Życzenia noworoczne

Życzenia noworoczne

Życzę wszystkim opozycyjnym kandydatom na prezydenta, żeby nas przekonali że „yes, we can” i że wreszcie w Nowym Roku uda się nam – za ich sprawą – „odwalczyć” normalność.

Osiem milionów. Cały elektorat PiS z ostatnich wyborów stawił się – osobiście lub za pośrednictwem „telewizji narodowej” prezesa Kurskiego – na benefisie Zenka Martyniuka, dla niepoznaki i ze względu na datę nazwanym Sylwestrem Marzeń. Kierownictwo TVPiS fetowało pożegnanie starego roku po królewsku, rzucając na scenę wszystko, co widzowie Dwójki lubią najbardziej, bo to się im tak po prostu należało. Wykonali kawał fantastycznej roboty, głosując jesienią jak należy, pomimo Srebrnej, KNF-u, Getbacku i Banasia, czym dowiedli, że niestraszne im żadne afery, jeśli tylko mają błogosławieństwo pana prezesa.

Za taką lojalność Martyniuk – ten Lutosławski na miarę upodobań aktualnie rządzących – na Sylwestra musiał być! I był. I przyćmił nawet samą „Królową Demoludów” – Marylę Rodowicz. Bo król może być tylko jeden. Podobnie jak prezydent. Prezydent Duda.

 

Ta telewizyjna feta była nie tylko podziękowaniem. Była też (takie dwa w jednym) zadatkiem na kolejne głosowanie – to majowe w wyborach prezydenckich. Wówczas elektorat też – zapewne – nie zawiedzie. I nawet jeśli tak naprawdę nie jest to wcale osiem milionów, tylko trochę więcej niż połowa z tego, to i tak może ona przynieść kolejną kadencję aktualnemu „strażnikowi żyrandola”.

Bo „miłość i wiara” więcej znaczą – jak widać – dla „pisowskiego” elektoratu niż „lewacko” – liberalne „szkiełko i oko”. Taki mamy teraz klimat i to nie tylko w Polsce, czego dowodem choćby rosnące w siłę liczebną zastępy antyszczepionkowców czy wyznawców teorii płaskiej Ziemi.

Wobec powyższego w Nowym Roku oponentom aktualnie rządzącego prezydenta wypada życzyć wcale nie tego, czego życzą im teraz znani publicyści, a więc dobrych, porywających społeczeństwo programów czy interesujących rozwiązań najtrudniejszych wyzwań kolejnej dekady. Tego też oczywiście, ale najbardziej potrzeba im otóż trochę więcej wiary i miłości ze strony potencjalnych wyborców. Emocji im potrzeba, które porwą i poderwą z kanap tłumy wyznawców, skłonnych całym sercem poprzeć tę panią albo tamtego pana. Pozytywnych emocji. Bo te negatywne, czyli że każdy, byle nie z PiS, to – okazuje się – zbyt mało, żeby teraz wybory wygrywać.

Jak to zrobić? Cóż, od tego właśnie partie mają fundusze na tak zwany „piar”, czyli na fachowców od skutecznego „uwodzenia” elektoratu. Tak, „uwodzenia”, bo trendy teraz mamy takie, że aby skutecznie podejmować rywalizację polityczną trzeba mieć nie tyle wyborców, co wyznawców. Niby wszyscy o tym wiedzą. Niby wszyscy się z tym zgadzają. Ale efektów spektakularnych na razie nie widać.

Ta wstrzemięźliwość emocjonalna to zapewne efekt strategii. Element „łagodzenia nastrojów” i „łączenia ponad podziałami”. No, że dość już tej wojny polsko-polskiej. Dość kłótni i swarów. Że „zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”. Cóż, kiedy chyba podać nie chce, chociaż szkoda.

 

Może to nie pora, w takim razie. Może wystarczy być prezydentem tych, którzy „na prezydenta głosowali”, jak teraz czyni to Andrzej Duda. Bo on reprezentuje skutecznie tylko i wyłącznie interesy własnej partii i jej elektoratu, z czym ma się i na czym wychodzi doskonale. Może więc należy uczyć się od zwycięzców i w takim razie mówić tylko do podobnie myślących i tylko im obiecywać obronę ich progresywnych, proeuropejskich wartości, niekoniecznie oglądając się na tych, co „swojego” prezydenta już przecież mają i nikt im nie wmówi, że białe jest białe, a czarne… no wiadomo.

Dlatego życzę wszystkim opozycyjnym kandydatom dużo wiary i miłości ze strony ich wyborców. Żeby udało im się „uwieść” nas i zarazić swoim przywiązaniem do Konstytucji, determinacją w walce o utrzymanie nad Wisłą standardów europejskich, zaciętością w nierównym (na razie) boju o świeckie, równościowe państwo i entuzjastyczną wiarą w postęp naukowy, techniczny i obyczajowy, który jest podstawowym warunkiem pomyślności nowoczesnych społeczeństw. Żeby nas przekonali, że „yes, we can” i że wreszcie w Nowym Roku uda się nam – za ich sprawą – „odwalczyć” normalność. Inaczej znów będziemy mieli w pałacu Adriana i nie mam tu na myśli Adriana Zandberga.

Bożena Chlabicz-Polak
  •  
  •  
  •  
Wesprzyj wolne media

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o