Rzemieślnicy, profesjonaliści, nieudacznicy, czyli rzecz o moich pedagogach

Nauczyciele rozpoczną teraz strajk włoski?

Popieram strajk nauczycieli również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

To, że popieram strajk nauczycieli to chyba tak oczywiste, że nie muszę tego uzasadniać. Mało która grupa społeczna – w mojej opinii – jest tak marginalizowana przez każdą niemal władzę i tak zapracowana, jak nauczyciele. I na mało której spoczywa tyle odpowiedzialności za naszą wspólną przyszłość. Dzisiejsza władza gardzi nauczycielami szczególnie, bo są politycznie słabi (PiS liczy się tylko z siłą i sondażami) i nie ceni edukacji. Faktem jest, że ludzie wyedukowani, a zwłaszcza myślący, są dla władzy o autorytarnych zapędach, zawsze groźni; lepiej mieć obywateli posłusznych i zajętych czymś innym niż myślenie, na przykład: – modlitwą, piłką nożną, szukaniem światowych spisków i oglądaniem Big Brothera.

Ale nie o władzy chciałam pisać tylko o nauczycielach. Swoich. Zrobiła się teraz taka moda, że różni ludzie wspominają tych, którzy coś dla nich znaczyli, dzięki którym stali się tym, kim są. Dobry pomysł. Często przy fatalnych programach nauczania, strukturalnym chaosie, jaki dziś mamy (i kiedyś też mieliśmy), trafiają się gwiazdy, które są w stanie usunąć w cień mizerię polskiego szkolnictwa i pobudzić dziatwę do myślenia. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o tak zwanego nauczyciela „z powołaniem”, czy po prostu profesjonalistę. Politycy lub księża, którzy czują „powołanie” i uzasadniają nim wszelkie działania, potrafią wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza, że niemal każdy polityk i ksiądz myśli, że je ma. Według mnie, zainteresowanie uczniów i ich ruch intelektualny budzi taki nauczyciel, który wie, czym jest i do czego służy ten zawód; nie chodzi tu o zwykłą „transmisję danych” i kontrolę ich stanu posiadania u uczniów. Tylko o to „coś”. O kunszt.

Wszystkich moich nauczycieli mogę podzielić na trzy grupy: profesjonalistów, rzemieślników i nieudaczników. Ci drudzy dobrze sprawdzają się w każdym zawodzie, ci pierwsi mają kunszt, nieudacznicy są wszędzie. Moi profesjonalni nauczyciele stawiali mi wysokie wymagania i szydzili z braku należytych postępów. Mój licealny polonista, starszy „przedwojenny” pan, którego wszyscy kochali i nienawidzili zarazem, uwziął się na interpunkcję, analityczną znajomość lektur i zwięzłość wypowiedzi. Cenił też trudne słowa. Już na początku musiałam przyswoić sobie i używać: „abominacyjny”, „inteligibilny”, „palimpstest” itd. Nie lubiłam tego polonisty, notorycznie bałam się kompromitacji, zwłaszcza w trudnej sztuce stawiania przecinków i „odpowiadania z lektury” przed całą klasą (co za okropny zwyczaj! który jednak przygotowuje do publicznych wystąpień). Lektury czytałam po dwakroć, nauczyłam się je dobrze streszczać i analizować jak belfer kazał. Niewiele więcej, ale za to solidnie. Wdzięczna mu jestem za zmuszenie mnie do wysiłku, który choć nie rozwinął we mnie wyobraźni, dał solidne polonistyczne podstawy dla bardziej oryginalnych działań.

Matematyczka i chemiczka, które były prostymi rzemieślniczkami w swoim zawodzie, potrafiły zabić moje zamiłowanie do przedmiotów ścisłych nudą, rutyną, repetycją i kontrolą. W lekcjach ze stereometrii nie było nic, co później pozwoliłoby mi zrozumieć pewne fragmenty z VII księgi Platona. Chemia, za którą przepadałam została osnuta monotonią powtarzanych formuł i doświadczeń robionych bez żadnej fantazji. A wystarczyło przyjrzeć się drodze do odkryć Marii Skłodowskiej-Curie czy poczytać eseje Heisenberga, by rozpalić naukową wyobraźnię.

Nieudaczników też spotkałam kilku. To ci, którzy absolutnie i radykalnie minęli się ze swoją karierą zawodową. Nie lubili szkoły, bali się uczniów, denerwowała ich różnorodność klasy, nieposłuszeństwo i konieczność robienia czegoś, na co nikt – według nich – nie miał ochoty. W takiej smutnej atmosferze przebiegały moje lekcje geografii, (niestety) historii i łaciny. Mimo wysiłków po obu stronach, efekt był miażdżąco słaby. Trudno jednak wymagać, by rozkład osobowości, umiejętności i kompetencji w szkołach był inny niż w szpitalach, w Sejmie, w biznesie czy w Kościele.

Nie napotkałam jednak żadnego nauczyciela, który nie przejmowałby się tym, co robi i który lekceważyłby pracę. Każdy dawał uczniom, może nie to na co zasługiwali, ale na pewno według swoich najlepszych możliwości. Nigdy ich praca nie była należycie wynagradzana, nigdy ten zawód nie cieszył się prestiżem wśród rządzących. „Nauczyciele sobie poradzą”, „nie mają wyboru: selekcja negatywna” – znamy te hasła. Znała je władza i stosowała. Ministrem do spraw edukacji zostawała z reguły osoba jeśli nie nieudolna, to na pewno na tyle słaba, by nikt nie traktował poważnie jej roszczeń wysuwanych w imię zmiany nauczycielskiego status quo. Być może, to sami nauczyciele przyczynili się do tego, że kolejne pokolenia rządzących były obojętne na ich los. No, ale wreszcie powiedzieli – stop! Wspieram ich gorąco również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

Magdalena Środa
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
emilian Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
emilian
emilian

Najważniejszymi nauczycielami są rodzice a w obecnych czasach większość tych rodziców strajkuje. Dzieci chowają się same, rodzice ich nie uczą i nie wychowują bo uważają, że od tego jest szkoła.