Rozmowa w pociągu

Rozmowa w pociągu

Obóz władzy przyjął odmienną hierarchię wartości, w której biegłość zawodowa nie ma żadnego znaczenia – wystarczy, że człowiek na stanowisku jest „szczerym patriotą”.

Ostatnio mam okazję jeździć trochę po Polsce. Zazwyczaj samochodem. Ale wybierając się do Poznania na pierwsze z cyklu spotkań o 500-leciu Reformacji, uznałem, że skoro przyszła jesień, pociąg będzie bezpieczniejszy. Kupiłem zatem bilet na ekspres (do Berlina), który w Poznaniu miał być o 16:11, prawie dwie godziny przed godziną rozpoczęcia imprezy. „Pójdę sobie spacerem do hotelu” – planowałem. – „Tam się przebiorę, coś zjem i spokojnie przejdę na drugą stronę ulicy, gdzie znajduje się Centrum Kultury Zamek, żeby znaleźć się na miejscu z dwudziestominutowym zapasem; spotkam się z organizatorami, z głównym bohaterem spotkania, z którym jeszcze dogramy najważniejsze szczegóły… Będzie idealnie”.

Tymczasem przed Łowiczem mój pociąg zahamował dość gwałtownie, zajechał majestatycznie na stację w Bednarach i znieruchomiał. Mijały minuty w niepokojącej ciszy, aż w głośnikach zachrypiał komunikat, że lokomotywa uległa awarii i czekamy na przyjazd innej; przewidywane opóźnienie – 80 minut. Policzyłem w pamięci: wyglądało na to, że do hotelu już nie zdążę, niemniej pół godziny na dojście z dworca do CK Zamek to – jak sądziłem – aż nadto. Złudzeń pozbawiła mnie sympatyczna zresztą pani kierownik pociągu, wyjaśniając, że kiedy już ruszymy, będziemy przepuszczać wszystkie składy, jadące o czasie, opóźnienie zatem raczej się zwiększy. Poza tym – zapasowy elektrowóz jeszcze nie wyruszył w naszą stronę. – „Ale udało mi się załatwić” – dodała pogodnie – „że w Bednarach zatrzyma się wyjątkowo następny pociąg jadący w tamtą stronę, a mianowicie przez Poznań do Szczecina, więc może lepiej się przesiąść”. – „A o której będzie w Poznaniu ten następny?” – „O 17:57” – brzmiała odpowiedź.

Zadzwoniłem do organizatorów, z ich pomocą znalazłem w pociągu z zepsutą lokomotywą profesora, z którym o Reformacji miałem rozmawiać, przesiedliśmy się do pociągu szczecińskiego, z filozoficznym spokojem usłyszeliśmy, że i on ma opóźnienie (około 20 minut, potem około 30), ale że poznańska publiczność była cierpliwa, spotkanie nasze o dziwo się odbyło – zaczęliśmy je o 18:40. To jedynie wzbudziło moją irytację, że (jak się dowiedziałem z kilku źródeł) na trasie Warszawa – Poznań podobne historie (awarie lokomotywy, uszkodzenie trakcji i inne wypadki losowe) zdarzają się ostatnio dziwnie często. W CK Zamek już właściwie przywykli, że goście z Warszawy na imprezy o 18:00 wpadają zziajani, prosto z dworca, na ogół około wpół do siódmej. Pewnie dlatego na nas poczekali.

W którymś z czeskich filmów, których akcja rozgrywa się przed wojną, dziadek bohatera ustawiał zegarek, słysząc przejeżdżający w pobliżu pociąg. Punktualność kolei była wówczas legendarna. Fakt, że na trasie, łączącej dwa ważne polskie miasta, w XXI wieku nie daje się jej utrzymać, ma prawo dziwić. Podzielone na kilka niezależnych przedsiębiorstw Polskie Koleje Państwowe miały kilka lat temu okres lepszej pracy, ten jednak się najwyraźniej skończył. Nie mam pretensji do konkretnych kolejarzy, którzy zapewne robią, co mogą. To na poziomie zarządzania coś przestało działać, jak należy.

