Słowo na „N”

Słowo na "N"

Nie jest antypolski, kto wzdraga się przed koncepcją narodu aniołów, bo takiego narodu na świecie nie ma i Polacy nie są tu wyjątkiem.

W latach siedemdziesiątych, kiedy chodziłem do szkół, propaganda PRL niemiłosiernie wykorzystywała motyw miłości do ojczyzny. Wszystko, co dobre, było narodowe, biało-czerwone i polskie. Chwyt ten z pewnością miał legitymizować ekipę Gierka w oczach społeczeństwa. I przez jakiś czas działał. Byliśmy bowiem spragnieni własnej wielkości.

Potem tę wielkość naprawdę osiągnęliśmy, a stało się tak za sprawą pierwszej „Solidarności”. To znamienne, że ten wielki ruch sięgnął po inne niż władza, symbole narodowe. Po Rotę i Pieśń Legionów, po orzełka w koronie, a nawet po Miłosza, który podczas swojej ówczesnej wizyty w kraju bezskutecznie bronił się przed rolą kolejnego wieszcza. Znamienne również, że później, po stanie wojennym, znów zalano nas tanim, bo deklaratywnym patriotyzmem. Nigdy dość przypominać, że stan wojenny wprowadziła Wojskowa Rada Ocalenia NARODOWEGO, a normalizację pozorował PATRIOTYCZNY Ruch Odrodzenia NARODOWEGO. Czy można się dziwić, że w 1989 roku tak aktualny wydawał się stary wiersz Lechonia z frazą: „A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”?

Dopiero kilka lat temu – chyba najpierw u Agnieszki Graff – pojawiła się myśl, że milczenie na temat patriotyzmu (uwaga: nie jego brak!) oznacza zgodę na to, by zaczęły go definiować środowiska, z którymi wielu z nas nie po drodze. Patriotyzm bowiem, będąc w zasadzie uczuciem szlachetnym, jest też jednak niezłym narzędziem manipulacji, zwłaszcza w kraju o tak bolesnej historii jak Polska. Słyszę „naród” i widzę natychmiast długi szereg ofiar. To może oznaczać poczucie zobowiązania, ale też formę emocjonalnego szantażu. Jak polemizować z tymi, którzy poświęcili się dla naszej zbiorowej tożsamości? Choć często byłaby to tak naprawdę inna polemika: z tymi, którzy twierdzą, że są tamtych naturalnymi i jedynymi spadkobiercami.

Obóz polityczny, który obecnie rządzi Polską, od dawna buduje obraz naszego konfliktu jako walki między siłą, której los Polski leży na sercu, a zbiorowiskiem wynarodowionych kosmopolitów. Już wiele lat temu zaczął on określać się mianem „obozu patriotycznego”. Dziś mówi się nieraz jasno to, co przez tę nazwę było już sugerowane: że wszyscy, którzy się z nim nie zgadzają, są antypolscy – albo ze złej woli, albo z głupoty. Należy więc nas albo za brak miłości do Ojczyzny ukarać, albo reedukować, uświadamiać, że dajemy posłuch antypolskim podżegaczom itd.

Takie rozumienie sporu, który podzielił Polaków, pełni dwie ważne funkcje. Po pierwsze, za pomocą wspomnianego szantażu emocjonalnego zamyka ewentualne dyskusje. Jak można krytykować kogoś, kto może i popełnia grube błędy, ale przecież „chce dobrze dla Polski” (w odróżnieniu od jego krytyków, którzy nie chcą)? Po drugie, podwyższa temperaturę wymiany zdań, w wyniku czego właściwie każda publiczna dyskusja rozpada się i przeobraża w awanturę. Co powoduje, że obie (!) strony głuchną na argumenty adwersarzy. I coraz bardziej oczywiste jest, że jakiekolwiek rozstrzygnięcie możliwe będzie jedynie przemocą. To może nawet jeszcze bardziej, niż znane zabiegi przeciwko Trybunałowi Konstytucyjnemu, wydaje mi się zdradzać antydemokratyczne intencje obecnych władz. Bo to one, mimo strategii „łapaj złodzieja”, podgrzewają nasz konflikt.

