KAROL MODZELEWSKI: Kaczyński chce władzy nieskrępowanej. Przez nikogo i przez nic

Kaczyński chce władzy nieskrępowanej. Przez nikogo i przez nic

Wywiad Magdy Jethon z historykiem prof. Karolem Modzelewskim:

Wiążę nadzieję z oporem społecznym KODu. To jest opór, z którym bardzo trudno wygrać. Nie wydaje mi się nawet, żeby państwo policyjne mogło sobie z tym łatwo poradzić.

Magda Jethon: Czy to, co się ostatnio w Polsce dzieje, podważanie trójpodziału władzy, czyli fundamentu demokracji, to kolejna klęska solidarnościowego środowiska?

Prof. Karol Modzelewski – Od czerwca 1989 r. – jak dotąd – największa. Rozdarcie społeczne – to właśnie uważam za klęskę – powstało na skutek głębokiego rozczarowania bardzo dużej części społeczeństwa. To kulturowe pęknięcie. Z jednej strony, mamy ludzi lepiej wykształconych, lepiej sytuowanych, lepiej oceniających bilans polskiej transformacji, z drugiej – wielką rzeszę ludzi, których liberalna modernizacja kraju zdegradowała i pozostawiła za burtą. Te dwie grupy dzieli szczelna bariera komunikacyjna, przez którą w jedną ani w drugą stronę nie przenikają oceny, argumenty, informacje. Mamy do czynienia z pęknięciem więzi społecznych i rozbiciem polskiego społeczeństwa na dwie części obce, a nawet wrogie sobie nawzajem. Chwilami wygląda to nawet tak, jak byśmy tracili świadomość, że stanowimy jeden naród.

Mocne słowa…

– Polska jest przedzielona chińskim murem. I jest to mur wykluczający komunikację. Próby przezwyciężenia tego przez rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim i jego współpracownikami są naiwne. Wręcz głupie. Natomiast próby przekroczenia tego muru w komunikacji społecznej są absolutnie nieodzowne, jeżeli mamy z tego, co się nam przydarzyło, wyjść. Póki te dwie Polski mówią różnymi językami, nie mamy szansy do niczego dojść. Na razie my nie czytamy ich prasy oni nie czytają naszej prasy. Wiedza o nas samych jest niekompletna. Do tego dochodzi wzajemne poniżanie.

Jeżeli nie przez rozmowy z Kaczyńskim, to jak ten mur burzyć? To on ma władzę wykonawczą, ustawodawczą i publiczne media.

– Skoro pyta Pani byłego rzecznika pierwszej „Solidarności” to odpowiadam: tak, jak wtedy to robiliśmy.
Wtedy tamta strona też miała monopol mediów, ale my szukaliśmy wspólnego języka nie z Biurem Politycznym PZPR, tylko z członkami tej partii w zakładach pracy. Dlatego w marcu 1981 r. do powszechnego strajku ostrzegawczego przystąpiły wraz z nami komitety zakładowe partii. I nie wolno myśleć o ludziach, którzy głosują na PiS tak, jak Kaczyński mówi o nas: że są Polakami „gorszego sortu”. Trzeba postarać się zrozumieć, dlaczego ci ludzie opowiedzieli się za PiS. Musieli mieć po temu powody. Jeżeli nie dostrzeżemy tych powodów oraz racji ludzi pozostawionych za burtą, to nie wyjdziemy ze ślepego zaułka.

Podział Polski w wyniku rozczarowania transformacją był nie do uniknięcia?

– Zawsze jest możliwość innego rozwiązania, ale na pewno wtedy w 1989 r. nie było innej drogi w sensie politycznym i ideowym. Plan Balcerowicza nie miał alternatywy, bo ekipa, która go wprowadzała, nie zastanawiała się nad żadną alternatywą. Z góry założyła, że jest jedna droga. Po traumie stanu wojennego społeczeństwo zawierzyło tym, którzy dzierżyli w ręku symbol czy mit nieistniejącej już Solidarności. Rząd Mazowieckiego był chorążym tego mitu. Ta wiara pomogła przejść przez najgorszy moment bez wybuchów społecznych. Nie było jednak siły politycznej, która by budowała alternatywę choćby wobec planu Balcerowicza.

Te nierówności mogą prowadzić do utraty wolności?

– Pytanie, czy mogą, jest sformułowane w złym czasie, w złym czasie w sensie gramatycznym. Mogły oczywiście, bo spowodowały…

Nie ma już wolności w Polsce?

