Wylazło z nas złe

Wylazło z nas złe

Polska to już nie „Chrystus narodów”, ale raczej „Antychryst narodów”, skoro wręcz strach tu przebywać, jeśli się ma ciemniejszy kolor skóry.

Co sprawia, że jakiś pogląd, upodobanie, postawa, dominuje w kulturze danego narodu? A wyrażając się dokładnie: co sprawia, że odnosimy wrażenie, iż pogląd (upodobanie, postawa) dominuje w narodowej kulturze? Na przykład kultura czeska wabi nas, Polaków, ironicznym stosunkiem do wielkich słów, zdrowym rozsądkiem, żeby nie powiedzieć: plebejskim sprytem i kultem piwa, krótko mówiąc: szwejkowatością. Co ważniejsze, słyszałem z ust Czechów dość podobną autocharakterystykę, często zresztą z komentarzem, że tego dziedzictwa Szwejka sami mają już po dziurki w nosie. A zatem nawet, jeśli ten portret braci Czechów ma w sobie coś ze stereotypu, niekoniecznie jest to stereotyp całkowicie błędny (ludzki umysł potrzebuje stereotypów, bez nich utonęlibyśmy w mrowiu szczegółowych obserwacji – chodzi tylko o to, by nie poddawać się stereotypom fałszywym i czujnie rejestrować, że owe stereotypy w konkretnych przypadkach nieraz zawodzą).

Co więc sprawia, że kultura czeska ma takie właśnie oblicze? Przecież z pewnością można znaleźć niejednego Czecha, który nie jest ironistą, ma skłonność do szaleństwa, a nie do zachowań racjonalnych, nie lubi piwa ani plebejskich żartów. Czemu zatem nawet sami Czesi czują, że w stosunku do ich kultury taki Czech jest świadomie lub mimowolnie kontestatorem-odstępcą?

Kultura, rzecz jasna, nie może się obyć bez swoich nosicieli – ale nimi nie jest. Kultura to zestaw wzorców zachowań, idei, obyczajów, ukształtowanych przez setki lat i uważanych przez wspólnotę narodową za obowiązujące. Poszczególni ludzie mogą w swoim realnym życiu poddawać się im naprawdę albo tylko deklarować przywiązanie do nich – ale nie mogą udawać, że ich nie ma. To one wytwarzają pewną lokalną odmienność, bo nawet te kłamliwe deklaracje wytwarzają pewien charakterystyczny styl życia. Żeby po raz ostatni spojrzeć za południową granicę: w Czechach jest z całą pewnością więcej piwiarni, niż u nas; w Polsce nakręcono „Popiół i diament”, tam – „Pociągi pod specjalnym nadzorem”.

No więc, żeby nie pozostawić wyjściowego pytania bez odpowiedzi: te dominujące składniki kultury są przekazywane z pokolenia na pokolenie (poprzez opowieści rodzinne, treści nauczania, książki i tak dalej), natomiast tym, co je w danej epoce urzeczywistnia, są wybory żyjących naprawdę ludzi. Choć nie jesteśmy tego świadomi, odbywa się nieustanne głosowanie nad tym, co z narodowej tradycji traktujemy serio, co – już nie bardzo, ale ciągle jeszcze staramy się udawać, że owszem, a co odkładamy do lamusa. Przy czym zasady tego głosowania nie są demokratyczne. Istnieją niewątpliwie środowiska, których głos liczy się podwójnie – mam na myśli środowiska opiniotwórcze. To od nich zależy przede wszystkim, co w kraju „uchodzi”, a co nie. Tak, tak, mam na myśli dokładnie to, co w krytycznej propagandzie idącego po władzę PiS-u zostało nazwane „mainstreamem” i „elitami”. Jak to pisał Stanisław Brzozowski (nieco uwspółcześniam cytat z książki sprzed 107 lat): „Kulturą nazywamy system wymagań, przez których spełnienie utrwalamy siebie poza sobą”, czyli zyskujemy wpływ na otoczenie. Strażnikami tego systemu wymagań są owe straszne „elity”, zresztą rzeczywiście w liczbie mnogiej, bo każdy naród jest zróżnicowany i na przykład to, co pozwoli zyskać poważanie na Południu USA niekoniecznie zyska aprobatę Jankesów (i odwrotnie). Choć istnieje pewna część wspólna, należąca do całego narodu – co, jeszcze raz powtórzmy, nie oznacza wszystkich bez wyjątku jego członków.

Oddaję się tym pozornie „akademickim” rozważaniom, ponieważ wydaje mi się, że w naszej kulturze, kulturze polskiej, dzieje się ostatnio coś niepokojącego. To, że kultura ewoluuje, jest naturalne. Lękiem napawa jednak kierunek, który przybrały owe zmiany.

