawiecki zachęcał Polki i Polaków do legalizacji związków, bo to – jego zdaniem – najlepsza metoda na hollywoodzkie „happy ever after”. „Tak” przed ołtarzem, a ostatecznie nawet przed urzędnikiem USA, ma – według pana premiera – stanowić gwarancję rodzinnego szczęścia i harmonii, a też naszą, polską, suwerenną odpowiedź na Konwencję o Przeciwdziałaniu Przemocy, którą – ten wymysł liberalnego zachodniego lewactwa – będzie można w ten sposób wypowiedzieć, odsuwając od naszych wiosek i miast złowrogie widmo gendera. Patologii brukselskiego chowu, która nawet u porządnych katolików może wywołać homoseksualizm, impotencję, problemy z prokreacją, a też prowokować laicyzację społeczeństwa, konkurencyjność na rynku pracy (feminizm), spadek dzietności oraz coniedzielnych datków na tacę.

Teraz jednak wyszło na jaw, że nawet ślub konkordatowy, sam w sobie, może nie wystarczyć do tego, żeby państwo młodzi mogli potem doczekać razem wcześniejszej emerytury. Bo do tego potrzeba jeszcze – jak się okazało – starannego wyboru kandydatki na żonę. Na szczęście wiedzą, jak wybierać, żeby zapewnić sobie spokój w rodzinie aż do Diamentowych Godów. Od niedawna wiedza ta nie jest już zarezerwowana dla elektoratu partii aktualnie rządzącej, bowiem za sprawą jednego z jej popularnych posłów stała się oto udziałem powszechnym. I teraz już każdy Polak, nawet ten, co nieświadom konsekwencji marzył skrycie o poślubieniu drugiej Moniki Olejnik, wie, że jego związek byłby z definicji skazany na porażkę.

Tę wiedzę Rodacy płci męskiej zawdzięczają byłej już małżonce posła PiS Łukasza Zbonikowskiego, która wśród rzeczy męża odnalazła, a teraz upubliczniła w trosce o jakość związków innych Polaków, kartkę jego autorstwa z „przepisem na dobrą żonę”.

Nie wdając się w niepotrzebne dywagacje, „dobra żona” według pana posła (a też, jak się domyślamy, jego elektoratu, bo wszak poseł jest reprezentantem swoich wyborców), po pierwsze ma być „dość ładna”, żeby nie trzeba było w celach reprodukcyjnych przykrywać jej „Gazetą Polską”.

Po drugie – małżonka powinna być skromnego wzrostu, i słusznie, bo tak się jakoś złożyło, że panowie w partii aktualnie rządzącej, no, może za wyjątkiem nie do końca zdefiniowanych ideologicznie premierów Gowina i Morawieckiego, wysoko, to owszem, mierzą w sensie stanowisk i apanaży, a wielcy są przede wszystkim ambicją i wiarą w swojego partyjnego przywódcę.

Jest jeszcze jeden powód, żeby szukać na żony niewiast do metra sześćdziesięciu. Inaczej nie da się im postawić na głowie butelki z piwem, co – sądząc z wysokiego miejsca na liście priorytetów posła – jest jedną z najbardziej pożądanych cech kandydatki na good wife wśród pisowskiego elektoratu. W związku z tą funkcją żony jako podstawki po piwo, chociaż jednak nie wyłącznie dlatego, w roli „drugiej połowy” najlepiej sprawdzają się – zdaniem autora Listy – kobiety o „płaskich” głowach”. I tu racja. Bo przecież termin „jajogłowy” nie wziął się znikąd. Badania z dziedziny anatomii już dawno dowiodły, że inteligencja zależy (przynajmniej po części) od objętości tak zwanej „kory nowej”. Im bardziej rozwinięty mózg, tym czaszka mocniej się więc wysklepia, czyniąc niewiastę zupełnie nieprzydatną do wypełniania podstawowych obowiązków małżeńskich.

Tym bardziej – i to kolejny punkt na Liście posła – że kandydatka na żonę powinna być owszem, miła, ale nieszczególnie bystra, bowiem warunkiem udanego związku jest łatwowierność i naiwność małżonki, a też jej bezwzględne posłuszeństwo „panu i władcy”, które to cechy – każdy to przyzna – nie idą raczej w parze z rozwiniętą inteligencją. W naszych skażonych feministyczną ideologią i genderem czasach o kobietę takiego charakteru raczej trudno, tym bardziej, że żona idealna powinna być też „majętna”, a przynajmniej „niebiedna”.