– Jest, ale widzę, że robi się wszystko, by tę wolność skasować. Władza robi wszystko. Poprzednio PiS próbowało budować IV RP, czyli coś na kształt państwa policyjnego za demokratyczną fasadą. Robili to dość nieudolnie, bo nie mieli większości w parlamencie. Nie mogli marzyć o tym, żeby zmienić konstytucję czy sparaliżować Trybunał Konstytucyjny. Musieli robić wszystko w ramach konstytucji, choć deptali ją przez fakty dokonane. Potknęli się na prowokacji wobec Leppera. To było oskarżenie „uszyte” w CBA, które ten rząd przewróciło. Teraz, kiedy zdobyli większość w obu izbach i mają prezydenta, postanowili, nie mogąc zmienić konstytucji, zmienić ład konstytucyjny przez uchwalanie nowych ustaw, które są niekonstytucyjne. Trzeba było zacząć od obezwładnienia Trybunału Konstytucyjnego, następnym krokiem był skok na media, potem ustawa o prokuraturze. Następnym krokiem musi być skasowanie niezawisłości sądów. Jak się to wszystko zbuduje, to i wybory nie są problemem, bo się przeprowadzi zmianę ordynacji wyborczej, skrojoną na wzór Orbana. A jeżeli to nie będzie dawało rękojmi, bo chyba nie będzie, to się odzyska, bez trudu, bo już nie będzie niezawisłych sądów, komisje wyborcze. To jest oczywiście scenariusz czarny, ale prawdopodobny. Zmierzamy właśnie w tę stronę.

Pisał Pan w książce „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”: „Próba moralnej delegitymizacji rywali ze względu na ich historyczny rodowód godzi w nas, bo próbując poniżyć przeciwnika, sami narażamy się na znikczemnienie”. PiS delegitymizuje cały dorobek III RP. Jarosław Kaczyński musi wiedzieć, że to jest niedobre dla nas, ale też niedobre dla niego.

– To oczywiście może się w przyszłości okazać dla niego szkodliwe. Ale nie sadzę, żeby dziś uważał, że to jest niedobre dla niego. Choć mogę się mylić. Nigdy nie wnikałem w jego psychikę. Zdecydowanie zawsze wolałem jego brata – Lecha. Jarosław ma taką inteligencję, o której lubi myśleć, że jest makiaweliczna. A Lech miał inteligencję, dla której punktem zaczepienia były pewne zasady. To poważna różnica. Mogę sobie więc tylko wyobrażać, czego Jarosław Kaczyński chce, po tym co robi, czasem po tym, co mówi.

To czego chce?

– Chce, żeby władza, którą sprawuje on i jego formacja, nie była skrępowana uprawnieniami innych podmiotów społecznych, czyli sądów, wolnych mediów, niezależnych ruchów społecznych, całym zestawem rozmaitych nienaruszalnych praw obywatelskich.

Nikt w Polsce nie ma wpływu na to, co robi Jarosław Kaczyński? Nikt nie próbuje go przekonać?

– Ja bym go nie przekonywał. Szkoda czasu, bezskuteczne zajęcie. W tej sprawie nie mam złudzeń.

Sądzi pan, że Jarosław Kaczyński i jego ludzie wierzą w słuszność tego, co robią? Nie słyszą protestów najważniejszych prawniczych środowisk? A może odcięli się od rzeczywistości?

– Myślę, że im dłużej to będzie trwało, tym bardziej będą ulegali złudzeniu, że mają wszystko w ręku. Jest taka psychologiczna reguła, którą potwierdzają statystyki, że rządzący, wprawdzie odczuwają boleśnie, że ich władza nie jest pełna, ale jednocześnie ulegają oderwaniu od rzeczywistości. Kiedy w końcu uznają, że nie muszą się z nikim liczyć, to wchodzą na równię pochyłą. A na jej końcu jest katastrofa. Niestety, nie tylko ich katastrofa.

Pisał Pan w książce, że „historia jest na dłuższą metę nie sterowna, zdarzają się jednak momenty zwrotne, gdy silnie motywowana grupa ludzi potrafi wpłynąć na jej bieg”. Mamy taki moment zwrotny?

– Szczerze mówiąc – nie wiem. W jaką stronę to się będzie rozwijało? Jak długo będzie trwało? Jakie przyniesie skutki? A także, jakie przyniesie trwałe szkody psychospołeczne? Tego wszystkiego nie jestem w stanie przewidzieć. Natomiast mogę powiedzieć tym, którzy tworzą strategię nowego państwa PiSowskiego, że jeżeli im się wydaje, że tę kobyłę osiodłają i będą na niej jeździć, to się mylą. Ten ruch społeczny, czyli KOD, na to nie pozwoli.

Mit „Solidarności” został zniszczony. KOD może zbudować nowy?