Nawiasem mówiąc, wynika z tego oczywisty wniosek, że powinniśmy za wszelką cenę ów konflikt wychłodzić. Jak to zrobić, nie wiem; sam łapię się na żenujących mnie chwilach gniewu, który nie jest, wiem o tym przecież, dobrym doradcą. Ale ponieważ nie wiem, jak to zrobić, wolę napisać o tym, o czym – jak mi się wydaje – wiem. Jeszcze bowiem trochę posłuchamy tych głupstw, że jeśliś, człowieku, nie z nimi, to patriotą nie jesteś, a zaczniemy zapominać o tym, co jest polskością równie dobrą, jak krzewiona przez siły „dobrej zmiany”.

Osobiście wyjątkowo źle znoszę, gdy ktoś sugeruje, że z moim stosunkiem do Polski jest coś nie w porządku. Bo gdyby tak było, raczej wybrałbym inne studia (historia literatury polskiej) i inną dziedzinę działalności (od lat zajmuję się ni mniej, ni więcej, tylko – tak jest – kulturą narodową). Tymczasem właśnie dzięki owym studiom, jest dla mnie dziś jasne, jak wąska i okrojona jest ta „Polska”, która pojawia się tak często na wargach ludzi dzisiejszej władzy.

Proszę więc wybaczyć, że nastąpi teraz szereg uwag, mam nadzieję, oczywistych. Ale pod naciskiem wielokrotnie powtarzanych nonsensów, zdrowy rozsądek każe czasem oczywistości sobie powtórzyć. Na wszelki wypadek. Powiedzmy zatem, że chociaż jest prawdą, że romantyczny mesjanizm odegrał ważną rolę w przetrwaniu narodu przez pierwszą połowę XIX wieku, to w drugiej połowie XIX wieku jego rola była już mniejsza albo żadna. Nawet ostatni w tamtym stuleciu i zresztą najtragiczniejszy zryw Polaków, czyli powstanie styczniowe, nie było efektem myśli mesjanistycznej, ale przeciwnie, zorganizowali je (źle) krytycy romantyzmu – i dopiero eks-post dorobiono mu mesjanistyczną legendę, kiedy pokazały się rozmiary klęski. Chwała Bogu zresztą, nikt już więcej po mesjanizm romantyczny w jego oryginalnej formie nie sięgał, bo jeszcze jedno takie powstanie, jak styczniowe, i nie byłoby komu mówić po polsku, przynajmniej pod zaborem rosyjskim. Przeciwnie, pojawiła się idea pozytywistycznej pracy u podstaw, na wzmiankę o której ziewaliśmy w szkole, a której dziś należałoby się bardzo uważnie przyjrzeć. Krótko mówiąc: nie jest antypolski, kto zamiast Mickiewicza ceni Prusa i Orzeszkową, a podstawę bytu narodowego widzi w zdrowej gospodarce i poprawnych stosunkach społecznych, a nie w wojennej gorączce.

Dalej przypomnijmy, że choć nowoczesne (czytaj: nacjonalistyczne w duchu dziewiętnastowiecznym) pojęcie narodu wykształciła Narodowa Demokracja, to o niepodległość upominali się także zacni ludzie o poglądach od niej najdalszych. Sądząc po internecie, jednym z najbardziej popularnych obecnie głupstw, jest kojarzenie lewicowości z antypolskością. Jest to głupstwo, ponieważ postulaty niepodległościowe były w ścisłym centrum myśli lewicowej, a ich nieobecność w programie skrajnej (ale tylko skrajnej!) lewicy nie brały się z nienawiści do polskości, tylko z utopijnego przekonania, że po rewolucji społecznej kultura i język polski nie będą więcej zagrożone i będzie można zrezygnować z tradycyjnych metod ich ochrony, takich jak państwo narodowe. Ta utopia była, jak pokazały dzieje, niemądra i groźna, a wykorzystał ją nacjonalizm wielkorosyjski po Rewolucji Październikowej. Mówimy to jednak o sztucznie wzmocnionym przez działania Moskwy marginesie tradycji lewicowej, nie zaś o lewicy jako takiej. Krótko mówiąc: nie jest antypolski, kto zamiast Dmowskiego ceni Abramowskiego czy Ciołkosza.

