Testy na wiarygodność PiS

Testy na wiarygodność PiS

W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.

Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.

 

Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy.

Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.

A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.

Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?

Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.

 

Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”.

PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.

Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości.

Andrzej Karmiński

 

PS. Zdarzyło mi się głosować w berlińskim Instytucie Polskim, gdzie maleńka karteczka na szybie wystawowej informowała o siedzibie polskiej komisji wyborczej, natomiast wielkie litery krzyczały do przechodniów: Es ist also Krieg! (A WIĘC WOJNA!) – reklamując już drobnym drukiem obok wystawę plakatów w 80 rocznicę wybuchu II wojny. Liczni turyści zagraniczni oraz berlińczycy trzeciego i czwartego pokolenia powojennego przystawali zdezorientowani, ale ambasador Przyłębski święcił tryumfy, Polska wstawała z kolan, a zaatakowani wyborcy czuli się jak w domu, w klimacie wojennej, agresywnej retoryki PiS.

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
smętekMałgorzataRafał P Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rafał P
Rafał P

Czeka nas świetlista przyszłość!

Niech żyje nam Jarosław Stalin, co usta słodsze ma od malin,
nech żyje kotka Jarka Ka, co wdzięcznie do kuwety sraaa.

Małgorzata
Małgorzata

Reżim pójdzie na zwarcie! Prowokacje, sądowe oskarżenia, zastraszanie niezależnych redakcji i dziennikarzy, Masowa inwigilacja. Ludzie już są zastraszeni, dusi nas ta atmosfera, wielu zastanawia się nad emigracją. Świat widzi naszą tragedię, niszczenie kraju, gospodarki, sądów i konstytucji! Milczy! Zorganizujmy demonstracje w obronie Demokracji w Polsce! W Londynie! W Brukseli czy Paryżu!!! Zorganizujmy demonstracje w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku! Brońmy Polski i Demokracji!

smętek
smętek

Młodzi aktywni ludzie, świadomi narastającego zła, zorganizują demonstracje tylko ilu z nas weźmie w nich udział?