Twierdza wewnętrzna

Twierdza wewnętrzna

Rodzinne spotkanie to ważny moment w zachowaniu/odzyskiwaniu wewnętrznego spokoju w obecnych czasach.

W pewnym odległym od niniejszej strony miejscu internetu zostałem przez dyskutanta określony mianem „oikofoba”. Ponieważ po grecku oikos znaczy „dom”, a fobia to patologiczna niechęć, całość miała znaczyć, że rzekomo cierpię na podszytą lękiem odruchową agresję na wszystko, co własne, domowe, oswojone.

Polacy, którym się nie zdaje, że rozwiązania dobre trzydzieści, sto albo czterysta lat temu, doskonale sprawdzą się dzisiaj, tego rodzaju zarzut słyszą ostatnio bardzo często. Poniekąd dowodzi to, jak jednak skuteczna jest propaganda uprawiana przez obóz władzy: wytwarzane przez nią slogany wchodzą w społeczeństwo i zaczynają być traktowane jako opis rzeczywistości. Ci, którzy po nie sięgają, nie dostrzegają przy tym oczywistości. Jak w tym przypadku: że miłość do tradycji nie musi oznaczać bezkrytycznej miłości do tradycji; a także, że przedmiotem realnej niechęci nie jest w większości przypadków polskość czy katolicyzm, tylko pewna interpretacja polskości i pewna interpretacja katolicyzmu – taka, którą adwersarze uważają bezpodstawnie za jedyną możliwą.

Co do mnie, zarzut, jakobym był dotknięty alergią na moją ojczyznę czy na religię, w której się wychowałem, mam za casus belli. Jeszcze kilka miesięcy temu mobilizowało mnie to do wyjaśniania swojego stanowiska – dziś, jak w piosence, „mija mi”: ochota do dialogu, wymiany poglądów czy nawet do polemiki. Myśl, że ktoś serio może podważać moje zaangażowanie w sprawy kultury, której zawdzięczam to, kim jestem, którą, nie wymawiając, studiowałem (wybierając z własnej woli akurat nie co innego, tylko filologię polską), i którą jako pisarz i dziennikarz od trzech dekad staram się, jak umiem kultywować, ta myśl zatem, choć powinna mnie oburzać, wychładza. „Gdzie kochać nie można, tam należy mijać” – radził Fryderyk Nietzsche. Lub, jeśli ktoś woli mniej finezyjne wyrażenie tej samej myśli: „Z każdym rokiem rośnie liczba tych, którzy mogą mnie pocałować w d…” (nie jestem pewien, czy to nie z rysunku Andrzeja Mleczki).

Reakcję taką niełatwo – przyznajmy – odróżnić od defetyzmu. Kiedy jakiś czas temu zwierzyłem się na FB, że zbulwersowany kolejną polityczną aferą, zamiast się wściekać, wolę popatrzeć na chmury, pewien znajomy odpowiedział mi taką właśnie krytyką: że przecież pora walczyć, manifestować, podpisywać listy protestacyjne, a nie oddawać się bezpłodnym nastroikom. Możliwe, że miał rację. Zacząłem się nad tym zastanawiać i uświadomiłem sobie, że subiektywnie, od mojej strony patrząc, ta postawa ma jednak swoje uzasadnienie.

Życie społeczne, a również społeczno-polityczne, określa zarówno nasze warunki życia, jak i nas samych. Będąc wśród ludzi, uwyraźniamy się co najmniej na dwa sposoby: przeglądając się w ich oczach, zaczynamy wierzyć, że właśnie tacy jesteśmy; zmuszani do przyjęcia jakiejś postawy wobec nich, do opowiedzenia się za tym, czy za tamtym, staramy się potem konsekwentnie trzymać powziętych wyborów. Jeśli to wszystko odbywa się w okresie silnych napięć, jeśli angażuje emocjonalnie, gotowi jesteśmy uznać, że tylko ta sfera i te cechy, nabyte w wyniku konfrontowania się z innymi członkami społeczeństwa, istnieją naprawdę. Że tylko one się liczą.

Ale niektórzy z nas – bo pewnie nie wszyscy – miewają chwile, kiedy odkrywają, że taki obraz człowieka jako istoty społecznej czegoś nie odnotowuje. Święty Augustyn (którego w tym momencie cytuję za… Carlem Gustavem Jungiem) pisał: „Nie wychodź na świat, […] we wnętrzu człowieka mieszka prawda”. Sam Jung we „Wspomnieniach, snach, myślach”, za którą to książką przytaczam słowa chrześcijańskiego filozofa, zwierza się wielokrotnie z poczucia, że pod powierzchnią tego, co nazywa „personą”, kryją się zjawiska psychiczne co najmniej równie ważne, a w gruncie rzeczy bardziej fundamentalne, niż to, co nas na co dzień angażuje.

