Wychowanie do przemocy

Wychowanie do przemocy

Wzrosło w Polsce pokolenie, którego część postrzega świat jako zasadniczo wrogi, gdzie, żeby przeżyć, trzeba móc przeciwnikowi przyłożyć, inaczej samemu się oberwie.

11 listopada miałem znowu okazję obserwować marsz narodowców, którego trasa przebiega pod moimi oknami. Widziałem morze płonących rac, tłumy, w których przeważali agresywni młodzi mężczyźni, słyszałem skandowane okrzyki. Toczące się obecnie dyskusje, czy zdeklarowanych faszystów było na marszu zaledwie pięciuset, czy należy do tej grupy zaliczyć wszystkich uczestników wydarzenia, wydają mi się zawracaniem głowy. Jak to już napisał w internecie ks. Andrzej Luter, charakter marszu nie zmienia się od lat i w tym roku udział w nim był równoznaczny ze zgodą na jego charakter. Możliwe zatem, że zwolenników totalitarnej ideologii, która w zasadzie jest ZABRONIONA w naszym kraju, była mniejszość. W takim razie jednak większość wyraziła swoją obecnością bierną akceptację tej ideologii. Kiedy ktoś godzi się na zło, wydaje mi się drugorzędne, czy robi tak z powodu skrajnego braku wyobraźni, z oportunizmu czy z przekonania. Choć oczywiście te rozmaite przyczyny dają większą lub mniejszą nadzieję na wyleczenie.

Uderzające jest, jak przez ostatnie lata rozpowszechniła się podczas demonstrowania patriotyzmu specyficzna estetyka tych demonstracji. Race, gniewne okrzyki, wśród których „śmierć wrogom ojczyzny” i „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” należą do względnie łagodnych, mundury organizacyjne i szturmówki… Nie byłem entuzjastą akcji „Orzeł może„, zorganizowanej przez radiową Trójkę kilka lat temu, uczestniczyłem w niej w poczuciu lojalności wobec firmy i dyrekcji, która wśród wielu świetnych pomysłów ten jeden miała gorszy – ale przyznam, że dziś trochę inaczej widzę ówczesny marsz z balonikami i żartobliwymi ulotkami. Tak, jeśli mam do wyboru wyrażenie swojego patriotyzmu w klimacie pogodnego pikniku, z uśmiechem i poczuciem, że bycie Polakiem jest sympatyczną formą bycia człowiekiem, albo w klimacie nienawiści do (zmistyfikowanego) wroga, w ogniu i dymie, to wolę ten pierwszy wariant. Ale drugi, który stał się niestety normą, wymaga refleksji.

Kiedy ktoś godzi się na zło, wydaje mi się drugorzędne, czy robi tak z powodu skrajnego braku wyobraźni, z oportunizmu czy z przekonania.

Gardłowymi, męskimi głosami wykrzykiwane hasła przeciw rozmaitym siłom (muzułmanom, Żydom, „czerwonej hołocie”, „wrogom ojczyzny”, ludziom o niebiałym kolorze skóry), płonące race, wyciągnięte w górę pięści – to kulturowy odpowiednik zachowania kota, który widząc potencjalnego napastnika stroszy futro, wygina grzbiet i staje bokiem, żeby wydać się większym niż w rzeczywistości. To, innymi słowy, deklaracja przemocy: potencjalnie fizycznej, faktycznie symbolicznej. Skandujemy, wznosimy pięści, rozpalamy czerwone ognie, rzucamy petardy (w zeszłym roku na ulice przebiegające pod wiaduktem, prowadzącym na most Poniatowskiego, spadł grad petard, choć w tym roku – lojalnie przyznaję – prawie ich nie było), ponieważ chcemy poczuć się silni. Ale ponieważ przymiotnik „silny” używany bywa metaforycznie, więc trzeba podkreślić: chodzi o siłę fizyczną. O możliwość sponiewierania kogoś, kogo uznajemy za przeciwnika, o moc uderzenia, kopniaka, o sprawność bojową.