– KOD jest wielkim ruchem społecznym, zrywem, jakiego nie było przez przeszło 35 lat. Może więc być nową nadzieją. Czas pokaże, czy również i wielkim mitem.
Porównywanie „S” i KODu ma zresztą sens tylko w bardzo ograniczonym wymiarze. Jest pewna atmosfera, która przypomina tamtą. To jest prawdziwa aktywność społeczna. Od bardzo dawna tego nie było i to jest jedyny bardzo istotny czynnik budzący nadzieję w naszej obecnej sytuacji. Nie liczyłbym na to, że nas z tego wyciągnie Unia Europejska. Tym bardziej nie liczyłbym, że nas z tego wyciągnie prezydent Stanów Zjednoczonych, ktokolwiek nim będzie.
Natomiast uważam, że nadzieję można wiązać z oporem społecznym KODu. To jest opór, z którym jest bardzo trudno wygrać. Nie wydaje mi się nawet, żeby państwo policyjne mogło sobie z tym łatwo poradzić.

Zaangażowanie społeczeństwa w KOD jest rzeczywiście duże, ale niektórzy twierdzą, że mogłoby być większe. W wielu środowiskach ludzie zarzucają sobie wzajemnie koniunkturalizm, brak zaangażowania, niechęć opowiadania się po jakiejś stronie. Dziś np. artyści nie są tak solidarni jak byli w stanie wojennym, kiedy ogłoszono bojkot mediów. Czy ta ostrożna postawa może mieć wpływ na przebieg tego konfliktu?

– Na pewno może wpływać na długotrwałość konfliktu. Rządy PRLu utrzymywały się tak długo, ponieważ ludzie, nawet tak zwane elity, szły na kompromis, układały się z władzą. W różny sposób. Zawsze był jakiś powód. Można było dostać działkę pracowniczą, talon na samochód, dzieci wysłać na kolonie. Albo po prostu nie narażać się. Znaczna część społeczeństwa stała w tak zwanym rozkroku, z jednej strony słuchała Rozgłośni Radio Wolna Europa, z drugiej przynależała do PZPR. Umacniała w ten sposób system i wydłużała jego żywot.

Dziś jest trochę podobnie. Jedni boją się napiętnowania w internecie, inni Ziobry, CBA czy urzędu skarbowego, inni, że stracą pracę. Oni wszyscy mówią: całym sercem jestem po stronie KODu, ale nie mogę tego głośno powiedzieć, bo być może spotka mnie kara.

– Dopóki artyści będą martwili się o koncesję na dostęp do swoich fanów, młodzi ludzi będą bali się o swoje kariery i nie opowiedzą się po stronie, do której są przekonani, to będziemy stać w rozkroku. Im szybciej ci ludzie zrozumieją, że takie układanie się z władzą przedłuża jej żywot, tym krócej ta władza będzie trwała.

Podobno prezes Kaczyński boi się KODu?

– To znaczy, że boi się społeczeństwa. I słusznie.

Z profesorem Karolem Modzelewskim rozmawiała Magda Jethon

prof. Karol ModzelewskiProf. Karol Modzelewski

Historyk, w czasach PRL współautor, z Jackiem Kuroniem, Listu otwartego do partii (1965), jeden z duchowych przywódców buntu młodzieży studenckiej w marcu 1968 r. i jeden z ojców- założycieli pierwszej „Solidarności”.

 

 

  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media
Subscribe
Powiadom o
guest
17 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Marek
Marek
4 czerwca 2016 19:11

Wg mnie mankamentem nieusuwalnym z teraźniejszej dyskusji jaka toczy się w elitach, to swego rodzaju obecny cały czas warszawo-centryzm. Wszystko co ważne dzieje się w Warszawie, wszystko co ludzi interesuje, tamże. Tak już nie jest.
Pan Modzelewski był łaskaw wspomnieć o młodzieży, że boi się o swe kariery. Ona się nie boi, zaręczam. Tylko chce być patriotami w prawdziwym sensie tego słowa i jak planuje swe kariery to w Polsce, a jak nie będzie mogła ich tu zrobić to wyjedzie. Niedawno bowiem czytałem w sieci badania opinii, z których wyszło że około 4 mln Polaków planuje wyjazd za granicę. To powinno być sygnałem już nie żółtej, czerwonej, czy innej kartki dla rządzących spod jakiegokolwiek szyldu, ale ryczącą syreną alarmową.
Niedawno też do mnie dzwonił pewien przedsiębiorca, u którego parę lat temu szukałem pracy. Mówił, że „państwo nie wyszkoliło i oni zostali na lodzie. Praca jest tylko nie ma ludzi.”. Ja mu odpowiedziałem, że młodzież teraz to skończy jakąś szkołę, plus jakieś kursy i zaczyna się rozglądać za pracą. Po jakimś czasie uznaje, że wystarczy jak załapie się na jakąś „śmieciówkę”, tam nabędzie trochę praktyki i plecak spakowany i na Zachód, Europa otwarta. On (przedsiębiorca) mi na to, że liczy się jeszcze pewność zatrudnienia. Ja powiedziałem, że sam wie najlepiej na jakich warunkach gros młodzieży jest teraz zatrudniana w Polsce.
No i na koniec. Powiem o pracy. to nie jest ta o której bębnią na okrągło w TV, radiu, gazetach i na portalach. Jakaś spółka SP, jakieś urzędowanie, ale ta zwykła, ta w większościowej już prywatnej gospodarce. Ta w sklepach, firmach i innych formach działalności. Ta praca generuje większość PKB. A praca o jakiej się teraz tylko gada, to: jakiś redaktor, dziennikarz, inny został usunięty z pracy. Ludzi to nie obchodzi, z tego względu że już od lat pracują na wolnym rynku, a wolny rynek tak właśnie wygląda. Dzisiaj pracujesz za tydzień być może jeszcze tak, a za pół roku może już nie. Pora zacząć to dostrzegać, a nie patrzeć na zwykłych ludzi tak jak była pani premier podczas spotkania w pociągu na współpasażera. Bo w jej wzroku było pytanie: Po „naszej stronie” czy nie?