Przez półtora stulecia, z pewnością do początku lat 90., było oczywiste, że podwaliny dla nowożytnej kultury polskiej stworzył romantyzm. Zgodnie z tym, co napisałem wyżej, nie chodziło przecież o to, że wszyscy Polacy solidarnie zaczytywali się Mickiewiczem czy Słowackim. Ten romantyczny fundament pojawiał się w rozmaitych zachowaniach, często nie do końca nawet czytelnych dla samych uczestników zdarzeń.

Trzy przykłady tytułem ilustracji. Pierwszy dotyczy gustu. Wiele, wiele lat temu przypadł mi w udziale miły obowiązek pokazania Polski francuskiej rodzinie (z południa Francji). Zapakowałem ich do swojego malucha (to już musiało być dla nich mocne doświadczenie) i pojechaliśmy: Częstochowa, Kraków… W drodze powrotnej postanowiłem im pokazać Szlak Orlich Gniazd. Skręciłem zatem z głównej drogi i jakimiś opłotkami dotarliśmy do bardzo pięknej, moim zdaniem, ruiny, na skraju wsi. W tym miejscu kończył się asfalt. Niebo zaczerwieniło się od zachodu słońca. Nad obgryzioną zębem czasu wieżą krążyły, kracząc, jakieś ptaki. Idealna sceneria do spaceru, zwłaszcza, że wieczór ciepły. Więc zapraszam moich Francuzów, żeby rozprostować kości, na co oni skulili się we wnętrzu samochodu, a ojciec rodziny, wyjrzawszy przez boczne okienko, powiada do mnie: „Ah, no, merci. C’est trop romantique” (A nie, dziękujemy. To ZBYT ROMANTYCZNE). Przysięgam, że o tym nie pomyślałem; ale on miał rację, takie właśnie było!

Przykład drugi, zupełnie czego innego dotyczący: we wrześniu 1981 roku odbył się, jak wiadomo, I Zjazd „Solidarności”. Sytuacja międzynarodowa była taka, że pytanie o wkroczenie Armii Czerwonej brzmiało nie: czy, tylko: kiedy (trzy miesiące później okazało się, że generał był w stanie zdławić nasz ruch lokalnymi siłami). I oto delegaci uchwalają „Przesłanie do narodów Europy Wschodniej”, będące wprost wezwaniem, by w krajach ościennych naśladować ruch „Solidarności”. To piękny dokument, kiedy się go czyta dzisiaj, ale wówczas zwłaszcza zachodni komentatorzy łapali się za głowę: z racjonalnego punktu widzenia był „drażnieniem niedźwiedzia”. Ale wystarczyło przypomnieć sobie dziewiętnastowieczne hasło „Za wolność waszą i naszą”, żeby go zrozumieć.

I wreszcie przykład trzeci, z tej samej epoki, ale pokazujący jeszcze coś innego. Kiedy Czesław Miłosz po raz pierwszy, od momentu emigracji, przyjechał do Polski, konsekwentnie próbowano go u nas nazywać „wieszczem”, co zresztą niezmiernie go irytowało – bo on akurat do dziedzictwa romantycznego miał stosunek ambiwalentny. To wywiedzione z epoki Mickiewicza przekonanie, że wielki pisarz musi być wieszczem, doprowadziło zresztą do już zupełnie absurdalnej próby – fakt, że chyba tylko jednej – gdy dziennikarz TVP, w felietonie poświęconym, bodaj, trzydziestej rocznicy śmierci Gombrowicza, także i jego tym określeniem uświęcił.

Potem wydawało się, że przeobrażająca się kultura polska przewartościuje swoje własne korzenie, a po stu pięćdziesięciu latach fundamentalna rola romantyzmu polskiego ulegnie osłabieniu. Wzbudziło to zresztą falę dyskusji, a wręcz niepokoju, bo jeśli nie romantyzm, to co? Jeszcze w 2010 roku czytelnik mojego dziennika internetowego domagał się ode mnie wyznania wiary w narodowy mesjanizm, bo jeśli nie byłbym mesjanistą, to co ze mnie za Polak. Mówiąc nawiasem, podejrzenie, że do mickiewiczowskiego mesjanizmu mam stosunek jednoznacznie negatywny, było efektem nieporozumienia.

Tylko że minęło kilka lat i – cóż to się dzieje? Romantyczny mesjanizm, to uznanie Polski za „Chrystusa narodów”, miał wprawdzie, moim zdaniem, głównie znaczenie terapeutyczne po przegranym powstaniu listopadowym, ale przyniósł później szereg konkretnych zjawisk społecznych. Przede wszystkim wspominane już tu hasło „Za wolność waszą i naszą”, którego ukonkretnieniem było masowe poparcie dla Wiosny Ludów, udział Józefa Bema w powstaniu węgierskim, a potem – owszem, owszem – Jarosława Dąbrowskiego w Komunie Paryskiej. To, że później w czasie II wojny Polacy walczyli daleko poza granicami naszego kraju, stanowiło, rzecz jasna, przede wszystkim skutek klęski wrześniowej – ale jednak walczyli i ginęli, a nie czekali, by ktoś załatwił to za nich. A pamiętają Państwo reakcję naszej opinii publicznej na krwawe wydarzenia w Rumunii u schyłku roku 1989? A sympatię do Pomarańczowej Rewolucji?

