Twarze sprzed lat

Zaintrygujcie młodych ludzi kwestią, czyje wysiłki stworzyły rzeczywistość, która na naszych oczach ulega stopniowej destrukcji, a której bronimy

Zaintrygujcie młodych ludzi kwestią, czyje wysiłki stworzyły rzeczywistość, która na naszych oczach ulega stopniowej destrukcji, a której bronimy.

Niedawno miałem okazję oglądać z pewnym dwudziestolatkiem stare fotografie prasowe. Na jednej z nich zobaczyliśmy pogrążonych w rozmowie Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka. Mój młody rozmówca nie rozpoznał ich z twarzy.

Oczywiście, najprościej byłoby mruknąć, że młodzież jest coraz gorsza i nie szanuje starszych. Nigdy dość wspominać, że wedle celnej złośliwości tak właśnie brzmi najstarszy rozszyfrowany napis na tabliczkach klinowych sprzed pięćdziesięciu pięciu wieków. Problem polega na tym, że w tym przypadku nie ma naprawdę żadnych podstaw, by do człowieka, urodzonego w roku 1997, zgłaszać pretensje. Oczywiście, byłoby miło, gdyby, kierując się ekstrawaganckim hobby, przed maturą zaczął szperać w internecie w poszukiwaniu twarzy postaci publicznych, zmarłych względnie niedawno. Ale przecież to, co wchodzące w życie pokolenie wie o historii najnowszej, nie od tego pokolenia zależy.

Wśród rozmaitych negatywnych zjawisk społecznych, którymi zapłaciliśmy za transformację po roku 1989, był zanik przekazu rodzinnego. Pamiętam, że dyskutowało się o tym już pod koniec lat 90. Wiele było czynników, które to wywołały. Po pierwsze – warunki turbokapitalizmu sprawiły, że rodzice często pracowali zbyt długo i wracali do domu zbyt zmęczeni, żeby im się chciało prowadzić rozmowy z dziećmi, a nawet odzywać się do nich, poza kontrolnymi pytaniami: „Co jadłeś na obiad?” i „Co było w szkole?”. Znana i niezmienna w kolejnych generacjach małomówność młodzieży sprawiała, że otrzymywało się na nie wyczerpujące odpowiedzi – „Mhm” oraz „Nic” – i dorosły włączał telewizor w poczuciu spełnienia wychowawczego obowiązku. Po drugie – świat wolności, na którym tak nam zależało przez lata, pokazywał się właśnie od nie najpiękniejszej strony i opowieści o walce z reżimem komunistycznym brzmiały dość głucho nawet w naszych własnych uszach. Po trzecie – pamiętając, jak niemiłosiernie władza komunistyczna wykorzystywała w propagandzie wątki patriotyczne, niezbyt chętnie mówiliśmy o wydarzeniach w naszej historii, o których relacja musiałaby się otrzeć o patos. W czasach własnej młodości mieliśmy go aż nadto. Wreszcie po czwarte – co sam sprawdziłem jako nauczyciel – młodzież krytycznie obserwowała kształt naszego życia publicznego i w chwili szczerości potrafiła wypalić, że starsze pokolenie najwyraźniej „coś spieprzyło”. Nie służyło to pielęgnowaniu opowieści, jak mama czy tata wspierali „Solidarność”, babcia była świadkiem pałowania studentów w 1968 roku, pradziadek walczył w AK i tak dalej.

Jak słyszę, obecnie sytuacja w naszych domach wygląda trochę lepiej (zresztą od powyższego obrazu też, rzecz jasna, bywały wyjątki). Niemniej zwyczaj, który na kilkanaście lat zaginął, nie jest łatwo ożywić.