Dorzućmy do tego, że choć w najgroźniejszym, jeśli pominąć okupację hitlerowską, okresie naszych dziejów, czyli w drugiej połowie XIX wieku, potrzebna była z pewnością literatura „ku pokrzepieniu serc”, na którą świetną formułę wymyślił niezbyt głęboki, ale nadzwyczajnie sprawny opowiadacz, Henryk Sienkiewicz – to jednak zdrowy naród, jak zdrowy człowiek, wymaga przede wszystkim rachunku sumienia, nie zaś samochwalstwa. Stąd wzięła się znana formuła Żeromskiego, że „trzeba rozdrapywać rany narodowe, żeby nie zarosły błoną podłości”, którą jeszcze przed nim praktykował nie byle jaki poeta narodowy, a mianowicie Juliusz Słowacki, równolegle z Żeromskim wcielał w życie „chory na Polskę” Stanisław Wyspiański, kontynuował w „Trans-Atlantyku” Gombrowicz, po nim zaś między innymi Wajda ze swoimi „Popiołami” i „Krajobrazem po bitwie”, a wcześniej „Lotną”. Krótko mówiąc: nie jest antypolski, kto wzdraga się przed koncepcją narodu aniołów, bo takiego narodu na świecie nie ma i Polacy nie są tu wyjątkiem.

Wreszcie, na koniec, powiedzmy, że popularne na prawicy przekonanie, że narody są wieczne, lub zgoła przed-wieczne, a my wywodzimy się wszyscy od Piasta, jest braniem za dobrą monetę znów dziewiętnastowiecznej mitologii, która na wiarę nie zasługuje. Świadomość HISTORYCZNOŚCI każdego narodu, także naszego, to znaczy faktu, że w swojej współczesnej postaci powstał on w gruncie rzeczy niedawno, najwyżej sto sześćdziesiąt lat temu (na pewno już po Rabacji Galicyjskiej), a zatem, że może też mieć kiedyś swój koniec, nie musi wcale oznaczać osłabiania przywiązania do naszej tożsamości (to znaczy: do naszej tożsamości ludzkiej, która z racji kultury, w której się urodziliśmy lub którą wybraliśmy, ma zabarwienie lokalne). To, co kruche, podatne na zniszczenie, nie dane raz na zawsze, raczej mobilizuje do odpowiedzialności niż osłabia. Osłabia, przeciwnie, poczucie, że „jakich nas, Panie Boże, stworzyłeś, takich nas masz” i wystarczy, że będziemy odpowiednio głośno powtarzać: „Polska! Polska!”.

Naprawdę chciałbym, żeby ludzie, którzy chcą nas uczyć prawdziwej polskości, przeczytali ze zrozumieniem Juliusza Słowackiego i Stanisława Wyspiańskiego (obaj z tego „Polska! Polska!” gorzko się wyśmiewali).

Jerzy Sosnowski

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
AndrzejmartaJacek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jacek
Jacek

A jabym z tymi „patriotami” podyskutował inaczej… Dałbym im co smaczniejsze największego z nich XX wieku i zobaczyliby, że tacy obrońcy obrażają Naród Polski na prawo i lewo… Hitler i Stalin przy nim to pikusie.

marta
marta

Patriotyzmu nie należy mylić z nacjonalizmem. Patriotyzm prawdziwy, dojrzały to taki, który nie „zamiata pod dywan” niewygodnych dla narodu kwestii. Dojrzały patriotyzm jest krytyczny w konstruktywny sposób ponieważ mądra miłość jest krytyczna. Polacy, a przynajmniej jakaś część rodaków, jest skażona infantylną chorobą objawiającą się nie przyjmowaniem do wiadomości faktu, że nie byliśmy i nie jesteśmy tylko i wyłącznie ofiarami. Mamy sporo” za kołnierzem” i warto byłoby się do tego przyznać, przepracować, stawić temu czoła. Ale do tego potrzeba dojrzałości. A my, niestety, co bardzo mnie boli i smuci, jesteśmy niedojrzałym społeczeństwem, gdzie infantylizm przejawia się wiarą, że jesteśmy bieli niczym… Czytaj więcej »

Andrzej
Andrzej

Szukanie podziałów obecnie w naszym społeczeństwie jest zwykłym świństwem. Widzę wielką potrzebę pracy u podstaw, tworzenia jedności w zdobywaniu realnych celów które dadzą nam podstawę do stwierdzenia, że jesteśmy „Europejczykami”.