I oto te same siły, które tak chętnie powoływały się na polski romantyzm jako niezbywalny składnik narodowej kultury, dopuściły do SWOJEGO „mainstreamu” postawę, stanowiącą jego negatyw. Polska to już nie „Chrystus narodów”, ale raczej „Antychryst narodów”, skoro powiadamy, że nie interesują nas Syryjczycy ani Ukraińcy, pal sześć Białoruś, a Francuzi, czy Anglicy, skoro mają u siebie zamachy, to niech sami się martwią, bo przecież to Merkel nawarzyła jakoby piwa. W naszej ojczyźnie, o której myśleliśmy przez lata, że stanowi wzorzec z Sevres gościnności, nie tylko nie wpuszcza się uchodźców (w ŻADNEJ liczbie), ale wręcz strach tu przebywać, jeśli się ma ciemniejszy kolor skóry, gdyż mnożą się rasistowskie ataki. W kraju, którego największy poeta w swoim najważniejszym tekście – mam oczywiście na myśli III część „Dziadów” – prorokował, że przyszły przywódca będzie „z matki obcej”, przypuszczenie, że ktoś nie jest czystej krwi Polakiem (to znaczy: że może częściowo jest Żydem, bo przecież nie chodzi o Holendrów; nota bene Mickiewiczowi też prawdopodobnie o pochodzenie żydowskie chodziło), formułuje się dla skompromitowania tego kogoś. Czytelniczkom i czytelnikom (postromantycznej przecież!) „Trylogii” imponował Ukrainiec – Bohun, cnotę Oleńki przed przebrzydłym Radziwiłłem ratował niejaki Braun, piękna przyjaźń łączyła Wołodyjowskiego ze Szkotem Ketlingiem – a my w jakimś opętaniu ksenofobią odwracamy się plecami do całego świata i powiadamy, że wokół sami wrogowie.

Wylazło z nas złe. Było, odpowiadało za zbrodnie w Jedwabnem czy w Kielcach, kotłowało się przez dziesięciolecia poza „mainstreamem”, ale po nauczce 1968 roku przez lata traktowane było słusznie jako ponury cień tego, co w naszej kulturze naprawdę wartościowe. Teraz zostało dopuszczone do kompanii. I, obawiam się, długo nie wróci tam, gdzie jego miejsce: do kloaki poglądów, których wyznawanie wyklucza nie tylko z dobrego towarzystwa, ale z narodowej kultury.

Jerzy Sosnowski

PS. Kolejny felieton ukaże się po przerwie wakacyjnej.

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Krzysztof MazurWiśniaHenryk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Henryk
Henryk

Świetne! W drugim przykładzie ( Posłanie do krajów Europy Wschodniej) brałem udział, chociaż jestem z chłopów, to jednak nakaz „Za wolność naszą i waszą” uważałem za drogowskaz moralny, ale proszę zwrócić uwagę „Solidarność” przyjęła także nierewolucyjny, nieszlachecki etos działania bez przemocy i stosowała go konsekwentnie, nawet w stanie wojennym, aż do okrągłego stołu.
Rzeczywiście wylazło z nas złe i na dodatek aprobują to niektórzy ludzie z „S” i niestety z kościoła.

Wiśnia
Wiśnia

Mam przyjaciół, rodzinie Hindusów. Od roku rozmawiamy o terminie ich wizyty u nas w Polsce. Kilka dni temu podczas kolejnej rozmowy która miała uściślić termin ich wakacji w Polsce dowiaduję się że nie przyjadą, bo oglądając i słuchając tego co się u nas dzieje, po prostu się boją, a mnie jest wstyd i przykro. Źle się dzieje w państwie polskim.

Krzysztof Mazur
Krzysztof Mazur

Romantyczny mesjanizm był ucieczką od rzeczywistości w kierunku mocarstwowych fantazji i w takim sensie polityka rządu PiSu jest romantyzmu kontynuacją. Też mamy sny o potędze i wiarę w zaczarowanie rzeczywistości. ‚Gawiedź wierzy głęboko’, jak napisał Mickiewicz. Jeśli ‚gawiedź wierzy głęboko’, że obcy są źli, to w czym problem? Mickiewicz zgodnie z własną populistyczną logiką powinien zostać ksenofobem.