Poza rodziną – innym miejscem, które mogłoby i powinno by było przekazywać młodzieży wiedzę o historii najnowszej, jest szkoła. Ale po 1989 roku przystąpiliśmy do całej serii reform: zaczynanych, porzucanych, realizowanych z mniejszymi lub większymi przestojami. Bez dwóch zdań: polska edukacja potrzebowała zmian. Pytanie, czy akurat takich (nie wspominam o deformie minister Zalewskiej, bo nie chcę pisać rzeczy oczywistych). Uważaliśmy – my, mający zdanie na temat szkolnictwa, a zdanie takie mieliśmy prawie wszyscy – że odziedziczona po PRL szkoła jest niefunkcjonalna, że należy ją wymyślić inaczej. Ba, tylko że przy tej okazji wylano dziecko z kąpielą. Nienawidząc apeli szkolnych, państwowotwórczych akademii i tak dalej, usunęliśmy większość okazji, budujących pozytywną więź przyszłego obywatela z państwem. Narzekając na przeładowanie programów, daliśmy się uwieść pięknie brzmiącemu, ale głupawemu sloganowi, że „szkoła ma dawać umiejętności, a nie wiedzę”, jakby bez pewnego quantum wiedzy jakiekolwiek umiejętności były możliwe. Nauczyciele zaś historii, wkrótce postawieni przed koniecznością nowego podziału materiału: na podstawówkę, gimnazjum i trzyletnie liceum, pędzili z wywieszonymi jęzorami przez kolejne epoki, i jeśli któryś zdążył dotrzeć na lekcjach do końca II wojny światowej, to należał mu się medal za szybkość. A wojna ta skończyła się ponad pół wieku temu…

Tymczasem próbuję zrekonstruować, ile sam dowiedziałem się w szkole o historii powojennej. Abstrahuję od tego, że bywała to historia zmanipulowana (mówię o wersji z podręczników, bo sam miałem nauczycieli uczciwych, a w dodatku na moją maturalną klasę przypadł akurat czas „karnawału Solidarności”, pozwalający im mówić prawdę bez lęku). Wydaje mi się, że pamiętam zarówno lekcje o wydarzeniach polskiego Października, jak i o Marcu. W każdym razie, kiedy wiosną 1981 odsłaniano na Uniwersytecie Warszawskim tablicę, upamiętniającą protest studencki roku 1968, wiedziałem już, o czym mowa.

Ale nawet gdyby nauka historii kończyła się wówczas na zdobyciu Berlina w 1945 roku, szkoda byłaby chyba relatywnie niewielka. Historia najnowsza bowiem winna wyjaśniać młodemu człowiekowi, skąd bezpośrednio wziął się kształt świata, który widzi za oknem. A kształt naszej ówczesnej rzeczywistości na dobrą sprawę ustalił się dawno, między Jałtą a Poczdamem. Stąd (jak mi się wydaje) moje ówczesne poczucie, że lekcje o tym, co się działo po wojnie, mają w sobie coś jałowego. Problemem naszego pokolenia było podejrzenie, że dzieje straciły rozpęd, a nasza historia uległa zamrożeniu. Wyraził to świetnie Jan Polkowski (tak jest!) w wierszu, napisanym w obozie internowania, zaczynającym się od słów: „Skończyło się, Polaczku”.

Właśnie z tego punktu widzenia fakt, że dzisiejszy dwudziestolatek nie rozpoznaje twarzy pierwszego niekomunistycznego premiera naszego państwa oraz późniejszego ministra spraw zagranicznych napawa troską. Nienauczenie nas, urodzonych około 1960 roku, historii najnowszej wpłynęłoby bowiem niekorzystnie na naszą wiedzę ogólną, ale rzeczywistość dawała się zrozumieć bez tego. Tymczasem nienauczenie ludzi, urodzonych w późnych latach 90., obecnej historii najnowszej, pozbawia ich możliwości zrozumienia, na jakim świecie żyją. Bez „jesieni ludów”, pojednania Kohl-Mazowiecki w Krzyżowej, bez „wojny na górze”, okoliczności wycofania z Polski Armii Czerwonej, wstąpienia naszej ojczyzny do NATO i Unii Europejskiej – młody człowiek znajduje się w tajemniczej przestrzeni, podatny na dowolne wmówienia. Zarówno społeczne, jak i polityczne skutki tego zaniechania mamy okazję obserwować dziś codziennie.

