W obronie mediów publicznych

Ziemiec będzie szkolił dziennikarzy TVP… z etyki!

Dajmy im przetrwać – kiedyś to z nimi będziemy odbudowywać polską kulturę.

Obóz władzy jest na swój sposób imponujący: większość jego inicjatyw osiąga cele dokładnie odwrotne od zamierzonych. Konsekwencja ta budzi mój podziw.

Nowym jej przykładem jest akcja zmierzająca do tzw. „uszczelnienia abonamentu radiowo-telewizyjnego”. Chodzi o to, że media publiczne, zwłaszcza zaś TVP, znajdują się w złym stanie finansowym. Mówiąc prawdę, nie pamiętam, kiedy znajdowały się w dobrym, a pierwszy raz zatrudniłem się w nich w roku, jeśli mnie pamięć nie myli, 1991. Ale za prezesa Jacka Kurskiego kondycja „telewizji narodowej” zrobiła się już zupełnie dramatyczna. Stąd idea, żeby wymóc na operatorach sieci kablowych i sygnału z satelity informacje o abonentach, co miało pozwolić na wyłapanie tych, którzy mają w domu telewizor, a na TVP płacić nie chcą. Skutek? Ludzie zaczęli rezygnować z telewizji kablowej i satelitarnej, pozbywają się odbiorników, bo uprzytomnili sobie, że niemała część interesujących programów jest dziś dostępna w internecie, a ponadto zaczęli zbierać podpisy pod petycją z żądaniem, by z oferty kablowej usunąć TVP. Czyli miało być pieniędzy więcej, a będzie (jeszcze) mniej, choć wspomniana petycja nie ma oczywiście szans na realizację.

Na realizację nie ma szans, gdyż obowiązek umieszczania w ofercie głównych kanałów TVP zapisany został w ustawie o radiofonii, trzeba by więc liczyć na większość parlamentarną, żeby go naprawdę znieść. Przyznam zresztą, że nawet gdyby to było możliwe, nie poparłbym tego rozwiązania. Zadeklarowałem tę swoją rezerwę w internecie, z czego wywiązała się dyskusja, co takiego proponują media publiczne, czego nie mogłyby mieć w ofercie media komercyjne. Innymi słowy: po co nam w ogóle media publiczne? Wydaje mi się, że warto sobie na to pytanie odpowiedzieć, może właśnie teraz, kiedy program TVP – szczególnie, choć nie tylko, w warstwie informacyjnej – jest skandalicznie zły.

Przede wszystkim należy przypomnieć fakt zadziwiająco często podczas takich dyskusji zapominany: media publiczne to nie tylko telewizja, ale i radio. Przez kolejne dekady po 1989 roku, kiedy TVP jawnie lub po kryjomu ograniczała liczbę misyjnych audycji na swojej antenie, Polskie Radio robiło swoje. O paru prezesach mojej dawnej firmy mam zdanie mierne, ale muszę przyznać, że żaden z nich nie posunął się do deklaracji „tyle misji, ile abonamentu”, za którą szła faktyczna komercjalizacja oferty telewizyjnej. Kiedy jesteśmy już okropnie rozdrażnieni tym, co nadaje TVP, włączmy Polskie Radio – i pamiętajmy, że jeśli chcemy zrezygnować z mediów publicznych, to z radia także.

Co powiedziawszy, wróćmy do pytania: dlaczego treści „misyjne” nie mogłyby się znaleźć w ofercie stacji prywatnych, dzięki czemu udałoby się zamknąć wieko trumny nad mediami publicznymi? Z pozoru rozwiązanie takie miałoby mnóstwo zalet. Koniec z wysiłkami polityków, by TVP i PR „realizowały linię informacyjną rządu”, czyli żeby przedzierzgnęły się w rządową tubę propagandową – który to zamiar został za obecnych władz jasno nazwany i wprowadzony w życie, ale przecież i w minionych latach naciski polityczne, mniejsze lub większe, nieraz się zdarzały. Dalej, znika niejasny wymóg, by media publiczne ukazywały obiektywny kształt debaty (media komercyjne nie powinny kłamać, ale mają prawo propagować poglądy bliskie ich właścicielom). Ów wymóg był niejasny, bo mógł oznaczać dwie rozmaite strategie: albo nierealne w gruncie rzeczy udostępnianie anteny absolutnie wszystkim głosom, obecnym w debacie (łącznie z takimi, które wszyscy, poza ich autorami, uważają za niedorzeczne), albo nieoczywiste w praktyce pokazywanie głosów najważniejszych (?), uśrednionych (??), ograniczonych do centrum (???) lub przeciwnie, zderzających radykalne skrzydła (????). Dołóżmy do tego ustawowy wymóg, by media publiczne wspierały demokrację – i mamy gotowy przepis na konflikt, ten właśnie, który obserwowaliśmy przez lata. Skoro czegoś nie da się zrobić tak, żeby wszyscy, którzy za to płacą, byli zadowoleni, to nie róbmy tego w ogóle i będziemy mieli problem z głowy…

