Strach wrócił do Polski

Strach wrócił do Polski

To naprawdę smutne – w trzecim dziesięcioleciu po odzyskaniu przez Polskę wolności powiedzenie rządzącym kilku słów do słuchu uchodzi za objaw odwagi.

W felietonie w „Gazecie Wyborczej” napiętnowałem Jarosława Kaczyńskiego, który w czasie uroczystości smoleńskich mówił o roli, jaką jego zmarły brat Lech odegrał w konsolidacji obozu PiS i w przejęciu przez ten obóz władzy. Wprawdzie pan prezes owinął swój komunikat w gruby kłąb bawełny, jednak po rozpakowaniu sens jego słów bił po oczach bez najmniejszego znieczulenia: – „Dosiadłem trumny brata jak wierzchowca i zmusiłem ją do galopu, dzięki czemu wreszcie dojechałem do upragnionej władzy” – tę niewypowiedzianą wprost deklarację lidera PiS zawarłem w puencie felietonu.

Zaskoczyła mnie reakcja wielu czytelników tego tekstu. Nie, nie tych, którzy komentowali na kloacznym forum braci Karnowskich. Tam zgodnie z moimi oczekiwaniami pojawiły się wypowiedzi osobników upośledzonych umysłowo, analizujących kształt mojego nosa i pytających, dlaczego nie mam pejsów. Troszkę – ale nie za bardzo – zdziwiło mnie, że takie same komentarze masowo pojawiły się też na stronie internetowej tygodnika „Do Rzeczy”. Mimo wszystko wydawało mi się, że to pismo reprezentuje minimalnie wyższy poziom niż szambo Karnowskich (Pawle Lisicki, zadowolony jesteś, że masz takich czytelników?).

Jednak w sumie reakcja po tamtej stronie politycznej barykady nie zaskoczyła mnie. Z grubsza była taka, jak oczekiwałem. Zdumiały mnie natomiast reakcje po naszej stronie – w obozie zwolenników państwa prawa i demokracji. Pod moim adresem posypały się wyrazy solidarności, słowa uznania i pochwały, ale także – i tego już się zupełnie nie spodziewałem – gratulacje „za odwagę”.

To naprawdę smutne. W trzecim dziesięcioleciu po odzyskaniu przez Polskę wolności powiedzenie rządzącym kilku słów do słuchu uchodzi za objaw odwagi. Czy może być lepszy wskaźnik tego, do jakiego stanu doprowadziły Polskę i Polaków rządy PiS i jaka jest prawdziwa natura tej partii?
Nie pierwszy to sygnał, że poziom zastraszenia wzrasta. I nie jest to efekt uboczny polityki rządzących, lecz świadomie i celowo formułowany cel, do którego dążą, by spacyfikować opór i utrzymać się przy władzy.

Dlatego tak ważne są wszystkie publiczne wystąpienia ludzi, którzy w otwarty sposób, z podniesioną przyłbicą i pod własnym nazwiskiem demonstrują niezgodę na rządy strachu i przemocy. Każdy przejaw sprzeciwu się liczy i zasługuje na poparcie – zarówno uliczne wystąpienia Obywateli RP i innych „zadymiarzy” z opozycji chodnikowej, jak i gesty przedstawicieli elity zwracających PiS-owskiemu prezydentowi ordery (w tym tygodniu zrobił to prof. Grzegorz Gorzelak) czy mówiących funkcjonariuszom reżimu prawdę w oczy (ostatnio Wojciech Czuchnowski wygarnął na konferencji prasowej Antoniemu Macierewiczowi). Każda z takich demonstracji jest żywym komunikatem: „Kochani, jest nas dużo i nie mamy się czego bać!”.

Wszystkie systemy autorytarne i dyktatorskie starają się poddanych ubezwłasnowolnić i sparaliżować strachem. O podobieństwie stosowanych przez nie metod świadczą dziesiątki analiz poświęconych rządom niedemokratycznym w różnych krajach. Ostatnio miałem okazję redagować tekst książki węgierskiego socjologa Bálinta Magyara pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Polecam Państwu jej fragment poświęcony właśnie zastraszaniu obywateli przez reżim Viktora Orbána.

