Wielkie dzięki

Wielkie dzięki

Dzisiaj – w ostatni czwartek listopada – wypada najważniejsze amerykańskie święto w całym roku – Święto Dziękczynienia (Thanksgiving). Z tej okazji miliony indyków traci życie na ołtarzu wdzięczności, ale cóż, jak wiadomo szczęścia, zdrowia i pomyślności nie dostaje się o tak, zupełnie za nic. Jakieś ofiary muszą być, jak to przy święcie…

Te indyki to nawiązanie do historycznych źródeł Thanksgiving, kiedy to rdzenni mieszkańcy Ameryki – Indianie, najpierw uratowali swoich przyszłych kolonistów ze statku „Mayflower” przed śmiercią z głodu i zimna, a potem – zaproszeni na ucztę dziękczynną – przynieśli w darze wszystko, co amerykańska ziemia rodziła najlepszego: kukurydzę i właśnie indyki. Uczta się odbyła, indyki zjedzono, a potem przybysze z Europy, niezwykle pobożni Pielgrzymi oraz ich potomkowie, wytłukli gościnnych Indian niemal do nogi, odbierając im ziemię i wszystkie jej bogactwa, a niedobitki „czerwonoskórych” zamykając w rezerwatach. Tak – w skrócie – wygląda w Ameryce historia wdzięczności.

Ale zwyczaj pozostał i teraz Thanksgiving to nie tylko ten nieszczęsny indyk. To także miliony kartek z podziękowaniami, wysyłanych nie tylko do znajomych i rodziny (w podziękowaniu, że istnieją), ale też do wszystkich, którym Amerykanin zawdzięczał coś szczególnego w minionym roku. Ten sympatyczny obyczaj trochę ostatnio podupadł, ze względu na generalny odwrót imigrantów od tradycji, ale teraz, za Trumpa, to się pewnie zmieni.

Prezydent-elekt w związku ze Świętem sam powinien zresztą wysłać taką kartkę dziękczynną do Polski, a konkretnie na Nowogrodzką. Z podziękowaniem za praktyczną lekcję dochodzenia do władzy przez odwołanie się do resentymentów rasowych, religijnych i klasowych. Bo przecież, gdyby nie nasza nadwiślańska „dobra zmiana”, nie byłoby teraz w Ameryce mowy o żadnej „good change”!

Druga kartka należy się naszej ekipie od przywódcy Rosji, bo pewnie do dziś nie wierzy, że bez kiwnięcia palcem zyskał tak skutecznych pomocników w realizacji swoich dalekosiężnych planów geopolitycznych. Do tej pory próby przywrócenia w Europie porządków pojałtańskich mogły się wydawać „snem wariata”. A teraz proszę – jeszcze chwila i na Odrze zapadnie piękna, nowa, oślepiająco lśniąca „żelazna kurtyna”.

Liczne pocztówki z indykiem należą się też teoretykom i praktykom „dobrej zmiany” od autorów Brexitu. Bez polityków z Warszawy oraz ich niezawodnego patentu na ogrywanie instytucji europejskich i własnych obywateli, wygranie plebiscytu na Wyspach byłoby zdecydowanie trudniejsze. O ile w ogóle możliwe.
Szczerze mówiąc, wszystkie działające w tej chwili w Unii i poza nią „siły odśrodkowe” powinny wysłać naszej ekipie w Warszawie piękne kartki z okazji Thanksgiving. Bo już od dawna europejscy populiści nie mieli do zawdzięczenia aż tak wiele tak nielicznym!

Z naszą „dobrą zmianą” jej pionierzy odegrali na świecie rolę dobrych Indian, ratujących z politycznej opresji wszystkich tych, co chcieli przywrócenia starych porządków. Polityczny kapitał wciąż zbijają na nich misjonarze powrotu do „dawnej, dobrej przeszłości” , zdawałoby się – bezpowrotnie minionej, i do „wartości” doszczętnie skompromitowanych wcześniej przez historyczną i społeczną praktykę. I proszę – jednak się udało!