Wreszcie, po trzecie, likwidacja mediów publicznych pozwoliłaby na definitywne podporządkowanie rynku mediów dobrodziejstwom wolnego rynku. Jeśli ludzie czegoś potrzebują naprawdę, to za to płacą – mówią zwolennicy takiego myślenia. Jeśli płacić nie chcą, widocznie potrzeby nie odczuwają – tak brzmi credo wyznawców turbokapitalizmu. Media publiczne z tego punktu widzenia są skamieliną po epoce, kiedy państwo wiedziało lepiej od obywateli, co ich uszczęśliwi. Gdy np. płacę za dostęp do oferty HBO czy Canal Plus, to widocznie interesuje mnie oferta tych kanałów. Gdy jestem zmuszony płacić abonament na media publiczne, te przygotowują dla mnie ofertę, która może mnie zupełnie nie ciekawić.

Znów przywołałem kanały telewizyjne, gdy tymczasem to, co chcę pokazać, najlepiej słychać w radiu. Powiadam zatem: „sprawdzam!” i uruchamiam odbiornik radiowy. Pamiętają Państwo jeszcze pytanie, które rozważamy? „Co takiego proponują media publiczne, czego nie mogłyby mieć w ofercie media komercyjne?”. No to włączmy – tak jest, teraz, kiedy mamy powody do narzekań – radiową Dwójkę, a potem przerzućmy się na RMF Classic. I ta, i ta stacja nadaje muzykę poważną. Słyszą Państwo różnicę? Nie wierzę, że nie. To przerzućmy się na radiową Trójkę, na przykład rano, albo wczesnym wieczorem, gdy mowa tam o kulturze – i poszukajmy czegoś podobnego na antenie Radia Zet. Nie ma? Naprawdę? No, nie ma. Jakoś dziwnie nie ma… Albo, skoro i tak wszystkim media publiczne kojarzą się z telewizją, to poszukajmy wśród komercyjnych stacji telewizyjnych odpowiednika TVP Kultura. Spektakle teatralne? Amerykańskie kino nieme? Klasyka kina dźwiękowego? O, jest. Jedna ze stacji komercyjnych od kilku tygodni pokazuje o rozmaitych porach doby „Trzy dni Kondora”…

Zadziwiające, jak wielu ludzi z oporami wyciąga wniosek z lekcji, udzielonej nam przez życie w minionym ćwierćwieczu. „Niewidzialna ręka rynku” (jeden z naszych ulubionych sloganów lat 90.) być może rozwiązuje wiele spraw, ale nie wszystkie, i na pewno nie w obszarze kultury. Na to tworzymy wspólnotę polityczną, żeby dbać o zrównoważony rozwój także tych dziedzin, które w relatywnie niebogatym społeczeństwie nie są w stanie zarobić na siebie. Państwo (nie jakiś obcy twór, przywieziony nam z Moskwy, Waszyngtonu, Brukseli, czy z Marsa, ale NASZE państwo) jest zainteresowane, poprawka: winno być zainteresowane rozbudzeniem wśród obywateli potrzeb, których nie mają lub których sobie nie uświadamiają. Jeśli poddamy prostej grze rynkowej kwestię, czy nadawać disco polo, czy twórczość dodekafonistów, farsy, czy awangardę teatralną, komedię „Głupi i głupszy 2”, czy „Wielkie piękno” Sorrentino – wynik będzie jednoznaczny. Ale nasz rozwój jako społeczeństwa uzależniony jest również od tego, żeby dodekafoniści, oryginalne spektakle i Sorrentino byli dostępni. Nie dlatego, żebyśmy marzyli, że „zawędrują pod strzechy”, lecz dlatego, że potrzebują ich odbiorcy mniej liczni i przez to, jako zbiorowość, mający mniejszą siłę nabywczą, niż odbiorcy disco polo – a cenni, ponieważ to wśród nich rodzą się nowe idee, nowe wynalazki, koncepcje, które ukształtują los zbiorowy. To oni będą decydować, czy Polska w nadchodzących dekadach pozostanie w kręgu krajów rozwijających się, czy spadnie do ligi państw, dostarczających tanią siłę roboczą. KULTURA MA ZNACZENIE – tak brzmiał tytuł pracy zbiorowej, opublikowanej kilka lat temu pod redakcją Samuela Huntingtona, i tej frazy pora nauczyć się na pamięć. Chodzi też o odnawianie się kulturalnej elity: umiejętna popularyzacja trudniejszej sztuki i bardziej wyrafinowanych myśli może skłonić do rozwoju zainteresowań kogoś, kto jeszcze się waha.

