Wymiana elit – ale na co?

Prawie 2,5 mln zł publicznych pieniędzy wydał Piotr Gliński na prywatne kancelarie prawne

Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego.

Na pogrzebie Janusza Głowackiego nie było przedstawiciela Ministerstwa Kultury. Należy przyznać, że sprawowany przez pana profesora Piotra Glińskiego urząd jest przynajmniej konsekwentny. Na przykład żaden jego przedstawiciel, o samym szefie resortu nawet nie wspominając, nie pojawił się również na ostatnich, 90. urodzinach Andrzeja Wajdy. Takie sygnały, których można by wyliczyć więcej, dziwić nie powinny. Wszystko to jest składnikiem mocnego założenia ideologicznego, z którym Prawo i Sprawiedliwość objęło władzę. To założenie brzmi: obecna elita kulturalna i intelektualna Polski jest spadkobierczynią sowieckich okupantów, wyobcowaną z ducha narodu, toteż należy ją wymienić. A skoro tak, to nie ma powodu oddawać hołdu odchodzącym przedstawicielom tej elity. Zasługą jest już to, że taktownie powstrzymujemy się od wyrażenia ulgi.

W odpowiedzi można oczywiście zapytać ironicznie, skąd PiS weźmie tę nieskażoną przez komunizm nową elitę. Wszak Jarosław Marek Rymkiewicz – jeden z nielicznych pisarzy, których talentu, mimo fundamentalnej niezgody na to, co obecnie głosi, nie sposób kwestionować – urodził się trzy lata wcześniej, niż Głowacki. W młodości, jak znaczna część jego pokolenia, należał do ZMP, a jako trzydziestolatek podpisał tzw. „kontrlist 600”, prokomunistyczną odpowiedź na protest przeciwko cenzurze, znany jako „List 34”. Inni, cenieni przez nową władzę twórcy, jak Marcin Wolski czy Jan Pietrzak, mają bodaj czy nie bardziej dwuznaczne karty w swoich życiorysach. Nie bez powodu tak docenia się Wojciecha Wencla – gdyż ten w 1989 roku miał siedemnaście lat, można więc przyjąć, że publicznie nie zdążył zrobić nic niestosownego.

Ale ten sposób reagowania na pisowską wymianę elit wydaje mi się z dwóch powodów błędny. Po pierwsze, wdajemy się w ten sposób w wojnę na życiorysy. Oczywiście, trudno nie mieć uciechy, przyłapując obecną władzę na niekonsekwencjach i hipokryzji: grzechy „naszych” są zmazane, bo są nasi, grzechy „waszych” są nie do zapomnienia. Ale jednak człowiek czuje, że poddaje się logice dość wstrętnej. Powód drugi jest ważniejszy, bo dotyka kwestii merytorycznych, nie zaś emocji. O nim będzie reszta tego tekstu.

Jak w ogóle kształtowała się w historii elita kulturalna i intelektualna Polski? Weźmy najpierw pod uwagę pierwsze dekady XIX wieku. Istniał wtedy silny ośrodek akademicki w Wilnie. Tworzyło go środowisko wykształcone u schyłku I Rzeczpospolitej. W Warszawie działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, utworzono Uniwersytet Warszawski. W Krakowie był oczywiście Uniwersytet Jagielloński, we Lwowie – Uniwersytet Franciszkański. Poza tym doniosły wpływ na to, kogo faktycznie uznawano jako autorytet, miały salony, związane z cenzusem majątkowym i dyplomem szlacheckim. Z tego ostatniego powodu mechanizm samoreprodukowania się elity, który funkcjonował, trudno uznać za szczególnie sprawiedliwy. Toteż literacki z pozoru spór „romantyków” z „klasykami” miał znaczenie nie tylko estetyczne, ale i społeczne: był swoistą rewoltą, toczoną jednak w obrębie istniejących reguł. Ostatecznie to salony musiały się przekonać do romantyków, by uznać ich za nową elitę narodu.

Ten właśnie mechanizm, będący wypadkową sytuacji społecznej, politycznej oraz rzeczywistej atrakcyjności intelektualno-artystycznej ludzi, którzy aspirowali do elity, bywał zakłócany przez najtragiczniejsze wypadki dziejowe. Po każdym zrywie powstańczym, zwłaszcza zaś po roku 1863, można było powiedzieć to, co lubi w kontekście II wojny światowej powtarzać PiS: że mianowicie najlepsi zginęli. Ci, co przeżyli, musieli brać pod uwagę ograniczenia cenzuralne lub zamilknąć. Na szczęście już wtedy wypracowano tzw. „język ezopowy„, pozwalający twórcom i odbiorcom porozumiewać się pomimo braku wolności słowa. Mówiąc nawiasem, zasady owego języka ezopowego nie były, rzecz jasna, nigdzie spisane i przez to uległy w znacznym stopniu zapomnieniu. Sztandarowy przykład tego zjawiska to sposób, w jaki od dekad czytamy „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, każąc uczniom zastanawiać się nad idiotycznym pytaniem, czy społecznik może mieć żonę, podczas gdy dla pierwszych czytelników tej powieści było oczywiste, że Judym zrywa z Joasią nie dlatego, że będzie mu przeszkadzać w leczeniu biedoty (co za pomysł?!), tylko dlatego, że został właśnie członkiem socjalistycznej konspiracji w Zagłębiu – na miejsce zamordowanego przez policję Korzeckiego – i tym samym przez resztę życia będzie się ukrywał.