Natalka
Natalka
6 czerwca 2016 16:03
Reply to  Marek

„jak planuje swe kariery” jak od dziesięcioleci, to się akurat nie zmienia.
„to w Polsce, a jak nie będzie mogła ich tu zrobić to wyjedzie” i to podobnie jak od dziesięcioleci.
Zdziwienie? Ojej, ludzie wyjeżdżali do pracy za granicę w latach ’60 i ’70, i ’80, i ’90… Tylko teraz można jechać bez paszportu, bez granic, z większą łatwością, a i ludzie czują mniej oporów wewnetrznych, to i skala się zwiększyła.
I nie ma to żadnego związku z warszawo-centryzmem.
Tłumaczenie swoich słabości miejscem zamieszkania nie ma sensu / jest wygodnym uproszczeniem..

Marek
Marek
6 czerwca 2016 20:52
Reply to  Natalka

Od dziesięcioleci? Od ilu… dziesięcioleci? Polacy mogą trzymać swe paszporty w domu dopiero od dwudziestu kilku lat. Polska należy do strefy Schengen od mniej niż dziesięciu lat.

Alex
Alex
5 czerwca 2016 00:16

cyt.Plan Balcerowicza nie miał alternatywy, bo ekipa, która go wprowadzała, nie zastanawiała się nad żadną alternatywą. Z góry założyła, że jest jedna droga. – ale czy na pewno nie bylo moze nie innej drogi ale mozliwosci minimalizacji skutkow ubocznych. kiedy pisze te slowa w TVN24 przypominane sa slowa SP Lecha Kaczynskiego dotyczace wlasnie dnia 4 czerwca 1989 r z podkresleniem jego radosci tak to by ten czas czas i nadzieji i radosci sam bedac wtedy mlodym czlowiekiem oddajac glos na Solidarnosc doswiadczajac jak wiekszosc z nas roznych niedogodnosci zycia w tzw PRL-u mialem nadzieje ze powoli solidna. uczciwa praca z czasem bedzie mi a potem moim dzeiciom zylo sie lepiej ale takze moim rodzicom- mijaly lata i zaczely sie wyraznie rysowac roznice.,polaryzacja na biednych i bogatych, cwaniakow i ludzi ukladu. .Pomimo dobrej pracy i wyzszego wyksztalcenia czulem ze „rzadzacy akurat to maja w przyslowiowych 4 literach.” liczyly sie prywatyzacje . uklady . kolesiostwo-ja jak i moja grupa zawodowa bylism za to mamieni jakimis mglistymi obietnicami wizjami jak sie okazywalo bez pokrycia. okazalo sie ze nie warto byc uczciwym bo wystarczy „legalnie ukrasc pierwszy milion” by miec na start a jak jeszcze stary uklad funcjonowal to zaczelo byc eldorado. Dzis wracamy do tamtego dnia i kazdy sie tez zastanawia dlaczego potem sie zmienilo Mysle jednak ze w tym sporze ktory opiera sie o dzien 4 czerwca tak naprawde nie chodzi o ten dzien chodzi o to co potem sie dzialo . sadze ze problem lezy nie tylko w zakresie dekomunizacji politycznej owczensej sceny politycznej ale gospodarczeJ i tu nalezaloby sie odwolac do genezy powstania Planu Balcerowicza. jesli spojrzymy na to w kontakscie kryzysu finansowego z 2008 r. i sposob u dzialania agencji ratingowych, bankow moze sie okazac ze stalismy sie zakladnikami Planu Balcerowicza gdzie tylko niewielka ilosc osob z blisko 40 mln mieszkancow Polski tak naprawde mogla byc i jest pelnymi beneficjentami przeksztalcen. Ponizszy tekst nie jest mojego autorstwa .byc moze jest tematem do szerszej dyskusji z pytaniem czy rzeczywiscie tak musialo byc.Dzisp. Swiecicki mowi ze PO moze i popelnila bledy i nie byla doskonala ale mozna to naprawiac i ulepszac. Tym ktorrzy popadli w skrajna nedze. stracili prace. utracili zdrowie czy nawet w miedzyczasie zmarli takie slowa to jak przyslowiowemu „umarlemu kadzidlo”(przepr. jesli kots poczul sie urazony) Pozdrawiam