Nie ma chyba wątpliwości, że niemała część młodych ludzi jest obecnie zafascynowana takim właśnie przejawem siły. Niedaleko mojego mieszkania znajduje się sklep z akcesoriami dla kibiców. Reklamował go przez wiele miesięcy plakat, przedstawiający zamaskowanego i zakapturzonego młodzieńca o potężnych ramionach, mającego zatknięte za pasek race jak granaty. Trudno powstrzymać się od stwierdzenia nieprzyjemnego, bo redukującego człowieka do jego fizjologii, że to testosteronowy rodzaj budowania tożsamości. Jestem mocny, bo jeśli nie sam, to z kolegami potrafię spuścić łomot. Wspierają mnie środki pirotechniczne, które wystraszą lub oszołomią wroga. A jeśli to nie wystarczy, to przejdziemy do rękoczynów. Ewentualnie użyjemy jakiejś formy broni (już kilka lat temu ktoś zwracał uwagę, że w Polsce sprzedaje się mnóstwo kijów bejsbolowych, ale w ogóle nie ma rynku na piłeczki do bejsbola).

Co się stało, co poszło nie tak? Przecież testosteron, żeby wrócić do hipotezy, że to o fizjologię chodzi, buzuje w mężczyznach (zwłaszcza młodych) od zawsze. Kibole robili sobie „ustawki” także trzydzieści lat temu, ale łatwo dawało się je odróżnić od manifestacji patriotycznych. Oczywiście, bo i po ten argument się sięga, „Si vis pacem, para bellum”, więc fakt, że pewien procent młodych ludzi będą stanowić silni, wytrenowani do wysiłku i do znoszenia bólu mężczyźni, był i pozostaje czymś korzystnym dla bezpieczeństwa państwa. A jednak coś się zmieniło.

Pierwsza hipoteza przypomina trochę dziewiętnastowieczną myśl Malthusa. Otóż w naszej części świata od siedemdziesięciu lat nie było wojny. Jakkolwiek brzmi to okropnie, w historii nieomal każde pokolenie zakosztowało konfliktów zbrojnych, które kanalizowały nadmiar męskiej agresji. Jeśli tak, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że jesteśmy skazani: tej biologicznej determinanty nie przeskoczymy, przygotowani przez biologię do aktów agresji młodzi mężczyźni muszą znaleźć okazję do samorealizacji, jakaś forma wojny (zewnętrznej albo wewnętrznej) musi przyjść. Mam nadzieję, że ta hipoteza jest nietrafna.

…już kilka lat temu ktoś zwracał uwagę, że w Polsce sprzedaje się mnóstwo kijów bejsbolowych, ale w ogóle nie ma rynku na piłeczki do bejsbola…

Na szczęście (?) przychodzi mi do głowy inna koncepcja. Myślę o minionych dwudziestu siedmiu latach suwerennej Polski. O zjawiskach z rozmaitych dziedzin, którymi owszem, niekiedy martwiliśmy się, nie biorąc pod uwagę możliwej kumulacji ich skutków.

Zacznijmy od drobiazgu. Kiedy na początku lat 90. zniesiono cenzurę, w ustawie o radiofonii i telewizji wprowadzono obostrzenia, które miały chronić dzieci i młodzież… przed czym, przed przemocą i okrucieństwem? Najchętniej napisałbym, że nie, ale byłaby to nieprawda, bo owszem, trochę. Główną jednak troską moralistów był seks. Sceny erotyczne uznano za destruujące psychikę dojrzewającego człowieka, co przyjąłbym do wiadomości bez protestu, gdyby nie to, że wobec bijatyk, strzelanin, tortur i tak dalej stosowano znacznie liberalniejsze kryteria. Rzecz jasna, chyba nikt nie zadeklarował wprost tego przekonania, ale awantury o erotykę w telewizji były wielokrotnie głośniejsze, niż awantury o film sensacyjny, w którym bohater rozprawiał się krwawo z przeciwnikami. Przemoc na ekranie została oswojona, ale nie daj Boże, żeby widz musiał się skonfrontować z widokiem nagiego biustu. Niespecjalnie mnie pociesza, że to szaleństwo sprowadziliśmy z purytańskiej (kiedyś) Ameryki.