Po 1918 roku niepodległa Polska stała oczywiście przed pokusą całkowitej wymiany elit: patrząc z naszej perspektywy, nie byłoby ostatecznie nic zaskakującego w stwierdzeniu, że twórcy z okresu zaborów byli w większości tymi zaborami fatalnie skażeni. A jednak ministrem kultury nie został wówczas – czy ja wiem? – np. od pewnego momentu otwarcie krytykujący zaborców Żeromski, tylko kompletnie apolityczny przed I wojną Zenon Przesmycki-Miriam, u progu stulecia grzecznie zanoszący swoje wyrafinowane pismo, „Chimerę”, do rosyjskiej cenzury. Twórcy naszego państwa rozumieli bowiem, że zerwanie ciągłości w kulturze to absolutna ostateczność, niezwykle groźna dla narodu. Tak, dokonuje się czasem takie częściowe, niejako wewnętrzne zerwanie, jak w erze walki romantyków z klasykami. Nigdy całkowite i w dodatku sterowane kryteriami, których żaden polityk naprawdę nie zrozumie. Natomiast zaprojektowana wymiana elity to przedsięwzięcie z założenia totalitarne (nawet jeśli nie znano wówczas jeszcze tego pojęcia), to znaczy płynące z marzenia o świecie całkowicie odmiennym, niż rzeczywisty, poddanym woli jednostki lub niewielkiego grona ideologów.

Taki właśnie totalitarny zamiar mieli z pewnością w 1949 roku komuniści. Nie, nie stało się nic innego, niż po dziewiętnastowiecznych powstaniach (emigracja wielu wybitnych obywateli, krwawe represje na pozostałych). Komuniści przy tym dokonali tego, co skądinąd planowały w okresie okupacji także środowiska niepodległościowe, to znaczy odblokowali (wreszcie!) drogę awansu dla dzieci miejskiego i wiejskiego proletariatu. Naturalnie działo się wtedy mnóstwo niesprawiedliwości, a ludzie, którzy wchodzili do elity kulturalno-intelektualnej, podobnie jak ci, którzy starali się w niej utrzymać, wykonali niejeden gest wiernopoddańczy (wystarczy poczytać „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej). Jest oczywiste, że im bardziej konserwatywne czy nacjonalistyczne poglądy miał wówczas obywatel, tym trudniej mu było zdobyć się na kompromis. W tym sensie, zgoda, naturalne mechanizmy samoreprodukcji elity kulturalnej narodu uległy zatarciu. Nie zniszczały jednak całkowicie, a to dzięki temu, że okres stalinowskiej smuty trwał krótko: od szczecińskiego zjazdu literatów, gdzie ogłoszono doktrynę socrealizmu, do pierwszych zwiastunów odwilży („Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka) minęło pięć i pół roku. Co to jest pięć i pół roku – że zapytam socjologa, profesora Piotra Glińskiego – dla mechanizmów społecznych?

Po 1956 do Polski wraca część emigrantów (Maria Kuncewiczowa, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz, później też Teodor Parnicki). Korzystając z nieformalnego paktu Gomułki ze społeczeństwem, ludzie kultury zaczynają poszerzać granice wolności (w stosunku do okresu przed 1956 rokiem, nie w stosunku do realiów po roku 1989!). Odbudowują się uniwersytety, rozpoczyna się złoty wiek kultury PRL. Choćby filmy z tego okresu są cenione także poza granicami Polski („polska szkoła filmowa”), doprawdy nie przez agentów KGB. W tych warunkach rozwija się elita, którą dzisiejsze władze próbują wymienić, jako skażoną przez komunę.