Nie jestem jungistą i zdaję sobie sprawę, że człowieczeństwo każdego z nas – wyrażane określonym językiem, określonymi symbolami kulturowymi, siatką skojarzeń i tak dalej – jest efektem wychowania, to znaczy uspołecznienia. Niemniej ta intuicja, że poza naszym zaangażowaniem w sprawy większych wspólnot (sąsiedzkiej, narodowej, globalnej) istnieje sfera intymna, często wymykająca się słowom i przez to niełatwa do przekazania – ta intuicja wydaje mi się ważna. Tam, w głębi każdego z nas, jest twierdza wewnętrzna, której warto bronić. Choćby milczeniem, wycofaniem się z dyskusji, która zanadto pyskówkę przypomina, wzgardliwą – tak jest – niezgodą na szerzące się wokół kłamstwa, na odwracanie wartości, na mądrzenie się, co stanowi, a co nie stanowi istoty polskości, religijności, przyzwoitości.

Święta, które właśnie nadchodzą, to okazja, by o tym przypomnieć. To dlatego przecież zdarzające się niekiedy przy wigilijnym stole spory polityczne odbieramy jako wyjątkowy nietakt. Nie chodzi chyba o to, że chcielibyśmy po prostu zjeść karpia czy barszczyk w spokoju – ale o to, że narusza się w ten sposób warunki, w których przez krótki czas możemy z wnętrza naszej twierdzy zobaczyć zarys twierdz naszych bliźnich. Ich… dusze. Niewierzących proszę o wybaczenie tej metafory, na którą mogą mieć w dzisiejszych czasach alergię. Nie znajduję jednak lepszego słowa na nazwanie tego, co nie jest naszym ja uspołecznionym: na to, co odpowiada za naszą tożsamość głębszą, niż aprobata dla tej a nie innej partii, stosunek do zasad demokracji, opinia na temat Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, a nawet, strach to powiedzieć, do pewnego stopnia głębszą niż nasze wyobrażenia o tym, jakie zachowania są, a jakie nie są godziwe.

Jeśli kogoś to ostatnie słowo zgorszyło, proszę sobie przypomnieć, jak niegdyś spędziliście bożonarodzeniowy wieczór w towarzystwie wujka, który skądinąd był antysemitą, albo kuzyna-karierowicza – i jak wszyscy się starali (z wujkiem i kuzynem włącznie), żeby przez kilka godzin nie poruszać drażliwych aspektów ich życia. Nie sądzę, by akurat w Wigilię podobne staranie zasługiwało na krytyczne miano hipokryzji.

Ewangeliczna opowieść o narodzinach w stajence, czy jest prawdziwa w sensie historycznym, czy też nie, przywołuje fakty najbardziej pierwotne w życiu: rodzi się dziecko, wokół żłóbka stoją zwierzęta, do wędrowców z Nazaretu przychodzą pasterze, którzy z pewnością nie mieli żadnego zdania w kwestii rzymskiej okupacji ziem Izraela, oraz Mędrcy ze Wschodu, którzy zapatrzeni byli w gwiazdy, a nie w meandry polityki (faktem jest, że gdyby nie cudowna interwencja aniołów, w rezultacie wzięliby knowania Heroda za dobrą monetę). Powtórzę to wyraźniej: widzę w tej historii jeden ze skarbów chrześcijaństwa niezależnie od tego, jak brzmi nasze zdanie na temat istnienia Boga, na temat tego, jak sprawują się kapłani tego czy innego wyznania, ani wreszcie na temat literalnej prawdziwości tzw. „Ewangelii dzieciństwa”. Jest ona moim zdaniem drogocenna, ponieważ na moment pozbawia nas odniesień do tego, co mamy za Najistotniejsze Problemy Współczesności. Stajemy wobec zdarzeń elementarnych i nie bez powodu cofamy się do własnych najwcześniejszych wspomnień. Gdyśmy nie byli jeszcze, w wyłożonym wyżej sensie, „uspołecznieni”.

Anegdotycznie wypada mi dodać, że 24 grudnia wieczorem zawsze wracam myślą do jednej z pierwszych Wigilii, które zapamiętałem, i zarazem jednej z tych, które zapamiętałem jako najbardziej urocze, pozwalające po latach przypomnieć sobie smak nieskalanego szczęścia. Jakkolwiek nie umiem jej dokładnie umieścić w czasie, do wyboru mam wyłącznie rok 1968 lub 1969, najmroczniejszy okres rządów Gomułki, ewentualnie 1970, kilkanaście dni po krwawych zajściach na Wybrzeżu. Moi rodzice skutecznie chronili kilkulatka przed świadomością narodowych tragedii. I upieram się, że mieli rację. Na edukację polityczną czas był – kiedy indziej.