Potem – przemoc w rodzinach. Wiele udało się zrobić dla ujawnienia ciemnej liczby przestępstw w rodzinach, choć cały czas rozmaite panie Dulskie obojga płci twierdziły, że ofiary przemocy domowej zmyślają, a jeśli nie, to i tak nie powinno się o tym głośno mówić. Skupieni przy tym na tragedii kobiet, nie poświęcaliśmy chyba odpowiednio dużo uwagi przeżyciom dzieci i zebranym przez nie straszliwie pouczającym doświadczeniom.

Dalej warto przypomnieć o zjawisku, które chyba dwukrotnie w minionym trzydziestoleciu stawało się popularnym tematem publikacji prasowych i za każdym razem znikało po jakimś czasie z łamów, a mianowicie o tzw. „fali” w szkole. Długo tolerowany barbarzyński zwyczaj z wojska przeniósł się nagle do podstawówek, a wkrótce i gimnazjów: świeżo przyjęte „koty”, „bażanty”, czy jak inaczej w danym miejscu nazywano nowe roczniki, bywały przedmiotem okrutnych praktyk „inicjacyjnych”. Przemoc obecna na ekranach i w wielu domach zjawiła się także w placówkach edukacyjnych.

Ktoś może zaprotestować, że nie zjawiła się, bo zawsze tam była. Owszem, jako absolwent szkoły podstawowej na warszawskiej Woli, kiwam głową: przez osiem lat nauki bywałem uczestnikiem, ofiarą, a najczęściej świadkiem sporów, rozstrzyganych przy pomocy pięści (najrzadziej byłem agresorem, bo doświadczenie nauczyło mnie szybko, że inni są silniejsi i bardziej bezwzględni; ale owszem, i to się zdarzało). Tyle, że już w liceum agresja wykluczała z grupy, bo dowodziła niedojrzałości i narażała na ostracyzm rówieśników. Z tego, co słyszę, ten mechanizm społeczny działa dzisiaj w bardzo ograniczonym stopniu.

Dołóżmy do tego świat bezwzględnego bieda-kapitalizmu nie tylko z lat 90. Ewidentną fascynację działającymi w Polsce grupami przestępczymi, te absurdalne wywiady-rzeki z rodzimymi mafiosami, ich obecność w filmach. Historie takie, jak przedstawiona w świetnym „Długu”, albo ta, która wydarzyła się we Włodowie, dowodzące, że w pewnych okolicznościach nie można liczyć na pomoc policji czy prokuratury i trzeba (?) wziąć sprawy we własne ręce.

I jeszcze weźmy pod uwagę kolejne fale dyskursu antyinteligenckiego. Przecież narzekanie na elity ma także ten aspekt: że są to wyizolowane rzekomo z „ludu” (cokolwiek to znaczy) grupy, które dzielą włos na czworo, odwołują się do dialogu, kompromisu, są skłonne stawać w obronie jakichś mniejszości, a jeszcze martwią się losem gejów, w stereotypie nieskłonnych do bitki. Naturalnie nie to było głównym zarzutem, ale skoro krytykujemy jakieś środowisko, to – chciał, nie chciał – obalamy także jego obyczajowość i przyjęty system wartości, ten zaś wykluczał pięść jako argument.

Zmierzam do tego, że można – i nawet trzeba – domagać się zdelegalizowania organizacji, które mniej lub bardziej świadomie mylą szlachetny patriotyzm ze złowrogim nacjonalizmem, szowinizmem, ksenofobią, faszyzmem wreszcie. Ale to jest leczenie objawowe, bo w miejsce jednych przedsięwzięć tego typu wejdą kolejne. Gdyż wzrosło w Polsce pokolenie, którego znacząca część została wychowana do przemocy. Które postrzega świat jako zasadniczo wrogi, gdzie, żeby przeżyć, trzeba móc przeciwnikowi przyłożyć, inaczej samemu się oberwie.