Tego rodzaju przygoda sprzyja nawiązywaniu między podróżnymi kontaktów. W przedziale pociągu szczecińskiego zacząłem więc rozmawiać i usłyszałem historię, która, obawiam się, jest a propos. W obawie, żeby nie popełnić niedyskrecji, pewne szczegóły opowieści pomijam lub przekręcam. Oczywiście, nie mogę być zupełnie pewny, że nie jest ona produktem fantazji. Ale jeśli nawet, to wydaje się charakterystyczne, że w dzisiejszych czasach takie anegdoty zaczynają krążyć. Żyję dość długo, by pamiętać czasy, w których słyszało się je bardzo często.

Otóż mój rozmówca, nazwijmy go panem A., jest specjalistą w pewnej dziedzinie. Jako specjalista z troską przygląda się działaniom państwowego przedsiębiorstwa, które dla owej dziedziny jest niebywale ważne. Na jego czele stanął – rok temu, w ramach przeprowadzanej przez PiS wymiany kadr – nowy szef. Od tej pory instytucja zaczęła niedomagać. Jej kolejne przedsięwzięcia są źle zorganizowane, chaotyczne, rzadsze zresztą, niż dawniej. Wypowiedzi publiczne jej przedstawicieli bywają kompromitujące. Wygląda na to, że dział PR albo został sparaliżowany, albo trafił w ręce ludzi, którzy nie umieją szybko reagować na problemy wizerunkowe. Krótko mówiąc: firma, która działała dotąd w miarę przyzwoicie, pogrążyła się w bałaganie i kryzysie – także finansowym.

Pan A., jako się rzekło, obserwował to wszystko z niesmakiem, aż udał się na rozmowę do pana B., również specjalisty, który w dodatku ma dostęp do najważniejszych obecnie uszu w Polsce, a mianowicie do uszu Prezesa. – „Słuchaj” – zagaił – „kto wymyślił, żeby nowym szefem tej instytucji został X.?”. – „Ja” – padła odpowiedź. Pan A. zastanawiał się przez chwilę, czy po takim dictum wycofać się albo spróbować wyrazić swój osąd dyplomatycznie, ale postanowił grać w otwarte karty. Nabrał zatem powietrza w płuca i stwierdził: – „Ale on sobie nie radzi”. To dla następnej riposty postanowił mi tę historię opowiedzieć. Brzmiała ona: – „To prawda. Ale nie mam żadnej wątpliwości, że jest szczerym patriotą”.

Pisałem już tutaj, że obserwując PiS-owską próbę „wymiany elit” nieomal współczuję odpowiedzialnym za tę akcję decydentom, że mają aż tak krótką ławkę rezerwowych. Bardzo chcieliby mieć przekonujących zmienników dla Agnieszki Holland, Olgi Tokarczuk czy Artura Andrusa, a mają Grzegorza Brauna, Bronisława Wildsteina i Ryszarda Makowskiego. Zatrudniwszy fachowców ze szkoły o. Rydzyka do robienia „obiektywnych i pluralistycznych „Wiadomości” ośmieszają dziennikarstwo polskie nie tylko natrętną propagandą (ostatni wyczyn to niewątpliwie felietonik Ewy Bugały z fragmentem „Krzyżaków”!), ale i żałosnym poziomem warsztatowym. Przy takim rozpoznaniu sytuacji zwolennik rządzącej obecnie partii może mieć jednak nadzieję: historia zna przecież przypadki, że ktoś, zaczynając nieporadnie, z biegiem czasu nabrał biegłości zawodowej, zaś Duch Święty (czy inne Siły Wyższe, decydujące o natchnieniu) potrafi niekiedy zesłać okruch genialności komuś, kto ani artystycznie, ani moralnie nie wydawał się zdolny do stworzenia wielkiego dzieła.