To prawda, że najgorzej wyszło na tym środowisko polskiej prawicy. W okresie „karnawału Solidarności” zaczytywaliśmy się Miłoszem, Herbertem i Barańczakiem, Tischnerem i Kołakowskim – a nie Bolesławem Micińskim czy Feliksem Konecznym (wymieniam te dwa nazwiska w poczuciu że robię krzywdę Micińskiemu, ale może się mylę). Świat się jednak zmienił cokolwiek od wiosny 1939 roku i trudno mi pozbyć się myśli, że to niedocenienie twórców o poglądach prawicowych mogło być efektem niezawinionego przez nich anachronizmu ich dzieł. Zresztą trzeba być zupełnie zaślepionym ideologicznie, żeby nie dostrzec, że kontrpropozycja dla „lewicowej” kultury, jaką podsuwa nam PiS, jest, łagodnie mówiąc, mało przekonująca artystycznie i intelektualnie. Wystarczy spojrzeć na nową podstawę programową: więcej tam dzieł WYCOFANYCH (bo są „nie po linii”), niż nowych, które jakoby wcześniej nie miały szans zaistnieć. Wiele hałasu – i wychodzi z tego raptem Rymkiewicz i Wencel, czyli stary poeta, o którego nie ma co się oburzać (chyba, że z jego twórczości do podręcznika wejdzie akurat agitka „Do Jarosława Kaczyńskiego”, a nie np. wspaniałe wiersze z tomiku „Moje dzieło pośmiertne”), oraz poeta w średnim wieku, który zapewne podzieli kiedyś los Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, to znaczy trafi do smutnego rozdziału historii literatury pt. „Inni poeci epoki” (swoją drogą, lepszy byłby Polkowski, zwłaszcza z wczesnych lat 80.). Jak to się ujmuje w kategoriach sportowych: krótka ławka w tej prawicowej kulturze polskiej.

Podejrzewam, że w tych niemądrych i żałosnych manifestacjach Ministerstwa Kultury, w tych znamiennych przemilczeniach wybitnych twórców, którzy odchodzą, skrywa się właśnie bezradna złość, że tak naprawdę nie ma kogo promować. Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Konwickiego na Łysiaka, Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego. Nie sposób postawić „Smoleńska” ponad „Ziemią obiecaną”. Jerzy Zelnik i Katarzyna Łaniewska to nie ta liga, co Daniel Olbrychski i Krystyna Janda (bądźmy sprawiedliwi: Ewa Dałkowska – owszem). No to przynajmniej tamtych zamilczmy na śmierć, a może w pustce stanie się jakiś cud. Nawet trochę władzy współczuję: wierzyć, że naturalnie ukształtowana elita narodu to skutek knowań jakiegoś środowiska, które przewalczyć można silną wolą – i odkryć, że, jak mówił klasyk, „z pustego i Salumun nie naleje”. To musi boleć.

Jerzy Sosnowski
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

13
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
MariuszJerzy SosnowskiWaldemarHalinasmętek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ted
Ted

„Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego.”

Jesśli nie on, to inni wymienia, bez mrugnięcia okiem. Np taki Sasin – on nie miałby z tym najmniejszych problemów.
A jeśli pan Gliński będzie miał, o jego też wymienią.

Andrzej
Andrzej

Ten Gliński to też mały człowiek, czy może stworzyć coś wielkiego?

adama
adama

PiS nie stworzy elity, bo twórczość wszelaka wymaga wolności, a PiS to partia ludzi chorych na władzę a żeby totalitarną władzę utrzymać trzeba zamordyzmu.

Krzysztof
Krzysztof

Wspomniał Pan tu nazwisko tow. Wolskiego. Miałem nieprzyjemność wysłuchać kilku minut jego wystąpienia w radiowej Trójce, Trójce, która i Panu, i mnie (jako wieloletniemu słuchaczowi) w dalszym ciągu jeszcze jest bliska, aczkolwiek coraz mniej. To było tuż po północy kilka dni temu. Po pięciu minutach wyłączyłem radio ze wstrętem, bom nie zdzierżył. Tekst wygłoszony przez Wolskiego miał być zapewne satyryczny, niestety był wściekle polityczny – wiadomo w jakim kierunku skierowany był jad wydalany przez naszego ulubieńca. Ciekaw jestem, czy Pan też tego słuchał i czy miał podobne odczucia. Aż się wierzyć nie chce, że ten sam człowiek kiedyś (przed wielu… Czytaj więcej »

Jerzy Sosnowski
Jerzy Sosnowski

Szanowny Panie, przyznaję: nie słuchałem Wolskiego, nie oglądałem Pietrzaka. Zdrowie już nie to. Serdeczności. JS

Sasin z bazin
Sasin z bazin

I pomyśleć, że „Techniczny” pójdzie na studniówkę swojego nowo narodzonego dzieciątka w wieku 81 lat, co na pewno nie będzie dla „dzieciątka” wydarzeniem sympatycznym.

smętek
smętek

W naszej historii już coś takiego było. W latach 1948-1950 „naprodukowano” kadr, które objęły stanowiska sędziów i prokuratorów. Rok 1968 zaowocował wysypem docentów. Teraz będą profesorowie bo tytuł poważnie brzmi.