Zmierzam do tego, że można – i nawet trzeba – domagać się zdelegalizowania organizacji, które mniej lub bardziej świadomie mylą szlachetny patriotyzm ze złowrogim nacjonalizmem, szowinizmem, ksenofobią, faszyzmem wreszcie.

Co zaś najstraszniejsze, ta choroba się udziela. Niedawno byłem świadkiem, jak grupa wszechpolaków starała się zakłócić pewną imprezę. Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że moim pierwszym marzeniem było wziąć jednego z agresorów za kołnierz i… Tak, w moim wykonaniu byłoby to nie tylko niemoralne, ale w dodatku groteskowe – i szczęśliwie wiem o tym. Ale myśl o przemocy jako sposobie rozwiązywania konfliktów zadomowiła się w większości z nas, także w tych, którym miłość ojczyzny nie rymuje się ani z racami, ani ze zbiorowymi okrzykami nienawiści.

Jerzy Sosnowski

Polecamy również

  •  
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

8 komentarzy do "Wychowanie do przemocy"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Maryś

Trafne.

Anda

Niestety mój prawie dorosły syn trenuje od jakiegoś czasu krav magę. Mówi, że nie można się zgodzić, żeby tylko łysi prawicowcy bili i trzeba być w stanie dać odpór.

Paweł

Trenuje, żeby bić ludzi? Winszuję.

jurek
Konstytucja RP: Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa. Czy, od 1997 r., mieliśmy przykład zastosowania tego prawa Ustawy Zasadniczej? Ukryty jest tam także zakaz obecności we władzach członków organizacji utajniających członkostwo (co z Opus Dei?). Dlaczego także w tym, tak ważnym w dłuższym horyzoncie zakresie, prawo jest lekceważone? Czy możemy… Czytaj więcej »
kastanienallee

Dobry tekst, autor próbuje zajrzeć głębiej i zrozumieć przyczyny wzrostu agresji na ulicach. Brakuje jednak dwóch aspektów: genderowego (to problem młodych mężczyzn, widać tu reakcję na spadek znaczenia tej grupy, co więcej – u tych młodzieńców można wyraźnie wyczuć sprzeciw wobec dokonującej się właśnie emancypacji młodych kobiet, naruszającej najboleśniej dotychczasową ich pozycję, stąd poparcie dla zakazu aborcji i dziwaczny na pierwszy rzut oka sojusz z konserwatywną frakcją Kościoła katolickiego) oraz ekonomicznego (młodzi mężczyźni jako przegrani przemian gospodarczych ostatnich 30 lat na całym świecie, wspólny mianownik ISIS i wielu innych takich ruchów).

Jacha

Pan Jerzy jak zwykle w punkt …

Aspirant
PiS jest opleciony rosyjską agenturą wpływu, jego władza jest uzależniona od wsparcia ze strony Moskwy. Jedno słowo Putina i PiSu nie ma. Wystarczy że ojciec Dyrektor, który jest najważniejszą postacią w aparacie propagandowym Moskwy w Polsce powie, że PiS jest zły i kilka milionów fanatyków odwróci się od Prezesa, dokładnie tak stało się z LPR i Giertychem, którzy zniknęli z polityki. Zamykanie Biełsatu, ogromne wsparcie polityczne dla Łukaszenki, w praktyce zerwana współpraca z Ukrainą, atakowanie Merkel, Tuska i UE, spotkania z Orbanem – podnóżkiem Putina, to zapłata za wsparcie propagandowe jakie otrzymuje PiS ze strony Moskwy. To wsparcie również można… Czytaj więcej »
hanna

PO TAKICH DOŚWIADCZENIACH , UPOKORZENIACH , KIEDY W KOŃCU UDAŁO SIĘ ZDOBYĆ DEMOKRACJĘ , SKĄD TAKA NIENAWIŚĆ I ZAJADŁOŚĆ WŚRÓD MŁODYCH ? GDZIE POPEŁNILIŚMY BŁĄD ?