W NBP rosną koszty wynagrodzeń, choć wyników brak

Byli prezesi NBP osobiście poręczają za byłych szefów i urzędników KNF

Zatrudnienie w NBP pod rządami prezesa Adama Glapińskiego spada, ale rosną koszty wynagrodzeń. Tymczasem, jak przypomina „Rzeczpospolita”, w 2014 roku ówczesny prezes NBP Marek Belka – jako że bank nie miał zysków, a jedynie notował straty – wprowadził program optymalizacji zatrudnienia.

Było to niezbędne, ponieważ w latach 2012-2014 koszty wynagrodzeń regularnie szybowały niemal do kwoty 500 mln! Dopiero odejścia na emeryturę i zwolnienia sprawiły, że w 2015 roku znacząco spadły – do 370 mln zł (średni poziom zatrudnienia wyniósł wtedy 3387 etatów). Zmniejszanie zatrudnienia trwało aż do 2017 roku.

„Rzeczpospolita” przyjrzała się ostatnim sprawozdaniom finansowym NBP – wynika z nich, że pod rządami prezesa Adama Glapińskiego koszty wynagrodzeń pracowników znów podskoczyły. Mimo, że liczba pracowników zmalała, w 2016 NBP wydał na pensje 380 mln zł, a w 2017 roku ponad 388 mln zł. Skąd jednak wyższe płace, skoro siatka wynagrodzeń jest taka sama? Według prof. Belki kluczem są uznaniowe premie i nagrody. – Przyjęty w 2010 roku system wynagrodzeń składał się z podstawowej pensji, uznaniowej premii kwartalnej i z nagród. Zasada była taka, że najlepiej zarabiający powinien być prezes – tłumaczy „Rzeczpospolitej” były prezes NBP. – Nagrody dla dyrektorów zależały od prezesa. Jak byłem zadowolony z pracy, dawałem większą premię, jeżeli nie – to mniejszą. Moja asystentka zarabiała łącznie z premiami ok. 8,5 tys. zł. Zarobki dyrektorów departamentów były wyższe, ale w żadnym razie nie sięgały 60 tys., ale co najwyżej połowy tej sumy i zależały od kompetencji.

Wspomniana kwota, przekraczająca 60 tys. dotyczy Martyny Wojciechowskiej, byłej radnej PiS, a dziś dyrektor departamentu komunikacji społecznej i promocji w NBP, co ujawniła „Gazeta Wyborcza”.

Z kolei portal OKO.press podał, że dyrektor Wojciechowska zarabia nawet więcej, bo dostaje jeszcze 11 tys. zł za zasiadanie w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

W środę na konferencji prasowej Ewa Raczko z NBP zaprzeczyła tym informacjom, ale nie powiedziała jednak, ile wynosi pensja Wojciechowskiej. Przyznała natomiast, że zgodnie z uchwałą zarządu na pensje składają się „różne elementy” – płaca zasadnicza, premie uznaniowe, nagroda dyrektora, prezesa.

W tym właśnie cały szkopuł i sekret wzrostu płac w NBP – to efekt dodatków uznaniowych, które są poza siatką płac. W oświadczeniu NBP odnoszącym się do publikacji na temat wysokich zarobków współpracowniczek prezesa Glapińskiego można przeczytać wymijające informacje, że „środki finansowe NBP nie pochodzą z budżetu państwa, lecz są wynikiem własnej gospodarki finansowej banku centralnego, a w przypadku osiągnięcia zysku przez NBP 95 proc. rocznego zysku podlega odprowadzeniu do budżetu państwa (art. 69 ust. 4 ustawy o NBP). W latach 2004–2017 Narodowy Bank Polski wpłacił do budżetu państwa łącznie 48,04 mld zł”. Kiedy jednak spojrzeć na ostatnie dane dotyczące banku, okazuje się, że wynik finansowy NBP za 2017 rok był … ujemny i wyniósł 2,5 mld zł, w związku z czym w 2018 roku bank centralny nie dokonał wpłaty z zysku do budżetu państwa. Trudno zrozumieć zatem wypłacanie uznaniowych premii.

mpm

Źródło: rp.pl

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o