Ted
Ted

Profesorow, tzw uczelnianych już mamy, np L. Kaczyński był takim, podobnie pani Pawłowicz

Halina
Halina

Niestety elita narodu, to nie tylko wspaniali pisarze i poeci. PiS chce wymienić elity we wszystkich dziedzinach. Czymże jest zamach na sądownictwo, na TK, SN, KRS jeśli nie dążeniem do wymiany elit na swoje. Jakość tych elit widać choćby po pani Przyłębskiej czy panu Muszyńskim. Wymiana elit ma nastąpić na wyższych uczelniach. Dziennikarzy o odmiennych poglądach też się zastąpi swoimi, po dekoncentracji i repolonizacji mediów, tak jak zrobiono to już w radiu i telewizji zwanych publicznymi. Nawet fachowców od hodowli koni arabskich trzeba było zastąpić swoimi. Jeżeli wszyscy, którzy się na to nie godzimy nie połączymy sił, nie przestaniemy się… Czytaj więcej »

Waldemar
Waldemar

Polityka (nie tylko!) kulturalna rządzącej wszechwładnie partii przypomina mi jazdę samochodem z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Minister Gliński nie jest jakimś ciemniakiem z Wydziału Kultury KC i siła rzeczy musi znać prawdziwą, a nie wydumaną przez prezesa, hierarchię wartości. Aż tak mocno oddziaływuje na tę sferę projekt ideologiczny, w który zdaje się wierzyć, te wszystkie „rewitalizacje inteligencji”. ‚ wymiany elit” czy tworzenie wyimaginowanej „Akademii Literatury”? Tu warto przy okazji wspomnieć, iż projektodawcą przedwojennej Akademii był nie kto inny jak Stefan Żeromski i należeli do niego faktycznie czołowi twórcy II RP. Oczywiście można zapełnić TVP nowymi, a mocno usługowymi buźkami, można zaorać… Czytaj więcej »

Mariusz
Mariusz

Oczekiwałem Pana głosu od chwili gdy rozpoczęła się ta aferka z lekturami. Co tam Sosnowski będzie miał do powiedzenia. I wyszło, że niewiele. Powtórki, powtórki, powtórki jak na (byłego) nauczyciela przystało. Podobnie pisał Pan na wiosnę. I znów Łysiak, Wencel, Wolski, Rymkiewicz a naprzeciw elita i geniusze współczesnej(lata 1950+) prozy i poezji; Tokarczuk, Konwicki, Miłosz, Głowacki, Młynarski etc. Ja nie jestem tak oczytany jak Pan publicysta, wiec trudno mi oceniać wartość twórczości tych osób. Z tego zestawu znam pisarzy „lewicowych”(Konwicki, Miłosz) a bynajmniej nie uważam się za „lewaka” czy liberała politycznego. W ogóle, jaka to „wymiana elit” przez zmiany w… Czytaj więcej »

Jerzy Sosnowski
Jerzy Sosnowski

Szanowny Panie, po pierwsze: nie pisałem o lekturach szkolnych (kwestia podstawy programowej była przywołana jako jeden z przykładów), ale o próbie wymiany elit. Po drugie: proszę wybaczyć szczerość, ale skoro, jak Pan sam siebie określa, nie jest Pan oczytany (chwali się Pan nieznajomością choćby jednej książki Tokarczuk i Głowackiego, a także tekstów Młynarskiego!!!) – a do tego już Pan nasiąkł populistycznym sposobem myślenia (vide zdanko: „każdy miał przydzielone miejsce przez ówczesną elitę”) – to dość trudno podejmować z Panem dyskusję serio. Dlaczego mimo to odpowiadam, wyjaśnię na końcu. Po trzecie: pyta Pan „kto z dzisiejszych elit ‚liberalno-lewicowych’ włączając Jerzego Sosnowskiego,… Czytaj więcej »

Mariusz
Mariusz

Widzę, że mój komentarz spotkał się z odpowiedzią nie tylko tu, ale wywołał też refleksję Pana Jerzego na jego blogu. Mogę powiedzieć, że spotkał mnie zaszczyt, mimo że zostałem tam sportretowany jako „pewny siebie głupiec, szczerze przekonany, że głupi nie jest” Ok, sporo ostatnio tej szczerości. Mógłbym być także bardzo szczery, ale przez grzeczność nie będę. Ale korzystając z tej nieszczęsnej demokratyzacji wypowiedzi, ponownie zabiorę głos. Zacznę od usprawiedliwiania się, choć nie muszę. A więc, w sensie ścisłym przeczytałem „choćby jedną książkę Tokarczuk” (Głowackiego nie), ale że był to zbiór nowel, nie traktowałem tego jako dowodu na znajomość pisarki. Co… Czytaj więcej »