23 lat temu w prestiżowym Financial Times ukazał się pod datą 22 czerwca 1989 roku króciutki artykuł Edwarda Mortimera, Johna Lloyda, Petera Riddella i Lionera Barbera, przedrukowany niewiele później w polskim Forum pod datą 2.07.1989. Tekst informował o zaaprobowaniu w zasadzie przez ekspertów komunistycznego rządu Mieczysława Rakowskiego i „Solidarności” planu opracowanego przez światowego finansistę nowojorskiego Georga Sorosa.
Plan ten, nazwany później „terapią szokową”, zakładał rozwiązanie ekonomicznych i finansowych problemów Polski za pomocą drastycznych oszczędności połączonych z wprowadzeniem wymienialności pieniądza i szybką odbudową kapitalizmu.

Oprócz drastycznych wyrzeczeń socjalnych oczekiwanych od polskiego społeczeństwa, jego kluczowym założeniem był faktyczny rozbiór gospodarczy polskiego przemysłu państwowego w formule prywatyzacyjnej, dzięki temu iż, rząd polski (…) przekazałby wszystkie przedsiębiorstwa państwowej agencji likwidacyjnej, która przeprowadziłaby ich reorganizację w spółki akcyjne. Z 25-30 proc. kapitału stworzono by fundusze powiernicze zajmujące się obsługą zadłużenia kraju – ich szefów – mających prawo odsprzedaży tych akcji – mianowaliby wierzyciele.

Zaaprobowanie tego planu przez przedstawicieli ówczesnego rządu komunistycznego i postolidarnościowej grupy politycznej tzw. doradców na czele z nieżyjącym już prof. Bronisławem Geremkiem, było samo w sobie czymś zdumiewającym. Oznaczało to, że polski rząd poza granicami kraju i w tajemnicy przed własnymi obywatelami zawiera międzynarodowe uzgodnienia dotyczące nie tylko najważniejszych spraw gospodarczych i socjalnych, ale zasad zbycia całego majątku przemysłu narodowego, co po prostu nazywa się zdradą narodową.

W Polsce o tym planie zapadło zgodne i głuche milczenie (z dwoma jednostkowymi wyjątkami – nieżyjącego już prof. Józefa Balcerka i niżej podpisanego) trwające po dziś dzień. Ale w 1991 roku autor tego planu G. Soros opublikował książkę, w której dość szczegółowo omówił swoją rolę w polskiej transformacji, poczynając od założenia w Polsce swej Fundacji Batorego w 1988 i spotkania z gen. Wojciechem Jaruzelskim oraz przedstawienia idei terapii szokowej nieżyjącemu już komunistycznemu premierowi M. Rakowskiemu
G. Soros, Underwriting Democracy, The Free Press, New York 1991).

Przygotowałem szeroki program ekonomiczny obejmujący trzy elementy: stabilizację monetarną, zmiany strukturalne oraz reorganizacje długu – pisze G. Soros – Zaproponowałem swego rodzaju makroekonomiczną wymianę długu na akcje polskich przedsiębiorstw.
(…) Połączyłem swoje wysiłki z prof. Sachsem z Uniwersytetu Harvarda, którego działalność sponsorowałem przez Fundację Stefana Batorego. Współpracowałem również blisko z prof. Stanisławem Gomułką, doradcą Leszka Balcerowicza.

Plan Sorosa zmodyfikowała zmiana sytuacji po spektakularnej porażce partii komunistycznej i jej politycznych satelitów w częściowo demokratycznych wyborach 4 czerwca 1989 roku. Po odwróceniu zaś sojuszy w parlamencie przez dotychczas satelickie wobec komunistów stronnictwa polityczne, doprowadziło to do destrukcji sceny parlamentarnej i politycznej oraz umożliwiło powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Sam program G. Sorosa został zmieniony przez współpracującego z nim J. Sachsa już w nowych warunkach politycznych w czerwcu 1989 roku i zaakceptowany przez postsolidarnościową elitę polityczną. Plan w wersji J. Sachsa w ostatecznej formie zasad Consensusu Waszyngtońskiego, zakładających priorytet walki z inflacją, deregulacji gospodarki i prywatyzacji własności publicznej, został zaakceptowany na jesieni 1989 roku przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Jego realizację już pod szyldem postsolidarnościowych nowych elit politycznych zaakceptowano z końcem 1989 roku. „27 grudnia 1989 r. Sejm przyjął (…) – pisze Janusz Skodlarski – pakiet 11 ustaw, które stanowiły podstawę transformacji ustrojowej w gospodarce polskiej. Program uzyskał miano Planu Balcerowicza. (J. Skodlarski, Zarys historii gospodarczej Polski, PWN, Warszawa – Łódź 2000)