Ostatnim już chyba bastionem konserwującym tego typu model kobiecości i dbającym o jego kontynuację w damskiej linii, są środowiska hołdujące skrajnemu, fundamentalistycznemu katolicyzmowi. I tam właśnie radzi szukać kandydatki na żonę pan poseł. Nie bez powodu podkreśla, że jedynym odpowiednim materiałem na dobre żony są praktykujące katoliczki, które od urodzenia wychowywane są w duchu posłuszeństwa, łagodności i tak cenionej przez obecnie rządzącą formację – folwarcznej z ducha – „służebności”. W stosunku do mężczyzn, ma się rozumieć, ale też – ogólnie – do „społeczeństwa”. Pańszczyzna bowiem została wprawdzie zniesiona, ale przecież nie dla pań, bo one mają to jeśli nie „w genach”, to przynajmniej w źródłosłowie.

Tymczasem wychowane na genderze wredne feministyczne babiszony o żadnej tam służebności, a już zwłaszcza „służebności” względem zasłaniającego się religią faceta-hipokryty, nie chcą słyszeć. I nie pozwalają na rozstawianie po kątach tyko dlatego, że są – cóż – kobietami.

Niestety, porządni Polacy-katolicy, marzący o „tradycyjnej” rodzinie, nie biorą tego pod uwagę i potem mamy plagę rozwodów, a feministki pretekst, żeby lecieć do prokuratora. Tymczasem problem leży zupełnie gdzie indziej. Te wszystkie „przemocowe” związki, te rozstania, te zdrady i dramaty, to nie wina instytucji, jaką jest rodzina, a tylko niewłaściwego wyboru „materiału” na żonę!

Jak się wybierze właściwie, to małżonka toleruje w nieskończoność kolejne zdrady, zaniedbywanie, lekceważenie i traktowanie jej jak skrzyżowania pralki z odkurzaczem. Bez szemrania godzi się na wydzielanie pieniędzy, nałogi męża, a nawet na wyzwiska, poniżanie i bicie. Po prostu w pokorze „niesie swój krzyż” poświęcając się dla dobra rodziny i nie wydzwaniając na żadne lewackie Niebieskie Linie. I tak właśnie dobra żona czynić powinna! A wtedy żadne Konwencje Antyprzemocowe nie będą nam potrzebne!

Toteż pan premier wcale się nie mylił, kiedy twierdził, że do aktów przemocy dochodzi tylko w związkach nieformalnych. Owszem, statystyki wskazują, że w rodzinach „sakramentalnych” zdarza się aż 51 procent tego typu przypadków, a w konkubinatach „zaledwie” niecałe 15, ale ciągle mówimy tutaj o stadłach założonych jeszcze przed upowszechnieniem się Listy Posła Zbonikowskiego. Były to więc badania robione na małżeństwach źle dobranych! W tych dobrych, katolickich żona od początku zna bowiem swoje miejsce w rodzinnej hierarchii i rozumie swoje naturalne powołanie, co gwarantuje harmonię w związku i zimne piwo zawsze pod ręką.

A jak podczas kolejnej pielgrzymki do Torunia mąż pozna jeszcze bardziej ładny, miły i posłuszny model katoliczki, to zawsze można wystąpić do Kurii o unieważnienie poprzedniego związku, ze względu na chociażby – przyzwoitość publiczną. Bo czy to przyzwoite, żeby żona wywlekała na widok publiczny Listę męża? No a poza tym, to przecież „zła kobieta była”…

Bożena Chlabicz-Polak

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Przepis na dobrą żonę"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Polka gorszego sortu

No to niech szukają, powodzenia. Przy tak wygórowanych kryteriach na pewno nie wszyscy znajdą i podgatunek Homo pisuaris szybko wymrze z braku kontynuacji. I krzyżyk na drogę.

bart

Homo pisuaris :-).
To chociaż kręgowce są?

Polka gorszego sortu

Raczej nie, bo kręgosłupa u nich ze świecą szukać.

bart

Założę, że ten geniusz nie za często się myje, dezodorant uważa za lewacką fanaberię, a bieliznę i skarpetki zmienia raz na miesiąc.

Maciek123454321

Jakbym słyszał Hitlera. Kinder, Kirche, Küche – czyli KKK. Po polsku – dzieci, kościół, kuchnia.