Jeśli jednak działa mechanizm taki, jak w anegdocie, zasłyszanej w przedziale kolejowym, to problem jest znacznie głębszy. Polega on wówczas nie na tym, że kandydaci na zmienników dla „łże-elity” wprawdzie na razie niewiele umieją, – ale widzą to zarówno oni, jak ich promotorzy, i wszyscy razem czekają, aż w toku ich pracy pojawi się stopniowo profesjonalizm – lecz na tym, że obóz władzy przyjął odmienną hierarchię wartości, w której biegłość zawodowa nie ma żadnego znaczenia. Jeśli tak, to ten obserwowany w Polsce już drugi rok festiwal nieudaczników (od którego wyjątki zdarzają się przecież, ale rzadko) nie stanowi dla nikogo żadnej szkoły, etapu nabywania sprawności, lecz jest założonym z góry stanem docelowym. Tak ma być: wątpliwej jakości malarz może rządzić polskim kinem; świetna (czemu nie?) urzędniczka pocztowa znać się na, powiedzmy, służbie zdrowia; o tym, jak pokazać na wystawie przebieg II wojny światowej decyduje specjalista od historii pewnego klubu piłkarskiego i tak dalej. Chodzi bowiem o to jedynie, by człowiek na stanowisku był „szczerym patriotą”.

Czy w kraju, w którym „zarządzanie zasobami ludzkimi” prowadzi się wedle tej zasady, wolno się dziwić, że w międzynarodowym pociągu ekspresowym Warszawa – Berlin trzeci raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy jeszcze przed Łowiczem psuje się lokomotywa? Gdy „właściwa postawa ideowo-moralna”, nie zaś fachowość, decyduje o obsadzie stanowisk kierowniczych, każdego ranka, gdy włączam światło w łazience i widzę zapalającą się żarówkę, powinienem wznosić oczy ku niebu, dziękując za cud.

Do tej gorzkiej konstatacji należy dołożyć dwa obszerne przypisy. Pierwszy – nie ma co się oszukiwać, że my, nieprzejednani przeciwnicy obecnie rządzącej partii, miewamy pokusę, by obserwować bieżące wydarzenia zgodnie z zasadą „im gorzej, tym lepiej”. Kolejne wpadki osób, wyniesionych na ważne stanowiska przez PiS-owską rewolucję, budzą paskudne uczucie euforii: więc nie mylę się, że PiS stawia wszystko na głowie, białe nazywa czarnym, klakierów rządu określa jako „niezależnych dziennikarzy”, niewolę zwie wolnością, zaś skłócanie się z sąsiadami – przemyślaną polityką zagraniczną. Niekiedy ma to sens: przecież skoro informacyjne programy TVP zamieniły się w seanse propagandy, Bogu wypada dziękować, że są robione tak siermiężnie – potwarze i kłamstwa formułowane inteligentnie groźniejsze są, niż potwarze i kłamstwa, wyrażane w sposób prostacki. Częściej jednak zasada „im gorzej, tym lepiej” podpowiada satysfakcję z doniesień, które tak naprawdę powinny martwić. Niezależnie od tego, kto rządzi, chciałoby się, żeby pociągi docierały do celu bez wielogodzinnych opóźnień, żeby armia, broniąca naszych granic, była sprawna, a budżet państwa – planowany dorzecznie. Jeśli czytam, że z rządu ma odejść minister Streżyńska, to wprawdzie ułatwi mi to pozostawanie w opozycji (minister Streżyńska, mimo opóźnień w realizacji projektu ePaństwo, wydaje mi się osobą znacznie zawyżającą średnią fachowość obecnej Rady Ministrów), ale zarazem oddali perspektywę koniecznego wszak unowocześnienia Polski.