Stan
Stan
6 czerwca 2016 14:35
Reply to  Alex

Nareszcie ktoś pisze prawdę o tym, że nie było żadnego planu Balcerowicza, tylko plan Sorosa, zmodyfikowany przez Sachsa. Widocznie mieliśmy zbyt duży potencjał gospodarczy, by światowe gremia finansowe mogły pozwolić na pojawienie się nowego gracza, nawet początkowo poobijanego (jak pisał prof. Bożyk, w bardziej normalnych, nie restrykcyjnych, warunkach finansowych Polska miała szanse wyjść z nadmiernego zadłużenia bez zrujnowania gospodarki).

Agnieszka
Agnieszka
5 czerwca 2016 22:58

„Jeżeli nie dostrzeżemy tych powodów oraz racji ludzi pozostawionych za burtą, to nie wyjdziemy ze ślepego zaułka.” Absolutnie się z tym nie zgadzam. Pisiory, to nie jest tylko rzesza ludzi pozostawionych za burtą. Wśród nich są tacy, którzy zaliczają się do inteligencji i zarabiają naprawdę niemało. Znam takie osoby osobiście. Skończmy z myśleniem, że pis to partia, na którą głosują wykluczeni, bo to nieprawda.

Raud
Raud
6 czerwca 2016 21:44
Reply to  Agnieszka

Wyborcy/wyznawcy PiS to ludzie wykluczeni ale zgadzam się że niekoniecznie ekonomicznie.
Oni są wykluczeni społecznie i cywilizacyjnie.
Czyją się wykluczeni bo nie akceptuje się ich antysemityzmu, homofobii, mizoginii, rasizmu i wszelkich innych ich przejawów nienawiści.
Czyją się wykluczeni bo obce są im ideały wolności, demokracji, solidarności, równości czy miłości.
Wyklucza ich też Nauka, szczególnie Fizyka i Historia, dlatego tworzą swoje własne ich odmiany.
Ich wykluczenie dotyczy także tego że nie rozumieją jak można się cieszyć, bawić, radować gdy przecież oni są w permanentnej żałobie.
Na dodatek wierzą że wszyscy nieustannie spiskują przeciw nim 🙂
Stan „oblężonej twierdzy” wymaga wręcz bycia wykluczonym, niezłomnym i wyklętym.
A oni przecież mają świętą misję nawrócenia na swoją modłę całego Świata nie tylko Polski.

Ela
Ela
9 czerwca 2016 10:04
Reply to  Raud

Tak, właśnie o takie wykluczenie tu chodzi. Niektórzy z nich mogą się czuć wykluczeniu również dlatego, że nie żyją na takim poziomie jak ich odpowiednicy w Wielkiej Brytanii (!), czyli ludzie w ich wieku i na podobnych stanowiskach. I odpowiedzialnymi za ten stan rzeczy czynią znienawidzone elity III RP, bo przecież nie lata komunizmu, wojnę, czy drobny fakt nieistnienia przez ponad 100lat RP na mapie Europy.

Maciek
Maciek
10 czerwca 2016 14:58
Reply to  Raud

Doskonale napisane!! Dodam jeszcze od siebie,że to bardzo często ludzie zawistni,zazdrośni o czyjś sukces, z dużymi problemami osobistymi. Myślę,że psychologowie mieliby tu wiele ciekawych spostrzeżeń,gdyby mogli przebadać „próbkę” wyborców PISu pod kątem ich osobowości.

Wojciech
Wojciech
6 czerwca 2016 16:22

Zastanawia mnie cały czas motywacja Kaczyńskiego i jego najściślejszego otoczenia. Facet podejrzewany o jakąś niezwykłą inteligencję (której ja jakoś nie zauważam) zachowuje się całkiem nieracjonalnie z punktu widzenia rozwoju i pozycji Polski, którą podobno tak kocha. Pomijając fakt, że jest prostym doktorem bez habilitacji, nie mówiącym ani me ani be w żadnym obcym języku, słabo posługującym się nawet mową ojczystą, zakrawa na absurd, że nie widzi jakie konsekwencje jego dziwacznych działań już ponosimy (giełda, złotówka, deficyt, ratingi, spowolnienie wzrostu, spadek inwestycji,skłócenie narodu itd), a co nam może jeszcze grozić(bardzo obawiam się o NBP) Albo jest to chory umysł – oby, wówczas to się szybko skończy przy ograniczonych kosztach, albo – oby nie, scenariusz przygotowany w „Imperium Na Wschodzie”, który długo leżał w szufladach, a teraz jest błyskawicznie realizowany. Fakt, że Imperium samo jest w tarapatach niestety potwierdzałby tę hipotezę. Bardzo proszę, by ktoś udowodnił mi, że się mylę i kompletnie odjechałem. Na prawdę, bardzo proszę.