Brzmi paternalistycznie? Pozytywistycznie i nudno? Owszem. Ale rozejrzyjmy się: jesteśmy wciąż społeczeństwem na dorobku, także w sensie kulturowym. Jest trochę lepiej, niż dwadzieścia lat temu, niemniej wciąż nie jest dobrze. Kapitał kulturowy wielu rodaków nie przedstawia się imponująco. To nie ich wina: nastąpiło zerwanie przekazu rodzinnego, bośmy się zajęli adaptowaniem się do kapitalizmu i nie mieliśmy czasu na wychowanie dzieci, zdestruowano popeerelowski system upowszechniania kultury, zamiast go wypełnić nową treścią (domy kultury! biblioteki publiczne!) – i tak dalej. Co gorsza, teraz akurat decyzje decydentów, zgodnie z paradoksalną logiką ich działań, wbrew deklarowanym celom zmierzają w stronę dalszego zmniejszania tego kapitału. Decyzja TVP o włączeniu do swojej oferty muzyki disco polo jest symboliczna. Uderzanie w nowatorskie teatry, sprowadzanie historii do poziomu zideologizowanych czytanek – również. Antropologiczny projekt nowej władzy to projekt Polaka o tradycjonalnej, wąskiej wizji świata, alergicznie reagującego na wyzwania przyszłości. „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna” – od czasów Wyspiańskiego zmieniło się tyle, że w tym cytacie z „Wesela” słowo „wieś” należy zamienić na „miasto”.

Naturalnym odruchem na to, co obecnie dzieje się w mediach publicznych (częściej w TVP, niż w Polskim Radiu), jest, rzecz jasna, gniew. Media te służą propagandzie i dalszemu ogłupianiu społeczeństwa, no, to je zlikwidujmy. Na początek znieśmy ich obecność w ofercie kablowej; w ten sposób zacznie się proces, którego już się nie odwróci.

Ale te media pozostają wciąż potencjalnie ważnym narzędziem narodowej edukacji. I choć w mediach komercyjnych zdarzają się wyjątki – Radio Tok FM, mające przyzwoitą (mam nadzieję, bo sam ją obecnie współtworzę) ofertę informacyjną i formacyjną; niepozbawiony wad, ale jednak relatywnie niezły kanał TVN 24; Canal Plus i HBO z ciekawymi nieraz propozycjami filmowymi – to media publiczne będą nam jeszcze potrzebne. Cokolwiek w nich się teraz dzieje, pracują tam ciągle ludzie, potrafiący atrakcyjnie popularyzować to, co trudniejsze w odbiorze, zachęcające do osobistego rozwoju. Dajmy im przetrwać. Kiedyś to z nimi będziemy odbudowywać polską kulturę.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

11 komentarzy do "W obronie mediów publicznych"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
bart

Rolę telewizji publicznej już dawno przejęły TVN i TVN24 – jeśli chodzi o standardy etyczne dziennikarstwa. Co oczywiście nie jest normalne. Ale uważam, że TVP jako instytucja wyjątkowo podatna na polityczne prostytuowanie się powinna być sprywatyzowana. A wymuszanie abonamentu to wyłudzanie, powinno być karalne.

Jan

TVP misji nie spełnia to jasna sprawa, ale w jaki sposób realizuje ją TVN?

Wiśnia

Czy dziesiątki bardzo dobrych a często wybitnych dziennikarzy, jak autor powyższego artykułu, którzy zostali wyrzuceni albo zostali zmuszeni do odejścia z mediów publicznych, będą chciały wrócić mogąc realizować się gdzie indziej, mając wpływ na to co robi ta stacja?

Marek Cz.

Cały problem panie Jerzy jest z tym, że w aktualnych polskich realiach tzw media publiczne mogłyby mieć zerową oglądalność, słuchalność, a i tak by trzeba na nie płacić i utrzymałyby się.