Nie chodzi zresztą tylko o to, że takiemu młodemu człowiekowi, pozbawionemu narzędzi rozumienia otaczającego go świata, można zacząć opowiadać, że „Solidarnością” rządzili bracia Kaczyńscy, broniąc jej przed komunistycznym agentem Bolkiem, że w Brukseli rządzi antypolskie lewactwo, a niebezpieczeństwo dla Polski stanowią muzułmanie, wspierani przez światowe żydostwo, przy biernej pomocy wynarodowionych łże-elit. Są to bzdury, na które przynajmniej część obecnych dwudziestolatków jest uodporniona lub właśnie się uodparnia. W końcu i my, dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, zdążyliśmy usłyszeć, że największym przyjacielem Polski jest ZSRR, polskich oficerów w Katyniu zabili Niemcy, a Radio Wolna Europa służy pogrobowcom hitleryzmu. I nic – jakoś nie uwierzyliśmy. Poważniejszy problem polega moim zdaniem na tym, że człowiek, obserwując bieżące wydarzenia, do których brakuje mu klucza, skłonny jest do uznania ich za rodzaj pozbawionego treści szumu, którym nie ma co się zajmować. Żeby podjąć jakiekolwiek działanie, musi on pojąć, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi. A zatem: należałoby wymyślić, jak do roczników, które są jeszcze do uratowania, trafić z opowieścią o tym, co się właściwie wydarzyło w Polsce i na świecie w ciągu ostatnich dwóch dekad dwudziestego wieku, bo tam mają źródło zarówno zagrożone wartości, jak to, co im zagraża. W szkole, zdeformowanej przez PiS, wyjaśnienie tego będzie jeszcze trudniejsze, niż dotąd.

Oczywiście – i bodaj usprawiedliwia to trochę zaniechanie, którym dziś się martwię – historia najnowsza, właśnie przez swój związek z teraźniejszością, wyjątkowo jest podatna na praktyki o charakterze propagandowym. Kiedy postuluję, by młodzież zacząć uczyć o wydarzeniach z lat 1980-2000, musi pojawić się niepokój, kto mianowicie będzie autorem takiej syntezy. Z początku lat 90. pamiętam dość dobrze autora podręczników do historii, używanych w PRL, który postanowił zasłużyć się nowej władzy i, dokonawszy kosmetycznych poprawek we wcześniejszych rozdziałach, dopisał rozdział ostatni, z którego wynikało, że Lech Wałęsa został prezydentem, mimo sprzyjających komunistom antypolskim działaczom Unii Demokratycznej (rekonstruuję jego wywód z pamięci, więc mogło to brzmieć odrobinę oględniej – ale nie zanadto). To, co wówczas wydawało się oczywistym i kompromitującym nadużyciem oportunisty, dziś stanowi składnik „polityki historycznej”, uprawianej przez prorządowe media. Nie wiadomo jeszcze, czy ten duch nie zakazi programów szkolnych. Prawdopodobnie tak.

Dlatego wszystkich, mających w zasięgu wzroku (u siebie w domu, u bliskich krewnych, u przyjaciół) jakieś nastolatki, wypada mi namawiać: spróbujcie wciągnąć ich do rozmowy. Zaintrygujcie ich kwestią, czyje wysiłki stworzyły rzeczywistość, która na naszych oczach ulega stopniowej destrukcji, a której bronimy. Opowiedzcie o premierze, który zasłabł podczas wygłaszania expose, a wróciwszy na salę sejmową wybrnął kwaśnym żartem, że jego zdrowie jest w podobnym stanie, jak polska gospodarka. O elektryku, który w młodości dał się być może wciągnąć we współpracę z SB, ale potem pociągnął za sobą tłumy, a internowany w pojedynkę w Arłamowie wytrwał w oporze, co miało ogromne znaczenie dla nas, znajdujących się na wolności. O kolejnych ministrach spraw zagranicznych, którzy nie wiedząc dokładnie, jak daleko sięga cierpliwość sowieckiego i postsowieckiego imperium, umieli wygrać nieoczywistą rozgrywkę o przynależność Polski do demokratycznego świata. Może nastolatek, sprowokowany przez was, poogląda w internecie tamte twarze. Kto wie, za ile lat dowie się o nich czegoś sensownego na lekcjach historii.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

7 komentarzy do "Twarze sprzed lat"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Plus ujemny

Według mnie jest gorzej – PiS uaktywnił ludzi których można nazwać potomkami Jakuba Szeli. Rozmowa z większościa z nich jest zarazem straszna i śmieszna. Kilka miesięcy temu rozmawiałem na krakowskim rynku z jednym z nich – twierdził że wszyscy co poprzednio rządzili to złodzieje i sługusy Niemców. Jako przykład podawał rezygnację z produkcji Poloneza – bo był on tak mocną konkurencją dla Volkswagenów że Niemcy zrobili wszystko żeby go zniszczyć. Oczywiście winnych za to trzeba wsadzić do więzienia a paru to nawet skrócić o głowę. Mówił to absolutnie serio.