Zygmunt
Zygmunt
6 czerwca 2016 21:02

Pani Magdo, bardzo czytelny artykuł i napisany bardzo czytelną czcionką.

Jerzy
Jerzy
7 czerwca 2016 12:13

Diagnoza dotycząca podziału naszego społeczeństwa jest niepełna.To nie jest tylko podział na tych którym się udało i tych dotkniętych transformacją.Znam dobrze sytuowanych ludzi, zatwardziałych zwolenników PiS.Moim zdaniem jest to wojna religijna.Tradycyjny,konserwatywny katolicyzm walczy z nowoczesnym światem (tak,jak islam).Hierarchom katolickim pali się grunt pod nogami i robią wszystko,aby to trochę spowolnić.Zatruwają umysły ludziom (szczególnie młodym – religia w szkole) i znajdują polityków cynicznie wykorzystujących ten konflikt,a następnie wchodzą z nimi w układ polityczno-finansowy (Rydzyk).To może potrwać,a receptą na odblokowanie tego podziału jest tylko i wyłącznie EDUKACJA !

Małgorzata
Małgorzata
10 czerwca 2016 15:07
Reply to  Jerzy

A mnie się wydaje, Panie Profesorze, że Pana diagnoza rozmija się z sednem sprawy. Oczywiście są ludzie, którym transformacja nie przyniosła poprawy bytu, ale przecież w PRL też żyli biednie. I na pewno są też tacy, którzy głosują na 500+ (i będą głosować na mieszkanie+). Ale przychodzi mi do głowy jedno uporczywe wspomnienie : jakieś 2-3 lata temu (a więc za głębokiego PO), wychodząc z którejś księgarni, usłyszałam miłego starszego pana (z wyglądu mógłby być moim ojcem), który żegnając się z księgarką powiedział (był to okres Bożego Narodzenia) : „I życzę Pani i sobie, żeby nareszcie w Polsce był prawdziwy polski rząd.” Wprowadziło mnie to w osłupienie, a że mam słaby refleks, to nie podeszłam do tego pana i nie spytałam, co ma na myśli. Do tej pory żałuję.
Żeby nie było nieporozumień : zawsze głosowałam na PO, nigdy nie zagłosuję na PIS. Cała moja rodzina jest za PO (teraz bardziej za .N), ale znam osoby miłe, inteligentne, po wyższych studiach, i wcale nie fanatycznie katolickie, które głosują na PIS. Niestety w kontaktach towarzyskich jest to temat-nie-do-poruszenia.
Rok temu, w ramach na nowo podjętych studiów, miałam okazję zaznajomić się (po części) z literaturą lat 1944 – 56. I wtedy dopiero uświadomiłam sobie, jak bardzo zostało spałowane społeczeństwo polskie na zakończenie Drugiej Wojny Światowej, spałowane nie tylko fizycznie, ale i moralnie (w procesie sowietyzacji), właściwie zdestrukturyzowane i, mówiąc językiem ubeckim, „zgnojone”. To społeczeństwo, które jako jedne z nielicznych w Europie (na palcach jednej ręki można policzyć) naprawdę walczyło z nazizmem, nie tylko o niezależny byt państwowy (to bardzo ważne), ale i o godność człowieka. Obraz Polaka i Polski jaki się wyłania z tej literatury i różnych wypowiedzi z tamtego okresu (nie będę wchodzić w dyskurs akademicki) jest przerażający : Polak, to przede wszystkim człowiek głupi, nieracjonalnie „wierny już samej tylko wierności”(Miłosz, cytuję z pamięci), megaloman i masochista, nieuleczalnie niedojrzały, wierzący w mity (jakie ?), skloszardyzowany pan (to już późniejszy Mrożek), no i oczywiście alkoholik („w tym kraju można zostać tylko albo bohaterem, albo pijakiem”, Hłasko, z pamięci). Ten hejt Polski i Polaków nie skończył się w 1956, pałowanie i hejtowanie trwało przez całe PRL. Nic więc dziwnego, że część społeczeństwa „zeszła do katakumb” wraz ze swoimi wartościami. Niestety sytuacja taka nie sprzyja ewolucji ludzi i wartości.
Hejtowanie Polsce i Polakom nie straciło swego „uroku” w Polsce postkomunistycznej. Pobrzmiewało całkiem często w mediach poprzedniej ekipy (aktualnej TVP nie oglądam), i w opiniotwórczej GW (Gazecie, którą ogólnie cenię, ale ideologicznie ukierunkowanej, która zapewne sporo wyborców rzuciła w ramiona PISu).
Na zakończenie chciałabym zapytać tych wszystkie miłych i inteligentnych Pań i Panów, czy głosując na PIS, głosowali na państwo „prawdziwie polskie”, co właściwie przez to rozumieją, i czy według Was państwo PISu rzeczywiście takim jest ?