Teraz tylko patrzeć jak Europa, Ameryka i reszta świata znów się podzielą, pozamykają i okopią się w swoich bastionach, a my powrócimy do tradycyjnej roli ziemi niczyjej między Wschodem a Zachodem, „dzikich pól” i „przedmurza”. Będziemy znowu żyć tam, gdzie przez ostatnie trzy stulecia – w Polsce, „czyli nigdzie”. Europa, wdzięczna, że uwolniliśmy ją od swojej żenującej obecności na salonach i rachunków, jakie płaciła za nasze nowe autostrady, zamknie nas, tym razem na nasze własne wyraźne życzenie, w sielskim rezerwacie rządzonym przez Wielkiego Wodza i gromadę pijanych władzą czarowników. Taki już los pożytecznych Indian.

Najliczniejsze kartki z podziękowaniem należą się dziś jednak ekipie z Nowogrodzkiej od wdzięcznych Rodaków, którzy poparli „dobra zmianę”. Beneficjenci kolejnych reform, nieprzeliczone rzesze „pięćsetplusowców”, rodzice sześciolatków cudem uratowanych przed szkołą, wcześni emeryci, którzy nie chcieli pracować aż do śmierci, zastępy „Misiewiczów” na państwowych posadach, zaprzysięgli nieprzyjaciele Unii, feministek, obcych, ateistów, komunistów, złodziei, cyklistów, wegetarian, „Gazety Wyborczej” i kogo tam jeszcze kochają nienawidzić, dostali przecież tysiąc powodów do wdzięczności. Teraz mają okazję ją wyrazić. Skromna kartka to doprawdy niewiele, za tyle dóbr i moralnej satysfakcji, która zresztą jest ważniejsza od pieniędzy.

A już zerwanie z pedagogiką wstydu, cudem wyrwana z rąk masońskiej Unii suwerenność, wydarta Europie z gardła nasza bezpowrotnie (zdawałoby się) utracona godność i heroiczny akt powstania z kolan to wartości, których nie da się przecenić. Za to wszystko należy się „dobrej zmianie” głęboka wdzięczność i serdeczne, z głębi serca płynące „dziękujemy”!

Jest tylko jedno małe „ale”. Jak uczy historia Ameryki, która to (historia, znaczy) lubi się powtarzać jako farsa, zanim sprzymierzeni przeciwnicy ekipy z Nowogrodzkiej też wreszcie podziękują „dobrej zmianie”, wcześniej wszyscy, na czele z jej dzisiejszymi zwolennikami, niechybnie skończymy jak Indianie.

Wielkie dzięki… i Happy Thanksgiving.

Bożena Chlabicz-Polak
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
gniewko_syn_rybaSławomirkrakus Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
krakus
krakus

„Tak – w skrócie – wygląda w Ameryce historia wdzięczności.” – to kłamstwo a nie skrót. Indianie nie są zamknięci w rezerwatach. W rezerwatach tylko mogą prowadzić styl życia rodem sprzed 3 tys. lat. Każdy ma obywatelstwo amerykańskie i może się kształcić i robić co chce w ramach prawa jak każdy Amerykanin. Dodatkowo dostają dolary za to że należą do rasy Indian i korzystają z innych przywilejów. A powinni być równo traktowani. Polak w USA nic nie dostaje za darmo za to że jest biały i nie ma ziemi w rezerwacie.

Sławomir
Sławomir

Parafrazując, pisiorów nie sieją, „krakusy” same się rodzą.

gniewko_syn_ryba
gniewko_syn_ryba

Szanowna Pani autorko, słowo „Indianie” jest tak samo niepoprawne politycznie jak „Murzyni” – od lat używa się określenia „rdzenni Amerykanie”. To tak tytułem ostrzeżenia, żeby przypadkiem jakiś rdzenny Amerykanin po przeczytaniu tego tekstu nie wytoczył Pani procesu o naruszenie dóbr osobistych, a w USA to są kwoty liczone w milionach USD… 😉

Poza tym jakoś umknęło Pani, że owi „pobożni Pielgrzymi” to byli prawie wyłącznie… protestanci… ;)))