Wojciech Maziarski

*****

„Warunkiem koncentracji władzy jest uległość obywateli, a przynajmniej przymuszenie ich do milczenia. Narzędziem walki z krytyką i postawami niepokornymi jest zastraszenie budowane w oparciu o egzystencjalną zależność.

Natura zależności dwie dekady po transformacji ustrojowej jest zasadniczo inna od tej, jaka charakteryzowała miękką dyktaturę komunistyczną. W tamtych czasach, gdy ktoś miał mieszkanie, ze względu na niskie koszty czynszu, opłat komunalnych i cen komunikacji publicznej, był w stanie utrzymać się ze stosunkowo niskiego wynagrodzenia.

W dodatku przy egalitarnym poziomie zarobków nie istniały porównywalne z obecnymi różnice majątkowe czy zarobkowe. W późnej epoce Kádára, poza wykroczeniami związanymi z podżeganiem, nie wsadzano do więzień z powodów politycznych, pracę na dłużej też straciło może kilkadziesiąt osób, w większości byli to inteligenci związani z opozycją demokratyczną, polityczne represje ograniczały się do stawiania przeszkód w awansie zawodowym, zapisu cenzorskiego na nazwisko uniemożliwiającego publikowanie, odebrania paszportu czy nękania przez urzędy i tajne służby.

Po transformacji ustrojowej zmieniła się natura egzystencjalnego zagrożenia. W miejsce „mało, ale pewne” pojawiło się „może więcej, ale niepewne”. Sprzeczność pomiędzy wzbogacaniem się a wzrostem poczucia egzystencjalnego zagrożenia jest tylko pozorna. Cóż bowiem z tego, że liczba telefonów z kilkuset tysięcy – teraz wliczając telefony komórkowe – wzrosła do liczby przekraczającej populację kraju, a liczba samochodów wzrosła z podobnego poziomu do trzech milionów, co z tego, że dużo więcej młodych ludzi idzie na studia czy przeprowadza się do własnych mieszkań, co z tego, że na wakacje nad Adriatyk wyjeżdża rocznie niemal pół miliona Węgrów, jeśli równolegle pojawiło się – często beznadziejnie długotrwałe i obejmujące całe pokolenia – masowe bezrobocie dotykające setek tysięcy osób, szerokie warstwy społeczeństwa są – w wyniku kryzysu – beznadziejnie zadłużone, a małe i średnie przedsiębiorstwa bankrutują jedno po drugim.
Dziś jest już wiele do stracenia i wielu Węgrów w jednej chwili może się znaleźć w egzystencjalnie beznadziejnej sytuacji. Utrata pracy czy państwowych albo samorządowych zamówień może momentalnie zniszczyć stabilną dotychczas egzystencję czy prosperującą firmę. W społeczeństwie, w którym miejsca pracy i zamówienia są nienormalnie często kontrolowane przez państwo (rozumiejąc przez to także samorządy), władza ma niemal nieograniczone pole, by dostępnymi rządowi środkami osiągać swoje cele.

Obywatel wówczas nie tylko traci szansę – jak w czasach późnego Kádára – na powolne gromadzenie dóbr i byle jaką karierę. Dziś już w wyniku konfliktu z władzą może stracić posadę, majątek, kapitał, zawodową i moralną wiarygodność, a niekiedy nawet wolność. Nie tylko może zostać z niczym, ale z powodu długów może wylądować poniżej kreski, na minusie. Upadek nie jest stopniowy, może przypominać lawinę.

Dla takiego człowieka przeciwstawienie się władzy – przy braku możliwości zbudowania sobie egzystencji uniezależnionej od politycznych retorsji i szantażu – wydaje się działaniem beznadziejnym i obciążonym poważnym ryzykiem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy władzę tę sprawuje siła polityczna, która systematycznie dąży do podporządkowania ludzkiej egzystencji systemowi zależności i do likwidacji fundamentów autonomii jednostki”.

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Strach wrócił do Polski"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Zgredzinka

Aż strach się bać.
Znaczy się, będzie jeszcze gorzej niż za komuny.
Teraz to już nie tylko nieogarnięci będą wołać … komuno wróć !!!
I to wszystko na własne życzenie.