Przypis drugi – wszystko po PiS-ie da się kiedyś poprawić, ale absolutnie przerażające jest to, co rządząca obecnie partia wyprawia z terminem „patriotyzm”. Nie chodzi już nawet o chroniczne mylenie go z agresywnym nacjonalizmem. Prawdziwy kłopot będziemy mieli z odpracowaniem owej frazy, że nieudany urzędnik to „szczery patriota”. Szczery patriotyzm jest przecież zaletą! Ale to w świecie poprawnego użycia słów; gdyż w dzisiejszej praktyce językowej oznacza tylko, powiedzmy sobie jasno, samochwałę albo/i oportunistę.

To właśnie z odwróceniem znaczeń będziemy mieli największy problem. Jak u Tuwima:
„Lecz nade wszystko – słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo wreszcie prawo znaczy,
A sprawiedliwość – sprawiedliwość”.

Ano właśnie…

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Rozmowa w pociągu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
PiJar

Ano, właśnie. Wystarczy teraz tylko we frazie „szczery patriota” zamienić słowo „patriota” na „bolszewik” i już wiemy czyimi uczniami (i epigonami) są ludzie obecnego reżimu. Nie do wiary, ale to po prostu czkawka po wydarzeniach, które miały miejsce w Polsce 70 lat temu! Tyle, że ówczesna „dobra zmiana” była przyniesiona na sowieckich bagnetach, a dzisiaj jej nośnikiem jest jak najbardziej rodzima głupota.

Beata

Dawno, dawno temu pan Jacek Fedorowicz (Kolega Kierownik) napisał w jednym z felietonów, że słowo „PATRIO-tyzm” powinno być zastąpione słowem „PARTIO-tyzm”. Chodziło o reżimową propagandę w stanie wojennym. Wizjer, wieszcz, prorok?

Beata

WIZJONER

Janek

Ano, do koryta lgną wszyscy, tak było, jest i będzie.

Zgredzinka

Ten przytoczony powyżej krótki fragment wiersza Tuwima świadczy o tym, że mamy jakąś narodową dysfunkcję,
Co jakiś czas, jak bumerng, powraca do nas ten sam problem.
Niby świat mknie do przodu, cywilizacja postępuje, a my ciągle periodycznie robimy parę kroków w tył.

Waldemar
Jestem ciekaw, czy poza powrotem starego terminu „Nomenklatura” – bo o niej pisze autor – powróci „bezpartyjny fachowiec”, twór pezetpeerowskiego działu kadr, które kompetentnymi profesjonalistami łatały dziury wytworzone przez partyjnych półanalfabetów. W którymś momencie być może pojawi się w głowie prezesa, między kolejną ciekawą lekturą, taka cenna refleksja, że nie można opierać dośc skomplikowanej gospodarki czy nauki na „szczerych patriotach”. A co do schadenfreude, o którym pisze red. Sosnowski, to, przyznaję, nie mam takich skrupułów. Przez całą długą kampanię wyborczą słyszałem nieustannie powtarzane hasło o „Polsce w ruinie”, dziś zaś słyszę nieustające akademie ku czci rządu i rządzącej partii i… Czytaj więcej »
Aspirant

Członkowie Komitetu Centralnego PiS oraz jego elektorat wywołują we mnie obrzydzenie do własnego kraju, a szczególnie rodaków, zaś fałszywą tezę o polskich obozach knctr w kontekście patronatu PiS nad Marszem Podłości neohitlerowców i zbratanych z nimi kiboli z Ku Kiz Klan, będzie wrogom Polski o wiele łatwiej bronić.

Janka

Przepraszam Autora, ale odniosę się do publikowanych komentarzy – czy to jakiś żart? Wszystkie komentarze są ocenione minusami, czy ktoś zapragnął wyrządzić przykrość Panu red. Sosnowskiemu, czy w Koduj24.pl pojawił jakiś pisowski kret? Dlatego nie ustosunkuję się do powyższego artykułu.

Halina

Właśnie, też to zauważyłam. Nie ma nieprzychylnych komentarzy, są tylko minusy. Ale artykuł dobry,

Kuba

Czy istnieje jakieś nagranie/zapis dyskusji na temat reformacji z Poznania?