Maciek123454321
Jednym z grzechów (bardzo poważnych) PO było podporządkowanie (co prawda nie całkowite) oficjalnej linii rządu. To samo PO próbowało zrobić z TVN, na szczęście nieskutecznie. TVP należy w przyszłości ustawowo przekształcić w coś, co obecnie reprezentuje BBC. Dać mediom publicznym niezależność podobną do tej, jaką mają sądy (jeszcze mają). Dopiero wtedy można żądać od społeczeństwa powszechnej zrzutki. Obecnie trwa bojkot KURwizji. Bojkot oglądalności, a niebawem i bojkot płacenia. Proszę nas nie namawiać na płacenie na coś, co powinno niby przetrwać, żebyśmy w nieokreślonej przyszłości mogli „odbudować” TVP. Zamiast tego proponuję całkowity bojkot płacenia aż do następnych wyborów. Po wywaleniu PiS-u… Czytaj więcej »
Nika

Redaktorzy Trójki byli moją rodziną, codziennie od rana do wieczora byli ze mną. Po „zmianach” odczułam stratę jakby bliskich mi osób i dotknęło mnie to bardzo. Próbuje czasami, ale nie mogę już słuchać tego Radia. Nawet mój ukochany Redaktor Wojciech Mann już nie jest ten sam. Poszłam za Nogasiem do Wyborczej, Szukam w necie filmów polecanych przez Grażynę Torbicką. I tam się zadomowiłam. Ciężko będzie wracać, nawet jak Trójka zostanie obudowana.

Krzysztof Mazur

Z tego, co pisze autor wynika tylko, że należy zostawić PR i TVP Kultura, a nie resztę TVP. Może po takiej operacji ściąganie abonamentu byłoby łatwiejsze?

Krzysztof Mazur

Dlaczego abonament nie miałby być dobrowolny i rozdzielony, oddzielnie na radio i na telewizję? Wtedy ludzie mogliby wpłacić i nie obawiać się, że będą ścigani do końca życia, bo się zgłosili. W USA publiczne stacje telewizyjne są prowadzone przez niezależne od państwa fundacje i finansowane niezależnie. Jeśli państwo chce się dołożyć, niech zapisze dotację budżetową. Kilkadziesiąt milionów w budżecie na radio (i ewentualnie drugie tyle na TVP Kultura) to budżetowy pryszcz. Inwestorzy kupujący obligacje by tego nie zauważyli. Majątek TVP i PR można by przekazać niezależnej od państwa fundacji, której władze wybierałyby np. uniwersytety.

jurek
Odcisk d.zmiany na radiowej Dwójce jest słyszalny od ponad roku. Wiadomości zostały zastąpione kulturalnymi, meloman nie musi wiedzieć o świecie niczego więcej (!?). Przeglądy prasy musowo omawiające tytuły kościelne, rydzykowe i pisowskie na czołowych miejscach. Audycje wzmożone patriotycznie i katolicko. Dyskusje z tezą, słychać rękę Marka Kochana, pisowskiego spin-doktora. Nawet mój ulubiony redaktor Jerzy KIsielewski uległ szantażom(?) i przeglądając w sobotę prasę unika drażliwych dla władzy (a pamięć odwagi Jego Ojca!) tematów. Ostatnio do rozpaczy mnie doprowadził wypaczając sens wywiadu z Janem Klatą po zabraniu mu Starego Teatru. „Musimy żyć we wspólnym domu” – tyle zostało z gorzkiej rozmowy prowadzonej z… Czytaj więcej »
Rodeo

Nie do końca tym razem zgodzę się z argumentacją Pana Jerzego. Moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, aby po likwidacji nierentownych kanałów publicznych (telewizyjnych i radiowych) w ich miejsce pojawiły się komercyjne odpowiedniki (zresztą już są). Może pytanie, jakie należałoby sobie tu zadać, brzmi: „a co, jeśli obecne, nierentowne i nie do końca dopasowane do potrzeb odbiorców programy publiczne swym istnieniem blokują wejście na rynek kolejnych, prywatnych, lepiej słuchających krytyki i uwag stacji?”

Wszędobylski

Likwidacja tzw. mediów publicznych w Polsce może zwiększyć średnią oczekiwaną długość życia Polaków, a tym samym doprowadzić do bankructwa Polski, ergo nie leży ona w interesie politycznych elit kraju, bo po prostu nie będzie czym i kim rządzić.