Jacha

ma Pan rację …

Mariusz
Wypowiem się jako starszy-młody. Ja nie mam problemów z rozpoznawaniem historycznych postaci. Więcej; myślę że orientuję się jako tako w zawiłościach najnowszej historii i dlatego JUŻ nie wierzę w ładną historyjkę o elektryku prowadzącym lud Solidarnościowy do zwycięstwa o wolną, demokratyczną Polskę. Nawet jeżeli tam jest mowa o JPII, Reaganie, Thatcher. Uprzedzając. Tak, „nasiąkłem populistycznym sposobem myślenia”. Nic na to nie poradzę. I podchodzę z rezerwą do tych kryształowych postaci jak Mazowiecki, Geremek, Michnik i jego „ludzie honoru”. Ale, już nie z rezerwą, a z śmiechem odbieram próby robienia z Kaczyńskich bohaterów. Nie wierzę też w jakieś „antypolskie lewactwo”, choć… Czytaj więcej »
Waldemar
Skomentuję tylko ten „polski faszyzm”. Przekaz o „polskim faszyzmie” poszedł w świat po marszu 11 Listopada, bez względu na to, co by powiedziała czy napisała opozycja. Naiwnością jest sądzić, ze w kraju, gdzie tego rodzaju wydarzenie relacjonują na żywo rozmaite stacje telewizyjne, potrzeba akurat opozycji do formułowania tego rodzaju opinii. Znakomicie o nią dbają narodowcy, maszerując z transparentami o „Białej Europie” czy wieszając portrety europosłów na szubienicach. Symetryzm w tym wypadku jest ignorowaniem prawdziwej przyczyny i relatywizowaniem , dość zresztą rozpowszechnionym. I druga sprawa: termin „polski faszyzm” wynika z braku właściwego określenia. Przedwojenny ONR był organizacją ścisle faszystowską, wręcz zafascynowaną… Czytaj więcej »
Mariusz
Tak, zgodzę się że ten ruch i niestety duża część społeczeństwa jest rasistowska, ksenofobiczna i akceptująca argument siły fizycznej. Została „wychowana do przemocy”. Uważam jednak, że obejmowanie tych i innych negatywnych zjawisk słowem FASZYZM jest niewłaściwe. Deprecjonuje to jego znaczenie i jego ofiar. Ostrzegałbym też przed używaniem zbitki słów „polski faszyzm”. Oczywiście są/były regionalne odmiany, ale to kwestia dla politologów i historyków. Jakoś na świecie nie mówi się „niemiecki faszyzm(nazizm)”, „włoski faszyzm”. Oby nie mówiono o „polskim faszyzmie”. Trzeba być niezwykle ostrożnym. W tym wypadku proponuję… obłudę. Udajemy przed światem że u nas nie ma tego strasznego faszyzmu, a jednocześnie… Czytaj więcej »
bart

Tradycyjnie część wypowiedzi minusuje jakaś pisowska pluskwa. Przestali się już n k24 odzywać, bo są na to za tępi. Że też nie szkoda im czasu… Zamiast walić w przycisk myszy mogłaby taka nędza na przykład pozamiatac chodnik

Szczecinianka
Jeśli historię PiS+dolski przyrównać do pociągu, to najsampierw Kaczyński naobiecywał PiS+dolakom po 500 na dziecko i loty na Marsa. PiS+dolacy gremialnie łyknęli temat i ochoczo zabrali się do pracy – tak oto pociąg o nazwie PiS+dolska zaczął żywo toczyć się po torach Europy Środkowo-wschodniej… Potem przyszedł Macierewicz i zobaczył, że pasażerowie kręcą nosem, a nawet okazują wyraźne oznaki utraty wiary w świetlaną przyszłość i nie chcą już dalej jechać pociągiem o nazwie PiS+dolska. Tak więc Macierewicz jak to Macierewicz – posługując się UBeckimi insynuacjami, kazał wyrzucić połowę pasażerów z pociągu, a reszta przestraszona wizją bezrobocia i niemożności spłaty kredytów hipotecznych,… Czytaj więcej »