Więc tak: tam kryje się jedno z tajnych wejść do mojej wewnętrznej twierdzy. Tamtędy docieram do tego specyficznego stanu uspokojenia, w stosunku do którego wszystkie moje mniej lub bardziej niewesołe doświadczenia polityczne, społeczne, zawodowe a nawet osobiste wydają się zaledwie epizodami scenariusza, w którym na co dzień gram z zaangażowaniem, ale nie powinienem zapominać, że to jednak zaledwie scenariusz teatralny czy filmowy, o ograniczonym stopniu prawdziwości. Nie namawiam w ten sposób PT Czytelników do jakiejś formy eskapizmu, do lekkomyślności w przyjmowaniu informacji o tym, jakiej destrukcji ulega obecnie nasze państwo. Przeciwnie; paradoksalnie wydaje mi się, że wskazuję ważną linię obrony.

W myśl bowiem ideologii, której zarysy coraz wyraźniej widać w naszym życiu publicznym, mamy się liczyć wyłącznie jako posłuszni, a najlepiej: szczerze zaangażowani członkowie narodowego ruchu, zdyscyplinowani obywatele państwa, które wstaje z kolan, to znaczy skłóca się ze wszystkimi możliwymi sojusznikami i w rezultacie ewidentnie, prawem politycznej grawitacji, wpada ponownie w orbitę wpływów Moskwy. Wszelkie wahania, które wszak biorą się z indywidualnej odrębności, są zakazane; do zwalczania aktów sprzeciwu dała się niestety zaangażować policja. Część naszych rodaków przyjmuje to za dobrą monetę. Ważnym elementem tego diabolicznego planu jest, byśmy się naprawdę podzielili i odczuwali wzajemną nienawiść.

Jeśli się nie mylę, to paradoksalnie złapanie dystansu do bieżących wypadków, dystansu studzącego naszą wściekłość, jest nieostatnią formą oporu. Rodzinne spotkanie, pozwalające doświadczyć tego, co przed wiekami nazywało się „Treuga Dei” (Rozejm Boży), to ważny moment w zachowaniu/odzyskiwaniu wewnętrznego spokoju w czasach zbiorowej histerii.

„Oikofobia”? O moim domu, wigilijnym, szlachetnie polskim i w najlepszym sensie tego słowa: katolickim (tak jest!), nie masz, mój rozkrzyczany polemisto, zielonego pojęcia. Dlatego nigdy go nie dotkniesz. Niedoczekanie.

Jerzy Sosnowski

*

Felietonem tym żegnam się – niewykluczone, że tylko na czas jakiś – z czytelnikami koduj24.pl, którym życzę spokojnych i krzepiących Świąt oraz lepszego roku 2018, w którym oby udało nam się spełnić choć część naszych wspólnych marzeń.

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
MichałZgredzinkaAndrzejNihil Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Nihil
Nihil

Dziękuję P.Jerzy i zycze wszystkiego dobrego na każdy nadchodzący dzień , oby był przeżywamy w wolnym kraju.
I czekam na kolejne felietony

Andrzej
Andrzej

Polska wigilia A.D. 2017 Przy stole jak obyczaj każe cała wielopokoleniowa rodzina. Łamanie opłatkiem i już ciocia Basia, która nie za bardzo Wierzy, za to wierzy w wegetarianizm stwierdza, że nie będzie spożywać „ciała”. Barszczu wujek Andrzej nawet nie tknie, bo barszcz czerwony jest jak wujek Józek z SLD. Wujek Józek nie zje grzybowej, bo ona brązowa jest, a takiego koloru koszule będą niedługo nosić narodowcy czyli syn Andrzeja. Babcia Ala ukradkiem bada zawartość portfela leżącego na stole (aby darzyło się na przyszły rok) i głośno pyta, dlaczego ta stówa nie została wysłana ojcu Rydzykowi na jego zbożne dzieło? Wujek… Czytaj więcej »

Zgredzinka
Zgredzinka

Świetne, no po prostu rewelacyjne pokazanie stanu rozwarstwienia ideologicznego naszego społeczeństwa A.D. 2017.

Michał
Michał

Prawdę mówiąc, współczuję rodziny. U mnie mimo rozmaitych warstw społecznych, poziomu zamożności i wszelkich możliwych zapatrywań politycznych jakoś bez problemu udało się siąść do stołu, zjeść, porozmawiać.I to nawet kilka razy. Kto wierzy ten się pomodlił, kto nie – ten pomilczał. Nikt się z nikim nie pokłócił, nikt o politce nie gadał – mieliśmy dużo ciekawszych tematów. Więc chyba nie jest tak źle.