Gonzo188
Gonzo188
11 czerwca 2016 13:32

Dużo mądrych myśli. Pomięszanych. Ciągle brak pogłębionej diagnozy dlaczego tak się stało – co, kto zawalił i dlaczego, kto, gdzie, dlaczego głosował na „przodującą silę”, a kto nie I dlaczego. Jak będą odpowiedzi to można będzie się pokusić o wnioski, propozycje rozwiązań – co, do kogo, jak, w jaki sposób, w jakiej formie, kiedy adresować, aby przekonać do siebie i wygraĆ dla dobra wspólnego. Z całym szacunkiem, ale Internet i marsze, chociaż istotne, nie załatwia sprawy. Potrzebne wolne, obiektywne, stanowcze lecz nienapastliwe, atrakcyjne w formie i treści, takie jak radio i tv. Do tego słowo pisane, krótkie w formie, proste w treści, zrozumiałe dla kazdego zwykłego Polaka Szaraka, najlepiej bezpłatne. A w nich o tym, jakie będą konsekwencje obecnych rządów dla zwykłych ludzi, i to łopatologicznie, bez autobusów, z propozycjami, co w zamian i dlaczego. Amen.

Ania
Ania
15 czerwca 2016 12:10

Bardzo dobrze napisany artykuł. Dziękuję.

I chcę dołożyć się do tej dyskusji, bo sama zastanawiam się od dawna, według jakiego klucza nasze społeczeństwo się podzieliło. Wymyśliłam taką koncepcję – nie wiem czy się z nią Państwo zgodzicie, a ciekawa jestem waszego zdania:

Grupa 1 – to ludzie, którzy chcą wierzyć, że ich przyszłość zależy od nich; którzy chcą, mają odwagę (czasem bywają zmuszeni, jak ja sama) brać do odpowiedzialność za swój własny los, za swoje poczucie wartości, swoje zdrowie. Od państwa, czy rządu oczekują tylko by za bardzo nie przeszkadzało (t.j. stabilności gospodarczej, jasnych przepisów i zasad, wolności słowa i działania) – mają autorytet wewnętrzny, sami sobie potrafią udowodnić ile są warci.

Grupa 2 – to ludzie, którzy potrzebują autorytetu zewnętrznego, który im powie, że są wspaniali i dlaczego są lepsi od innych, państwa, które rozwiąże za nich wiele problemów. Pragną rządu silnego, z którym się nie dyskutuje, który zwolni ich z myślenia i z odpowiedzialności za własne wysiłki i wybory.

Zastanawiam się jak te dwie postawy zbliżyć i nauczyć wzajemnej akceptacji. Napiszcie proszę. Mądre podpowiedzi wykorzystam w budowaniu jedności we własnej rodzinie.

Zbyszek
Zbyszek
16 czerwca 2016 10:36

Wydaje mi się, iż w swojej diagnozie i przepisie na odstąpienie od burzenia przez PIS demokracji w Polsce Pan Profesor pomija jeden czynnik, który diametralnie różni sytuację z lat zrywu Solidarności od sytuacji w jakiej Polska zmalazła się dziś. Tym czynnikiem jest kościół katolicki, który wtedy miał wszystko do wygrania a teraz wszystko do przegrania. Obecna władza odwdzięcza się hierarchom za kampanię wyborczą obficie obdarowując kościól pieniędzmi podatników. Kościół zaś raz dorwawszy się do rogu obfitości nie da się od niego oderwać inaczej jak siłą. Tej siły sprawczej zmian w Polsce niestety nie ma na horyzoncie. Kaczyński zdaje sobie sprawę, iż to jego 5 minut a w zanadrzu ma procesy przeciwko posłom i senatorom poprzedniej władzy. Już sam groźba takich procesów wystarczyła aby PSL rozpoczął umizgi do nowej władzy. Tym sposobem Kaczyński zdobędzie wystarczającą większość do zmiany konstytucji, a konsekwencji zniszczenia demokracji w Polsce. Groźba usunięcia Polski z Unii nie jest traktowana przez Kaczyńskiegio jako coś realnego sni też dotkliwego. Nie sposób jest oprzeć się wrażeniu, iż i Kaczyński i Macierewicz realizują plany Rosji osłabienia Unii i skłócenia Polski z sojusznikiem jakim jest USA. Czy robią to celowo czy też są pożytecznymi idiotami zostawiam do oceny czytelników.

Janusz
Janusz
22 czerwca 2016 10:17

Dopoki Polska bedzie „tak bardzo katolicka”; nic sie niestety nie zmieni…